szukajcie, a znajdziecie

Fotograf Campbell Addy dzieli się z nami swoimi zmaganiami z seksualnością, zdrowiem psychicznym i rodziną ortodoksyjnych Świadków Jehowy.

|
mar 9 2017, 5:00pm

23-letni Campbell Addy jest jednym z najmilszych ludzi pracujących w modzie. W minucie, w której go poznajesz, masz ochotę go serdecznie uściskać. Jednak za delikatną powłoką kryje się bardzo zdeterminowany młody chłopak. Nie jest to nic dziwnego, biorąc pod uwagę, przez co musiał przejść w przeszłości. Urodził się w rodzinie ortodoksyjnych Świadków Jehowy z Ghany i religia od zawsze rządziła jego życiem. Podczas gdy jego koledzy leczyli kaca, on razem z bliskimi chodził po domach głosząc Słowo Boże. Później, kiedy miał 17 lat oznajmił, że jest gejem, czyli kimś nieakceptowanym przez kościół. Prowadził więc podwójne życie. Chodząc po cichu na palcach, wypierał swoją prawdziwą naturę. W końcu postanowił opuścić dom. Teraz, kiedy jest już wolny, Campbell może w końcu prowadzić życie o jakim marzył.

Jedna rzecz w jego życiu pozostała niezmienna i jest to fotografia. Jako dziecko, Campbell był zawsze ubierany i fotografowany przez matkę, ale podczas spotkań Świadków Jehowy zabierał aparat dziadka i robił portrety nieznajomym. Uwiecznianie świata wokół niego zawsze było czymś naturalnym. Jednak gdyby nie Central Saint Martins nie byłby w stanie udoskonalać swojego warsztatu. Od tamtego czasu Campbell robi niezwykłe zdjęcia dzięki swojej wizji estetycznej i niepowtarzalnej interpretacji fotografii modowej. W zeszłym roku stworzył „Niijournal", publikację dedykowaną różnorodnej reprezentacji, a obecnie otworzył swoją pierwszą solową wystawę. Oparta na cytacie ze świętego Mateusza (Roz.7:7,8 „Szukajcie, a znajdziecie"), pokazuje szczegóły zmagań artysty ze swoją seksualnością i religijną przeszłością. Świeżo po jej otwarciu złapaliśmy się z nieustraszonym twórcą, żeby dowiedzieć się, jak mu idzie.

Opowiedz nam trochę o sobie i o miejscu, w którym dorastałeś.
Pochodzę z rodziny bardzo ortodoksyjnych Świadków Jehowy i mieszkańców Ghany. Kiedy miałem 17 lat dowiedzieli się, że jestem gejem i skończyłem opuszczając dom. To było jak bomba atomowa, która wybuchła w moim życiu. Przestawiłem się na tryb przetrwania, wziąłem swoją torbę i po prostu wyszedłem. Było to traumatyczne, ale w końcu poczułem się wolny. Moja rodzina nie chciała, żebym odchodził, ale atmosfera była zbyt napięta i znalazłem schronienie pod dachem organizacji Albert Kennedy Trust, która pomaga bezdomnym ludziom ze społeczności LGBT.

Jaki był twój dom zanim go opuściłeś?
Chodziliśmy na spotkania (nie nazywaliśmy tego miejsca kościołem) we wtorkowe i czwartkowe wieczory. Później w soboty i w niedziele krążyliśmy po domach i pukaliśmy do drzwi. Pewnego razu zabalowałem noc wcześniej i totalnie się schlałem. Musiałem potem chodzić z moim dziadkiem i byłem na strasznym kacu. Mój znajomy otworzył drzwi i zareagował: „Campbell! Ostatnia noc była porąbana". Mój dziadek oznajmił: „Myślałem, że poszedłeś się uczyć".

Jak radziłeś sobie z podwójnym życiem?
Miało to na mnie wpływ. Obracałem się w towarzystwie Świadków i byłem introwertykiem, ale kiedy byłem z przyjaciółmi i mogłem się wyluzować, traciłem kontrolę. Znajomi myśleli, że jestem szalony.

Czy dorastanie jako Świadek Jehowy miało na ciebie jakiś pozytywny wpływ?
Pomogło mi nie wplątywać się w żadne kłopoty. Wielu moich przyjaciół było członkami gangów albo brało narkotyki.

Skąd w tym wszystkim wzięła się fotografia?
W moim domu zawsze robiło się zdjęcia. Latem mama mnie ubierała, a później fotografowała. Chodziliśmy na konwencje w Twickenham co trzy miesiące, gdzie spotykała się cała społeczność z okolicy i mój dziadek zawsze brał ze sobą aparat. Używałem go, żeby robić zdjęcia przypadkowym ludziom. Pewnego dnia byłem w szkole i w ramach kary musiałem zostać po lekcjach w bibliotece. Skończyło się to na tym, że pomagałem nauczycielowi przenosić książki o fotografii i wtedy odkryłem Normana Parkinsona, Davida Baileya i Nicka Knighta. Miałem obsesję na punkcie Irvinga Penna, więc po prostu zacząłem strzelać foty. Nie brałem tego na serio dopóki nie dostałem się na Central Saint Martins.

Jaki był twój pierwszy poważny projekt?
Pracę nad nim zacząłem na trzecim roku studiów. W rodzinie ktoś umarł, więc pojechałem do Ghany odwiedzić moją mamę, po raz pierwszy od dwóch lat. Byłem bardzo przepracowany i mimo, że wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy to miałem depresję. Mama zamknęła mnie na dwie godziny w pokoju, żebym mógł się wyspać, bo wyczuła, że coś jest nie tak. Kiedy się obudziłem zablokowałem telefon i znalazłem swój pierwszy aparat. Przez moment zapomniałem, jaką robienie zdjęć daje mi radość. Finalnie wyszedł z tego projekt, który nazwałem „Straight Up Kasoa", skupiający się na Ghanie i stawianiu Afryki w pozytywnym świetle. Chciałem pokazać, że ten kontynent to nie tylko biegające dookoła nagie dzieci.

Porozmawiajmy o twojej najnowszej wystawie, „Św. Mateusz, 7:7&8".
Jest ona oparta na fragmencie Biblii, który szczególnie do mnie przemówił. Mam na myśli „Szukajcie, a znajdziecie". Zawsze uciekałem od swojej przeszłości, ale byłem Świadkiem Jehowy przez 17 lat, więc to tak po prostu nie zniknie. Oprócz bycia gejem, nie ma we mnie nic moralnie złego. Pomyślałem: „Czemu uciekam od czegoś, kiedy powinienem to zaakceptować?". Nikt nie może mnie sądzić, oprócz Boga.

Wierzysz, że bycie gejem jest niemoralne?
Nie, ale kiedyś tak myślałem. Nienawidziłem przez to siebie. Wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak. Byłem załamany. W pewnym momencie sądziłem, że Bóg mnie wystawia na próbę. W szkole zerwałem kontakt z niektórymi ze znajomych i próbowałem się skupić na byciu dobrym chrześcijaninem. Zdałem sobie później sprawę, że bycie gejem nikogo nie zabija, a ja po prostu żyję swoim życiem. Wystawa wzięła się właśnie z tych przemyśleń. Była dla mnie zamknięciem pewnego rozdziału.

Co myślisz o tym wszystkim teraz, kiedy wystawa jest już otwarta?
To wszystko było naprawdę straszne, ale nie mogę robić niczego innego. Po otwarciu otrzymałem 10 e-maili od ludzi z całego świata, byłych Świadków, którzy zostali wykluczeni przez orientację - jak ja. To dla nas duża rzecz. Nie tylko tracisz swoją religię, ale także zostawiasz swoich przyjaciół i rodzinę. Kiedy odchodzisz, nie masz się do kogo zwrócić. To dziwne, myślałem, że spotkam się z nienawiścią i ludzie nie będą zadowoleni z powodu odniesień biblijnych w tytule wystawy o byciu gejem, ale ogólnie reakcje były wspaniałe.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Co dalej?
Chcę więcej podróżować. Pojechałem do Seulu z moim chłopakiem, aby udokumentować tamtejszą społeczność homoseksualną. To było niesamowicie interesujące doświadczenie. Uświadomiłem sobie, jak łatwo mamy w Londynie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Dodatkowo szykuje się jeszcze do drugiego wydania „Nii Journal", które głównie dotyka tematyki zdrowia psychicznego. Szokuje mnie, jak mało informacji na ten temat jest w obiegu. Jestem 20% bardziej narażony na zaburzenia, tylko przez to, że nie jestem biały. Mam za sobą mnóstwo terapii i badań i zaczynam rozumieć, dlaczego zrobiłem niektóre rzeczy, kiedy byłem młody i dlaczego moi przyjaciele je robili.

Jakie są twoje nadzieje i marzenia związane z przyszłością?
Chcę poszerzyć swoją działalność o ruchome obrazy, ale zobaczymy jak to będzie. Jest mnóstwo historii, które chciałbym opowiedzieć. Marzy mi się zrobienie filmu fabularnego, takiego jak „Moonlight". Marzy mi się, żebyśmy mieli możliwości już jako dzieci. Pamiętam, że byłem tą dziwną queerową istotą, ale nic na ten temat nie wiedziałem, ponieważ nie istniało żadne medium wizualne, żeby sportretować to zjawisko. Chciałbym, żeby w czarnym chłopaku z Croydon było coś z „Seksu w wielkim mieście".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock