przyszedł czas na maleńkie torebki

Bo mniej znaczy więcej!

|
cze 22 2017, 6:34am

Coach fall/winter 17. Image courtesy of Coach.

Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim wydaniu i-D.

W listopadzie zeszłego roku kolekcja ośmiu miniaturowych torebeczek Hermès została sprzedana za 318 589 dolarów (ok. 1,2 mln złotych) przez dom aukcyjny Christie's w Hong Kongu. Dla porównania w 2016 roku za przeciętny dom w USA trzeba było zapłacić 233 300 dolarów (ok. 890 000 złotych). Żeby zobrazować to jeszcze lepiej dodamy, że każda z tych toreb mierzyła 15 centymetrów długości lub mniej, a najważniejszym elementem kolekcji był różowy model Birkin (wysadzany 18-karatowym złotem), która pomieści np. grejpfruta. 

„Potencjał oraz zapotrzebowanie na małe torebeczki i te przekładane przez ramię stale rosną", powiedziała w zeszłym roku Courtney Ihnelzi, redaktorka działu trendów Accessories Magazine w rozmowie z The New York Times  Raport Forbesa ze stycznia 2016 dotyczący rynku również kilkukrotnie zaznacza „zmiany w preferencjach konsumentów z dużych toreb na te mniejsze". Jak na ironię małe torebeczki stały się w ostatnim sezonie wielkim biznesem. 

„Dla mnie im mniejsza, tym lepsza", mówi Clara Cornet, dyrektor sprzedaży dla The Webster, która lubi chodzić z miniaturową torebeczką Comme des Garçons (ktoś kiedyś pomylił ją z piórnikiem). W jej szafie znajdziemy również: spory arsenał toreb Loewe wielkości dłoni w kształcie zwierząt (słoni, niedźwiedzi i pand) oraz kompaktowych torebek przewieszanych przez ramię od Marka Crossa (marki, która została powtórnie wprowadzona na rynek w 2010 roku, proponując prawie wyłącznie malutkie torebeczki). „Małe torby są trendem na rynku już od kilku sezonów", powiedziała Clara. 

W kolekcjach resort znajdziemy kudłate mikro torebeczki kuriera Diora i małe okrągłe torebki Chanel, które bez problemu można zawiesić na palcach jednej dłoni. Zeszłej wiosny Valentino i Givenchy pokazało torby wielkości pudełka zapałek. A na jesień Coach stworzył zamszowe, patchworkowe torby, które były tak rozkosznie małe, że przypominały pokrowiec na miniaturowy telefon Dereka Zoolandera. 

Valentino wiosna/lato 17. Zdjęcie: Mitchell Sams.

W późnych latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku królowały duże torby, które zagrażały naszym kręgosłupom, natomiast obecnie torebki są projektowane tak, by utrzymać fizyczną i duchową równowagę, wypracowaną podczas zajęć z jogi. 

Najmodniejsze torby były zazwyczaj tak określane przez swoją ekskluzywność, a nie rozmiar, chociaż większość z nich była wyjątkowo duża. Mówi się, że model Paddington zaproponowany przez Chloé waży ponad 1,5 kilograma (mimo to według raportu Vogue 8000 egzemplarzy zostało sprzedanych jeszcze przed tym, jak trafiły do sklepów). Inne modele pokaźnych rozmiarów, takie jak Gisele Mulberry czy Muse Yves Saint Laurent miały więcej wspólnego z torbą na kule do kręgli niż damskim dodatkiem. Były zbyt nieporęczne, żeby zmieścić je pod pachą i sięgały za łokieć, co sprawiało, że były wyjątkowo niewygodne. Co więcej, niewygodny był też fakt, że warte 3000 dolarów (ok. 11 400 złotych) egzemplarze były nazywane torbami „bezdomnych".  

Pod względem fizycznym mikrotorby Coach na jesień/zimę 17 bardzo różnią się od akcesoriów proponowanych w poprzedniej dekadzie. Ta propozycja jest jak szot w porównaniu do kawy venti Paddingtona. Ale obie torby są po prostu stworzone na miarę swoich czasów. 

Już we wczesnych 2007 roku prognostycy i redaktorzy zapowiadali koniec tzw. „It Bags". W tym roku Eric Wilson tak napisał o „bańce [spekaulacyjnej w świecie] torebek" w The New York Times: „Jest o wiele za dużo towaru. Ceny są absurdalnie wysokie. I analitycy przewidują spowolnienie rynku, który prawdopodobnie osiągnął swój największych wzrost w 2004 roku". Porównał zmniejszający się rynek toreb do problemów ekonomicznych w Stanach Zjednoczonych i „nadchodzącego kryzysu kredytowego". „Cały ten fenomen uległ zmianie", powiedział Wilsonowi ówczesny dyrektor mody w nowojorskim domu towarowym Barneys. 

