​pamiętnik miłośnika deski

Miłosz Rebeś od 3 lat jest niemal zawsze w drodze i na swoich zdjęciach pokazuje prawdziwe życie skaterów.

tekst Mateusz Góra
|
01 Grudzień 2016, 5:40pm

W 2017 roku minie 13 lat, odkąd Miłosz Rebeś pokochał deskę i przestał się z nią rozstawać. Prowadził bloga, a 3 lata temu kupił aparat i postanowił sam zająć się robieniem zdjęć, których setki codziennie przeglądał. Jutro w galerii officyna art & design pokaże wystawę o tytule „Journey", pokazującą, kogo spotkał w ciągu tego czasu na swojej drodze. Rozmawiamy więc z Miłoszem o tym, jak można połączyć miłość do zdjęć z miłością do deski.

Twoja wystawa nosi nazwę „Journey" i zaczęła się od zakupu pierwszego aparatu 3 lata temu. Opowiedz trochę o tym, jak ta wyprawa wyglądała.
Tak, zaczęła się 3 lata temu i polegała na podróżowaniu, poznawaniu nowych ludzi, ciągłej pracy nad warsztatem i wielu innych czynnikach.

Podczas niej powstały twoje pierwsze zdjęcia?
Oczywiście wcześniej oglądałem setki zdjęć dziennie, bo prowadziłem bloga deskorolkowego i byłem zaznajomiony z tematem. Pewne rzeczy rzucały mi się w oczy i łatwiej było mi później zająć się fotografią. Pierwszy aparat kupiłem od koleżanki, zupełnie spontanicznie. Leciałem wtedy do Barcelony na 3 tygodnie i chciałem zarejestrować ten wyjazd czymś lepszym niż telefon. Tam spotkałem argentyńskiego proskatera i zapytałem go, czy mogę zrobić mu zdjęcia. Wyszły fajnie, ja się zajarałem, on się zajarał i tak rosła ta zajawka. Po powrocie do Polski zacząłem rzeźbić swoje umiejętności robienia zdjęć.

Łatwo rozpoznać znane warszawskie miejscówki na twoich zdjęciach. Skąd jeszcze pochodzą?
Te zdjęcia powstawały w Bolonii, Paryżu, Barcelonie, Warszawie czy Częstochowie i to są główne miejsca, które pojawią się na wystawie, ale było ich w ciągu tych 3 lat dużo więcej.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

A kto pojawia się na twoich fotach?
Przeważnie moi znajomi, ale czasami zdarza się tak, że do Polski zawitają proskaterzy ze Stanów. Odzywają się do kogoś, bo potrzebują przewodnika i zazwyczaj są to fotografowie, bo mają najlepiej obcykane miejscówki w danym mieście. Jako jeden z pierwszych zajmował się tym Piotr Dabov. W 2014 roku byłem fotografem podczas jednej z takiej wizyt. Pierwszy raz przekonałem się, czy proskaterzy światowej sławy robią tricki za pierwszym razem, czy potrzebują setek prób. To zawsze jest interesującego dla deskorolkowych zjadaczy chleba. Mnie interesowały też interakcje między ludźmi, ich życie. Okołodeskorolkowe życie to super wdzięczny temat do zdjęć. Ludzie, którzy zawodowo się nią zajmują, często mieszkają razem. Razem wychodzą na deskę, spędzają czas, 24 godziny na dobę.

Czy z którymś ze zdjęć wiąże się jakaś wyjątkowa historia?
Każde zdjęcie na historię, ale lubię bardzo zdjęcie niedeskorolkowe, na którym mój kolega, Przemek Hipler, myje się w umywalce. To było w czasie naszego wyjazdu do Kopenhagi. Historia się wiąże z tym taka, że wynajęliśmy tam tanie mieszkanie. Okazało się, że było super, miało fajny klimat, jego właścicielem był hipis żyjący w zgodzie z naturą. Niestety nie było w nim łazienki. Zadzwoniłem do właściciela i okazało się, że musimy zejść do piwnicy. Łazienka miała własną klatkę schodową, turbo wąską, z pajęczynami i drewnianymi schodami. Zeszliśmy po nich do piwnicy, gdzie na końcu korytarza, za ciężkimi, metalowymi drzwiami, była łazienka. W niej znaleźliśmy niemyty od chyba 10 lat prysznic, przeznaczony dla wszystkich mieszkańców kamienicy. Musieliśmy się myć w umywalce, chociaż po dwóch dniach stwierdziliśmy, że będziemy się myli w butach. Ta historia pokazuje zresztą idealnie deskorolkowe życie. Kiedy jedziesz na trip, nie śpisz w super hotelach i nie opływasz w luksusy. Zazwyczaj odbywa się to po taniości, u znajomych na kanapie.

No właśnie, poczułeś, że coś się zmieniło, odkąd z gościa kochającego deskę stałeś się fotografem? To daje inne spojrzenie?
Od zawsze byłem obserwatorem, taką mam osobowość. Wolę stać z boku i to ułatwiło mi zadanie, kiedy zacząłem robić zdjęcia. Teraz po prostu jak wychodzimy na deskę, mam zawsze ze sobą aparat. Wychodzę z zasady, że fotografować trzeba wszystko. Krótko robię zdjęcia, więc jeszcze nie spróbowałem wszystkiego. Nie utrzymuję się z fotografii deskorolkowej, bo to niemożliwe w Polsce - to chyba realne tylko w Stanach. Utrzymuję się jednak z fotografii, to moja praca. Robię dużo portretów, większe i mniejsze sesje komercyjne, zdjęcia na eventach. Z tego jest kasa, żeby jechać do Barcelony, żeby zrobić coś, co naprawdę mnie jara.

I po trzech latach postanowiłeś, że czas na wystawę…
Każdy rok podsumowywałem, robiąc album w internecie, bo jeszcze na wydanie na papierze mnie nie stać. Pojawiła się okazja, Nikon dużo mi pomógł, dostałem równocześnie propozycję od Tomka z Oficyny. W tym roku moje zdjęcia zaczęły pojawiać się w magazynach deskorolkowych, udało mi się trochę przebić. Pomyślałem więc, że to dobry moment.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Miłosz Rebeś

Tagged:
sztuka
Kultura
Miłosz Rebeś