fot. Dawid Grzelak

supergirls: paulina przybysz

Właśnie wydała debiutancką płytę „Chodź Tu” – Paulina wraca do rapowania, rymowania i rozpromieniona przyznaje – „jestem w miłym momencie swojego życia”. Rozmawiamy o składnikach kobiety, płakaniu i o tym, dlaczego musimy walczyć głośniej.

tekst Milena Liebe; zdjęcia: Dawid Grzelak
|
10 października 2017, 9:12am

fot. Dawid Grzelak

Niedawno obchodziłyśmy rocznicę Czarnego Poniedziałku – Czarny Wtorek – czy chciałaś, żeby twoja piosenka „Dzielne kobiety" była manifestem, feministycznym protest-songiem?
Nie do końca. Jestem feministką, ale daleko mi od twardych poglądów, przygrupowań, ludzkich instytucji. Można to porównać chociażby do tego: mimo iż nie nazwałabym siebie osobą niewierzącą, to nie umiem nazwać swojej religii i nie potrafiłabym jej przyporządkować do żadnej instytucji.

Stąd też takie ideologiczne domniemania, czy to jest feminizm, czy nie jest, nie były mi nigdy potrzebne. Na pewno jest to numer mega szczery, to bardziej manifest pewnej skomplikowanej psychologii kobiety.

Ja sama czytając siebie, stwierdziłam, że narzucamy sobie nadmierny obowiązek ogarniania wszystkiego do ostatniej nitki i nie do końca wiadomo po co... W ten sposób chyba próbujemy udowodnić swoją równość z drugą płcią i może też moc ogarniania wobec innych kobiet? Stwierdzam, że każda istota niezależnie od płci, wieku i gatunku powinna szukać balansu.
Ten numer dla mnie jest bardziej o równowadze – z jednej strony wiadomo, że jesteśmy silne, ogarnięte i zajebiste, ale myślę, że wszystkie aspekty naszej kobiecości łącznie z byciem księżniczką, lenistwem czy erotyzmem powinno się uwzględnić. Ja trochę po buddyjsku staram się znaleźć ten środek i ten kawałek nie brzmi duchowo, ale jest tak naprawdę w ludzkim żargonie bezpośrednim szukaniem tego „środka".

Śpiewasz: „Jak przesłodzone królewny, jak wytworne divy, jak leniwe klabzdry, bezsilne ptaszyny, wystraszone sarenki, delikatne rusałki" – spotkałaś się kiedyś z tymi określeniami?
Klabzdra to słowo, którego używała moja babcia, sprawdziłam nawet, czy istnieje w słowniku, znalazłam tam definicję: „leniwej, raczej otyłej kobiety".
Ale zabawne, bo jak robiłyśmy z Zamilską ten kawałek, to zapytałam ją, czy wie co to klabzdry i powiedziała mi „wiem, bo w trakcie słuchania sprawdziłam", więc chyba przywołuję archaizm, którego nie kuma gimbaza.

Zaczynasz od słów – „Nie zobaczysz ich łez, bo pochowały je tam, gdzie nie ma dostępu dla upoważnionych, dla tych ograniczonych, którzy nie chcą znać, składu kobiety, prawdziwego zapachu, smaku słonych ust, niezabliźnionych ran". Myślisz, że smutek może być wyzwalający, może być siłą dziewczyn?
Uważam, że wszyscy powinniśmy płakać. Małe dzieci płaczą przecież dziesięć razy dziennie, żeby ustabilizować swoją „gospodarkę emocjonalną". A potem dorosłym życiu okazuje się, że to jest społecznie nie bardzo, że sobie płaczemy. Ja płaczę, nawet w miejscach publicznych, mam to gdzieś. To fizjologia, to jest nam potrzebne.

Te zwrotki są o skrajnym ogarnianiu, chowaniu blizn i ukrywaniu wszystkiego, co nie jest w kanonie ugruntowanych zachowań albo też wyglądu. Dlatego w tym teledysku występują „normalne", prawdziwe kobiety, które chciały tam być, potarzać się z nami w tej kuli energii kobiecej (śmiech). To było piękne.

Odniosłam wrażenie, że w tym teledysku jest dużo gniewu – jesteście nieźle wkurwione. Myślisz, że ta emocja jest jednym ze sposobów na emancypację?
Nie do końca wkurwione, jak wejdziesz w klimat, jak one tańczą, jak płyną, to daje pół na pół. Walczymy teraz o naturalne prawo do tego, żeby być sobą, żeby mieć prawo do swojego ciała, żeby mieć prawo do godnego wynagrodzenia; nie dlatego, że jesteśmy kobietami, ale dlatego, że robimy dobrą robotę.

Wydaje mi się, że dużo rzeczy w wyniku uwarunkowań społecznych musimy przewalczyć trochę głośniej, bo nie każdy słyszy nasze filozoficzne rozmyślania, które musimy wyciągnąć na wierzch i gdzieś wykrzyczeć.

Ten teledysk był tworzony niedługo po Czarnych Protestach i kulminacyjnym momencie naszego wkurwu.
Dla mnie ta piosenka nie jest mroczna, przecież to, że dziewczyny chcą do łóżka, jest retorycznym stwierdzeniem. Nie powinno być w tym nic szokującego.
Jeżeli zastanowimy się, ile razy słyszymy w piosence raperów „bitch", w porównaniu do tego ile razy słyszymy, że kobieta mówi „lubię seks" to ta proporcja jest bardzo zaburzona. Możemy jeszcze długo pokrzyczeć, zanim to się wyrówna (śmiech).

W jednym z wywiadów powiedziałaś: „Mam już 32 lata i dojrzałam do tego, by nie pisać już kolejnych bezpiecznych piosenek". Czy wydając swoją debiutancką płytę, chcesz nam coś powiedzieć?
Ten album jest bardzo szczery; nie ma tam wulgarności na siłę, czy wykrzyczenia rzeczy, które byłyby wyżej emocjonalnie, niż ja jestem. Jeden kawałek-monolog „Pirx" nazywam strumieniem świadomości. Mam wrażenie, że te utwory to są po prostu typy wypowiedzi, a nie większe kreacje. Są różne typy twórczości, niektórzy tworzą alternatywne światy i trochę jakby piszą książki, opowiadając historie obok, oderwane od pierwszej osoby.
Ja należę do tych bezpośrednich autorów, którzy w swoim imieniu mówią to, co myślą. Nie muszę nic udowadniać, bo lubię życie w całym jego skomplikowaniu i mimo wszystko lubię tę kolorową ludzkość.

W nowym albumie wracasz do rapowania, chociaż wolisz to nazywać rymowaniem. Środowisko hip-hopowe jest bardzo hermetyczne i zmaskulinizowane – jak zareagowali na to chłopcy?
Po „Pirxie" mam same bardzo przyjemne recenzje. Ostatnio po koncercie w Olsztynie usłyszałam od jednej dziewczyny, że jestem dla niej połączeniem Nai Palm z Kendrickiem Lamarem. Z kolei na Instagramie przeczytałam, że brzmię jak Andre 3000.

No popatrz, porównują cię facetów.
Faktycznie jest tak, że Andre, Lamara, Q-Tipa przewałkowałam na wszelkie sposoby. Jeżeli ten flow gdzieś się przemycił, to się jaram, chociaż uważam, że jestem absolutnie niegodna tych słów (śmiech).

A jak myślisz, dlaczego Polki nie rapują?
Środowisko hip-hopowe w Polsce jest bardzo męskie. Zresztą to jest to, o czym mówi u was w wywiadzie Mambi, która miała do czynienia z raperami i ich dziewczynami – rzeczywiście dziewczyny z teledysków zawsze były dla raperów dodatkiem, a nie aktywnymi działaczkami w tej strefie. Trzymam kciuki za zmiany... może właśnie przecieramy szlaki w tej kwestii.

Ale przecież są dziewczyny, tak jak, chociażby Missy Elliott, Trina czy Lil' Kim, które bezbłędnie rapują i potrafią ostro pojechać chłopakom.
Tak! Płyty Missy były ze mną całe liceum, nie wspominając Lauryn Hill, jej płyta „The Miseducation of Lauryn Hill" to była moja podstawowa Biblia.

Wrócę do kawałka „Dzielne kobiety", gdzie wspominasz o czymś takim jak „składniki kobiety". Z czego według ciebie składa się kobieta?
Myślę, że moim głównym, ulubionym składnikiem kobiety jest jej umysł – to, jak przeplatają się w nas różne kwestie, jego wielofunkcyjność, wielowarstwowość.
Mężczyźni mogą nam zazdrościć wielu funkcji, które posiadamy, chociażby tego, że możemy nosić w sobie i rodzić dzieci – to jest niesamowity zaszczyt – jestem po dwóch porodach i to niezwykłe poczucie mocy, że mamy taką siłę sprawczą i możemy przywoływać ludzkość na Ziemię. Dookoła tego i tych wszystkich hormonów, inteligencji, wrażliwości, siły – ta mikstura tworzy coś niezwykłego. Plus cielesność kobiety jest czymś pięknym i wartym ciągłego odkrywania.

Kiedy powstała ta piosenka?
Zwrotki napisałam 3-4 lata temu do innego projektu, który nigdy się nie narodził.
Potem z Zamilską wykorzystałam ten kawałek, ale dopisałam refreny. To była długa droga, żeby ten utwór uwolnić.

A twój ulubiony kawałek z albumu?
Chwilowo „Pirx", bo odbiór tego utworu bardzo mnie wzrusza; często słyszę, że ktoś po przesłuchaniu go się popłakał... Trzeba się natrudzić, żeby wywołać w kimś takie emocje. Cieszę się, że dociera do serc.
Lubię „Drewno", które będzie trzecim singlem, ale jest też trochę utworów anglojęzycznych.

Na płycie sześć utworów jest po polsku, skąd ten zwrot?
Obserwując publikę i swój własny odbiór – na ile mamy ochotę tłumaczyć sobie piosenki w czasie rzeczywistym - sprawia, że czuję potrzebę szybko wyrzucić to, o co mi chodzi.

Na pewno zwrotem akcji był wieczór, podczas którego rozmawiałam z moją siostrą o mojej roli w piosence „Zwierzogród", śpiewałam tam ten sam kawałek, co w wersji anglojęzycznej Shakira. Śpiewałam po polsku i moja siostra powiedziała mi później, że popłakała się, jak usłyszała mnie po polsku.
Ten numer budzi rzeczywiście wiele emocji. Pomyślałam sobie wtedy, że nie powinnam się ograniczać, mimo że jak piszę utwór, to automatycznie przełączam się na angielski – to muzyka, na której się wychowałam, nie słuchałam Beaty Kozidrak. No może trochę Kayah, Fisza czy Edyty Bartosiewicz, ale tak na co dzień krążyła Ella Fitzgerald, D'Angelo i Erykah Badu.

Lauryn Hill cały czas powraca w naszej rozmowie. Pamiętasz pierwszą wokalistkę, która miała wpływ na twoją twórczość?
Pamiętam, jak miałam 9 lat i usłyszałam na MTV „Without You" Mariah Carey, wzięłam ołówek i spisałam z telewizora, jak się nazywa (śmiech); potem stwierdziłam, że to moja ulubiona piosenkarka. Ale jakiś czas później dostałam kasetę „Bodyguard" i zafascynowałam się Whitney. To były początki, które pamiętam moim umysłem dziecięcym.

Zarówno ty, jak i Natalia czy Sistars od zawsze wspieracie kobiecość, dziewczyny. Jak narodził się feminizm w waszej twórczości?
Widzisz, ty girlpower określasz jako feminizm – dla mnie sam fakt szczerej kobiety jest już feministyczny. Moja wersja feminizmu to taka, gdy kobieta czuje się wolna i szanuje inną kobietę. Oczywiście myślę, że istnieje też męski feminizm, kiedy mężczyzna szanuje całe spektrum kobiety. Ja przecież nie mam dostępu do globalnej świadomości, żeby wiedzieć, kiedy dana kobieta czuje się wolna, czy w burce, czy będąc matką-Polką – przecież każdy ma własną miarę szczęśliwości. Dla mnie ważne, żeby się nie poddawała i była tym, kim czuje, że powinna być.

Czy według ciebie polskie dziewczyny wspierają się nawzajem?
Jak patrzę naokoło siebie to tak, być może mam to szczęście, że otaczają mnie takie osoby.
Teraz w naszym zespole mamy parytet 3:3, czyli najlepiej jak może być.

Płyta „Chodź Tu" to twój solowy debiut, jak się z tym czujesz?
Wspaniale! Jestem w dość miłym momencie swojego życia, mój świat dzieli się na dwie części – zawodową i prywatno-rodzinną i powiem ci, że w tych dwóch strefach jest teraz pełen wypas. Jest super. Myślę, że to dobry moment, bo mam spokój sama ze sobą i tym, co chcę przekazać, nie mam większych wątpliwości.
W tym momencie czuję, że cały ten przekaz utrzymuje się ze mną od kilku lat, więc prawdopodobnie będzie trwały.

„Supergirls" to seria rozmów z dziewczynami, które imponują nam swoją kreatywnością, rozmachem i wizjonerstwem. Chcemy poznać je bliżej i zainspirować się ich pozytywną energią.