Popularność małych torebek wydaje się postępującym symptomem ekonomicznego załamania, które zaczęło się w 2008 roku. Mniejsze torby są tańsze nie tylko pod względem produkcji i zakupu, ale wydają się też bardziej odpowiednie do mniej dostatnich czasów. Oznaki statusu sprzed recesji w 2017 roku wydają się równie żenujące, jak oglądanie „Moich słodkich urodzin" czy „Zwykłego Życia". Dla kontrastu malutkie torebki wydają się być „odzwierciedleniem pewnego rodzaju skromności", mówi Clara. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Noszenie małej torby to nie tylko symbol tańszego życia — taki styl życia wręcz ich wymaga. Stylistka Stella Greenspan, która lubi maleńkie torebki od lat 90., mówi że dzięki nim „nie ma wyjścia, trzeba pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. Zmieszczą się tylko najważniejsze przedmioty (i to przy odrobinie szczęścia)". Zwraca też uwagę na korzyści dla zdrowia: „Są dobre dla twojej postury".

„Obecnie można robić praktycznie wszystko, mając ze sobą jedynie telefon i kartę kredytową, dlatego nie nazywałabym ich niepraktycznymi!", powtarza Clara. Jednak żartuje też, że nie wymienia swojego iPhone 6 na nowszy model, bo „do większości z moich torebek nie zmieści się 7".

Dior cruise 18. Zdjęcie dzięki uprzejmości Dior.

Sarah Law, która projektuje torebki dla marki KARA również utożsamia się z minimalizmem torebeczek. „Jestem fanką Marie Kodo i uwielbiam małe rzeczy", mówi, „więc wydawało się to naturalnym krokiem. Wiadomo - im więcej wiesz, tym mniej potrzebujesz!". Wzrost popytu na maleńkie torebki przypisuje również technologii: „W erze cyfrowej, gdzie wszystko jest dostępne na telefonie od ręki, ludzie utrzymują porządek przez minimalizm". Jak mała powinna być więc torebka? „Nie ma limitów!".

„Minimalizm jest ostatnio wszędzie, jak algi w mętnej Ameryce po kryzysie", napisała w zeszłym roku Kyle Chayka w The New York Times Magazine. W artykule „The Oppressive Gospel of ‚Minimalism'" twierdziła, że „minimalizm, częściowo popowa filozofia i częściowo estetyka, jest złotym środkiem na zbytnią zachłanność kapitalizmu". Zaznaczył również, że jedynie ci wystarczająco uprzywilejowani, by otoczyć się przedmiotami, mają ten luksus, że mogą się ich pozbyć. 

Można się upierać, że mała torebka jest poręcznym ucieleśnieniem tego paradoksalnego, pełnego przepychu mechanizmu wyparcia. Efektem ubocznym uprzywilejowanego świata karnych detoksów sokowych i ekskluzywnych ośrodków medytacyjnych, uwielbianych przez pijących tonik z kurkumy i mieszkańców apartamentów udekorowanych przez sukulenty. 

Ale to zignorowałoby drugie symboliczne dno torebeczki. Czasami torby symbolizują dostatek, ale prawie zawsze przypisywane są jednej, konkretnej płci. Chociaż przecież wszyscy je noszą, przynajmniej od XX wieku w większości są to kobiety. Według raportu NPD rynek torebek w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku był wart 11,5 miliarda dolarów, a jedynie 2,3 miliarda stanowiły projekty przeznaczone dla mężczyzn. A jaki wizerunek kobiety buduje sylwetka przytłoczona przez torby ważące 1,5 kg?  

Odwrót od trendu ogromnych toreb z początku XXI wieku wydaje się odbywać równolegle z narodzinami nowego feminizmu, a na pewno jest chociaż w jakimś stopniu jego znaczącym efektem ubocznym. Jeśli Margaret Thatcher i duże, wyglądające na niezniszczalne torby, spójne z jej wizerunkiem Żelaznej Damy stanowią przykład zanikającego świata ograniczeń, możliwe, że nasza pierwsza (fikcyjna) wiceprezydent USA - Selina Meyer z serialu „Figurantka" - odzwierciedla możliwą przyszłość. Ona w ogóle nie nosi ze sobą torebki; zatrudnia do tego sługę, który nosi za nią jej dobytek, dzięki czemu sama ma wolne ręce do (nieudolnej) pomocy w rządzeniu krajem. 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson