Quantcast
kadr z filmu „The Florida Project"

filmy, na które czekamy

Alicja Mazukiewicz

American Film Festival dobiegł końca, wysycił nasz głód na kino zza oceanu. Oto 4 mocne tytuły, które niedługo wejdą do kin. Nie wolno ich przegapić.

kadr z filmu „The Florida Project"

„The Florida Project"


Film Seana Bakera to fikcja z silną aurą dokumentalizmu. Tuż za rogiem luksusowych willi i czterogwiazdkowych hoteli toczy się prawdziwe życie. Życie ludzi zarabiających na chleb sprzedażą prawie markowych perfum prosto z reklamówki i mieszkających w wielkim fioletowym zajeździe, którego inspiracja disnejowską architekturą tylko potęguje smutek. Czujne oko kamery jednak nie ocenia borykających się z ciężkim dniem powszednim postaci. Obserwuje. Śledzi.

Niewinność przenika się tu ze zepsuciem, a każdą piękną chwilę wypełnia jednocześnie radość i smutek. Dzieciństwo małej Moonee i jej przyjaciół to konkurs plucia na pobliskie auto, włam do opuszczonych domów i wyłudzanie pieniędzy na wspólnego lodowego rożka. Dzieciaki biegają samopas po kolejnych zakurzonych parkingach i pustostanach z niezaprzeczalnym zadowoleniem, ale kiedy kamera oddala się na wysokość spojrzenia nas, „dorosłych", robi się bardziej ponuro. Zza fioletowych i różowych elewacji wychodzi bezrobocie, samotne macierzyństwo i walka o przetrwanie. Bez wątpienia co bardziej wrażliwe twarze na widowni mogą zalać łzy. Pytanie brzmi: radości, czy smutku.

„Tamte dni, tamte noce"

Długie, senne dni mijające na wylegiwaniu się na zalanej słońcem trawie i szukaniu chwili ochłody w jeziorze. Sok brzoskwini ściekający po brodzie i obracane lepkimi placami strony książki. To, co jest niezwykłe w „Tamtych dni, tamtych nocach", to właśnie ociężałe lenistwo, jednostajna, rozgrzana włoskim słońcem nuda. Nikt nie wydaje się tu mieć wiele do zrobienia. Ludzie popijają wino, jeżdżą na rowerach i spędzają wieczory na gwarnych kolacjach pod gołym niebem. A my czujemy wraz z nimi każdy łyk pociągnięty z kieliszka, każdy promień włoskiego słońca, każdą kroplę potu.

Elio snuje się po domu, humorzasty i rozdrażniony, kiedy sprowadzony do posiadłości ulubiony student ojca okazuje się dorównywać urodą i czarem hellenistycznym bogom i herosom. Frustracja chłopaka sięga zenitu, a erotyzm zagęszcza powietrze. Elio i Oliver łapią swoje spojrzenia. Nie dzieje się tu nic i dzieje się wszystko, a my odesłani do własnych wspomnień, przykładamy ich losy do doświadczonego niegdyś uczucia miłości i straty.


„The Disaster Artist"

Istnieje wiele rodzajów kultowych filmów. Jeden z nich stanowią dzieła tak złe, że właśnie aż legendarne. Widzom przez lata mogło nasuwać się wiele pytań podczas seansu „The Room". Zaczynając od „kto stworzył coś takiego?", aż po „czy nikt widzący i słyszący nie zobaczył tego przed premierą?"
Ale to właśnie drewniane aktorstwo, papierowe postaci, dialogi bliższe chyba kosmitom niż ludziom, absurdalna fabuła i sama postać Tommy Wiseau — jak informują nas napisy początkowe, reżysera, scenarzysty, aktora i producenta w jednej osobie — przyniosła filmowi nieśmiertelną sławę. „The Room" pojawiło się tylko w jednym kinie, co żeby spełnić oscarowe wymagania, opłacał przez dwa tygodnie sam Wiseau. Wiele więc chyba nie trzeba, żeby historia o powstaniu TAKIEGO filmy była udana. James Franco, który, tak na marginesie, wielozadaniowością dorównuje granej przez siebie legendzie, dwoi i się troi, żeby twórca gniota wszech czasów był jednocześnie dziwaczny i znajomy. Wiseau to może i zakompleksiony dziwak bez wieku z tajemniczym akcentem, ale pragnie jedynie spełnić swoje marzenia. A droga do tego jest opowieścią równie zabawną co smutną. Tommy Wiseau może być bliżej Oscara niż kiedykolwiek.

„Nigdy cię tu nie było"

Joego poznajemy podczas jednej (z prawdopodobnie wielu) prób samobójczych. Ten mężczyzna przypominający posturą coś pomiędzy górą a niedźwiedziem grizzly jest byłym agentem FBI i weteranem wojennym, który ostatecznie zajął się fachem płatnego zabójcy, za specjalizację obierając handlarzy żywym towarem. Gdyby był Liamem Neesonem, z którym dzieli przecież słabość do ratowania nastolatek z rąk oprawców, czy innym gwiazdorem kina akcji spod znaku „zabili go i uciekł", prawdopodobnie nie mieszkałby w rodzinnym domu na Queens ze swoją w podeszłym już wieku matką, ale on, choć dla swoich klientów skąpi zdań złożonych, to własną rodzicielkę traktuje z czułością i uwagą. Lynne Ramsay bierze na warsztat świetnie znane nam tematy agresji, zbrodni, zepsucia, występku i elity klasy tak wysokiej, że poza zasięgiem prawa, ale swoim filmowym kunsztem wychodzi daleko poza granice gatunkowe konwencji. Ogrom przemocy wydarza się jakoś pomiędzy montażowymi cięciami, my możemy (ze zgrozą) podziwiać jedynie jej efekt np. zakrwawiony młotek w ręku Joego (w tej roli Joaquina Phoenix), a wszystko to w rytmie psychodelicznej muzyki i zdjęć.

Bohater „Nigdy cię tu nie było" jednocześnie ratuje i potrzebuje ratunku. Zamiast ruszać z pomocą na białym rumaku, chwieje się na granicy rozpaczy i wściekłości. Bo Joe równie mocno pragnie zabić swoich przeciwników, co siebie samego.