piosenki, które zmieniły życie jane birkin

Jane Birkin opowiada nam o piosenkach, które są kwintesencją trwającego dziesięć lat romansu z Sergem Gainsbourgiem.

tekst Matthew Whitehouse
|
05 Maj 2017, 4:10pm

On był najbardziej kontrowersyjnym muzykiem we Francji. Ona młodą brytyjską aktorką. Wspólnie, w trwającym ponad dziesięć lat romansie, Serge Gainsbourg i Jane Birkin, artysta i jego muza byli definicją eleganckiej pary, kwintesencją paryskiej miłości. Miłości, dla której jest się w stanie wskoczyć do Sekwany. Miłości pełnej przechadzek po Boulevard Saint-Germain. Miłości, z której nagrywa się sprzedające się w milionach egzemplarzy piosenki zakazane przez Watykan. Po 37 latach od rozstania i 26 latach po śmierci Serge'a kochankowie wciąż fascynują kolejne pokolenia. Birkin wydała nowy album z utworami napisanymi przez mężczyznę, o którym były prezydent Francji, François Mitterrand, powiedział: „nasz Baudelaire, nasz Apollinaire" oraz „[muzyk, który] przeniósł piosenki do świata sztuki". W kwietniu mieliśmy okazję usłyszeć te piosenki na żywo podczas koncertu Jane Birkin: Serge Gainsbourg Symphonique w warszawskiej Filharmonii.

„Przynajmniej tyle można zrobić - zatrzymać ludzi pod taką postacią", powiedziała Birkin. „Serge miał rację, kiedy zapytany: 'Jaka jest twoja wizja końca świata?', odpowiedział 'Moja śmierć'. Pomyślałam: 'O raju, on uważa się za boga'. Ale potem pomyślałam, że tak naprawdę miał rację. Bo dla jednostki to jest koniec świata. Jeśli mówienie o nieobecnych może przedłużyć ich istnienie chociaż na chwilę, trzeba to robić".

Piosenka, która przypomina mi przeprowadzkę do Paryża:
Françoise Hardy, „Tous les garçons et les filles". Mieszkałam na Boulevard Lannes, w tym samym domu co Edith Piaf. Kiedy umarła, gigantyczne kolejki ustawiały się na chodniku, żeby ją zobaczyć, bo tak robią Francuzi. Myślę, że Serge tam był, gdzieś w tym tłumie. Kiedy pokazałam swój dokument policjantowi i zostałam wpuszczona do budynku, zebrani ludzie szeptali między sobą: „C'est Françoise Hardy!". Byłam taka szczęśliwa, że wzięto mnie za tę wspaniałą piosenkarkę, że siedziałam cicho — nie pochwaliłam się swoim strasznym brytyjskim akcentem i nie powiedziałam, że nie jestem uroczą Françoise Hardy. Ta piosenka, sposób w jaki ją śpiewa, jej podejście do życia, jej absolutne piękno… Jeśli w wieku 16 lat byłam chociaż odrobinę do niej podobna, to miałam szczęście.

Piosenka, która przypomina mi, jak poznałam Serge'a:
To była głupia piosenka „Yummy Yummy Yummy". Kiedy spał po jednej z najwspanialszych nocy na mieście, włożyłam mu między palce u stóp płytę winylową z tym właśnie utworem. Zaczęliśmy w Regine, wtedy zaciągnęłam go na parkiet i wszystko, co było w nim nieprzyjemne, nagle zaczęło mnie pociągać. Serge był nieśmiały; to bardzo pociągające. Był zabawny; a to mnie najbardziej kręci. I to, że nie potrafił tańczyć, było po prostu wspaniałe. Zabrał mnie potem do nocnego klubu Rasputin, gdzie byli sami Rosjanie. Namówił ich, żeby zagrali walca Jana Sibeliusa na chodniku, kiedy wchodziliśmy do taksówki. Wetknął w ich skrzypce banknoty o nominale 50 franków, mówiąc: „ce sont des pute comme moi". Przenieśliśmy się do La Calvados, z południowo-afrykańską muzyką. Przy pianinie siedział muzyk jazzowy, stary Joe Turner, z którym Serge zagrał na cztery ręce. To było niesamowite. Potrafił zagrać każdy utwór, o który prosiła go widownia. Nic dziwnego, kiedyś tak pracował. Około godziny drugiej w nocy poszliśmy do najdziwniejszego klubu nocnego, Madame Arthur, gdzie wszyscy mężczyźni byli przebrani za kobiety, a tata Serge'a był tam pianistą. Wszyscy znali Serge'a od dzieciństwa, dlatego podchodzili do niego, całowali w głowę i mówili: „Och, Serge". Pomyślałam, że ten groźnie wyglądający człowiek, jest przez wszystkich kochany. Nie potrafiłam uwierzyć w tę sytuację. Wydaje mi się, że wtedy musieliśmy zniknąć, nie poszliśmy na Pigalle, bo nie byliśmy jeszcze tak śmiali, ale poszliśmy na rynek. Serge dał tam zaprzyjaźnionemu rzeźnikowi szampana. Powiedział: „Mam cię odprowadzić do domu?", a ja odpowiedziałam odważnie: „Nie". Bardzo odważnie. Zabrał mnie do hotelu Hilton, gdzie recepcjonistka zapytała: „Ten sam pokój, co zwykle, Panie Gainsbourg?". Pomyślałam wtedy: „Nie, nie, nie!". W windzie złapały mnie przemyślenia. „Nie, nie, nie! To okropne". Weszliśmy do pokoju i on zasnął. Wtedy poszłam do drogerii, kupiłam „Yummy Yummy Yummy", wetknęłam je pomiędzy jego palce u stóp i wróciłam do Hôtel Esméralda. To był początek wspaniałego romansu.

Pierwsza piosenka Serge'a , którą usłyszałam:
Wydaje mi się, że pierwszą piosenką była „Manon", w wykonaniu muzyków klasycznych, bo pochodziła z filmu „Manon 70" z Catherine Deneuve. Potem był odważny utwór, który napisał dla Brigitte Bardot, „Je t'aime… moi non plus". Powiedział mi: „Chciałabyś ją zaśpiewać?" i oczywiście powiedziałam, że tak. Obiecał mi, że napisze dla mnie piosenkę, która będzie częścią Preludium dla Chopina. Pomyślałam: „O, jak miło! To pochlebiające!". Nieprawda. Je t'aime… moi non plus" wszystkich zaskoczyło. I nadal podbija serca.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Ulubiony utwór, który stworzyłam z Sergem:
Skoro „Je t'aime… moi non plus" wywołało takie zamieszanie, w Anglii postanowili wydać z nią album w plastikowym pudełku i razem z Sergem musieliśmy szybko nagrać kolejne 10 piosenek. Jedną z nich była „ 69 année érotique", której chyba nie muszę wyjaśniać. Serge napisał też posłowie o naszym związku - „Di doo dah", to było bardzo słodkie. Był w nim wers, w którym opisał, że śpię z moją filcową małpką, co było prawdą i że do szkoły odprowadzał mnie tata, który wyglądał jak ja. Od tego momentu byłam we francuskiej telewizji w każdą sobotę i śpiewałam tę słodką piosenkę. Moi rodzice próbowali wyjaśnić swoim znajomym, że we Francji jestem popularna i to nie jest jakaś głupia piosenka, ale sława nigdy nie doszła do Wielkiej Brytanii. Dotarło za to wydanie „Lui Magazine", w którym byłam przykuta łańcuchem do kaloryfera. Moja mama powiedziała, że mogłaby się bez tego obyć i pewnie tak było. Ale byłam wtedy bardzo uparta i powiedziałam: „To wydanie świąteczne. Wolałabyś, żebym wystąpiła w stroju świętego Mikołaja?".

Piosenka, którą zainspirowałam i z której jestem najbardziej dumna:
Jest trochę smutna, ale to jedna z jego najlepszych piosenek… „Les Dessous Chics". To taki mały portret Serge'a. Pozwolił mi zaśpiewać jego kobiecą część, czy raczej partię jego smutnej strony. I kiedy go zostawiłam, to było jeszcze dziwniejsze, bo od tego momentu urwał się nasz kontakt i nie musiał pisać już dla mnie piosenek, ale to robił. Chciał, żebym je wykonywała. Musiałam śpiewać o swoich wadach, o krzywdach, które mu wyrządziłam. Robiłam to i byłam wdzięczna, że wciąż znajduje dla mnie miejsce w swojej karierze. Kiedy zadzwoniłam i powiedziałam, że urodzę dziewczynkę, powiedział: „To dobrze, bo nie widzę się w roli ojca chrzestnego chłopaka". W dziwny sposób znowu wpasował się w moje życie, jak nikt inny, kogo znałam. Teraz, kiedy o tym myślę, nie wiem czy zdarzyło się to często w historii muzyki. To, że ktoś pisze piosenki aż do dnia śmierci. Czy myślał o tym, że 26 lat później, nadal będę je śpiewać? Czy wiedział, że będą to lepsze portrety jego życia, niż te, które pisał dla siebie samego? W telewizji był nierozważny, palił banknoty 500-frankowe, podskakiwał jak wiewiórka z kreskówek. Ale jednak musiał uzewnętrzniać swoją delikatniejszą stronę i mógł to robić przeze mnie. Dlatego „Les Dessous Chics" to piosenka, którą bardzo chciałam zaśpiewać, bo zmusił mnie, żebym powiedziała: „Jedną rzeczą spośród tego, czego nie wiesz, jest to, że wydobyłeś ze mnie to, co najlepsze". A na końcu rozbrzmiewa: „Należałem do ciebie, teraz nie należę już do nikogo, nie podążam już za tobą". To było okrutne, ale w śpiewaniu tego jest coś przyjemnego, bo to prawda. Naprawdę wydobyłam to, co najlepsze, miałam dla siebie jego najwspanialszą część.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Matthew Whitehouse 
Zdjęcia © Carole Bellaiche

Tagged:
Jane Birkin
Serge Gainsbourg