Reklama

ciemna strona baletu

Sergei Polunin opowiedział nam, jak osiągnął i stracił wszystko.

tekst Matthew Whitehouse
|
10 Marzec 2017, 5:00pm

Wpisz imię Sergei Polunin w Google, a natkniesz się na całą, wciąż rosnącą listę sensacyjnych nagłówków, jak na przykład: „Sergei Polunin odchodzi z Royal Ballet!", „Sergei Polunin mówi o nadużywaniu narkotyków", „Sergei Polunin zjadł mojego chomika!". Ok, to ostatnie zmyśliliśmy, ale wiecie, o co chodzi. Łamie on wszelkie zasady, jest antybohaterem przemysłu niczym aktor Mickey Rourke. Jego gwiazda świeciła jasno, dopóki nie została zgaszona osobistymi porażkami artysty i złymi decyzjami dotyczącymi kariery. Krótko mówiąc: napady złości, tatuaże i tiulowa spódnica.

Jakże on kiedyś jasno świecił. Urodzony w szarym mieście Kherson w południowej Ukrainie Sergei pokonał przeszkody finansowe i problemy rodzinne, żeby w wieku 19 lat stać się najmłodszym solistą w Royal Ballet. Wkrótce zaczęły pojawiać się porównania do uznanego tancerza Rudolfa Nureyeva, a bilety na jego występy były wyprzedawane na dwa lata do przodu. Wszystko wskazywało na świetlaną karierę. Jednak coś poszło nie tak.

Sergei był nieszczęśliwy przez presję i restrykcje związane z zajmowaniem tak ważnej pozycji. W 2012 roku kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pogłoski o rzekomym braniu kokainy i wybuchowym charakterze, tancerz zrobił coś szokującego - odszedł z Royal Ballet. Powiedział potem, że „umarł w nim artysta". Miał wtedy 22 lata.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

To, co stało się potem jest tematem najnowszego dokumentu Stevena Cantora. Pokazuje on Sergeia rozpoczynającego wszystko od nowa w Rosji, zmianę kariery w Hollywood i planowany ostatni taniec, który finalnie sprawił, że odbił się od dna - czterominutowy układ do „Take Me to Church" Hoziera, który na YouTube obejrzało ponad 16 milionów osób. Tancerz odkrywa, co dzieje się, kiedy ktoś dociera na szczyt, tylko żeby rozejrzeć się dookoła i uświadomić sobie, że to nie jest to. Co początkowo wydaje się być błogosławieniem, okazuje się być przekleństwem. Z okazji zbliżającej się premiery filmu usiedliśmy z Sergeiem, żeby pogadać o filmie i o tym, czego należy unikać, żeby się nie rozczarować.

Jak doszło do powstania filmu?
Stała za tym producentka Gabrielle Tana. Robi właśnie film o Nuriejewie i próbowała skontaktować się ze mną odnośnie roli. Szukała kogoś przez 10 lat, wiesz jak to jest z filmami. W końcu odezwała się do mnie i do kilku innych osób, które zasugerowały jej, żeby zrobiła coś o kimś żyjącym. Uznała więc, że to może być coś ciekawego. Weszliśmy w to, w ogóle nie wiedząc, co robimy. Jak robi się dokument o żywej osobie? O czym on będzie? Planów było wiele, trwało to pięć lat. W końcu poszliśmy w innym kierunku, zajęło mi kilka lat, żeby im zaufać, bo nie wiedziałem, do czego będą chcieli się dokopać. Nie znałem tej osoby. Nie googlowałem jej ani nic. Na sam koniec znaleźli zdjęcia z mojej młodości. Tak, to było pod koniec.

Jak ci się to oglądało?
Nie chciałem tego robić. Nie chciałem uczestniczyć w decydowaniu, o czym to będzie.

Myślisz, że ten film to dobre odzwierciedlenie twojego życia?
Myślę, że jest, to znaczy był. Nie było w nim nic udawanego, to dobra rzecz. Może tylko jedna, czy dwie rozmowy, które były lekko wymuszone. Było to dla mnie w pewien sposób terapeutyczne. Nigdy nawet nie rozmawiałem z moją mamą o tych rzeczach. Całe to doświadczenie było bardzo dobre dla mojej rodziny. Komunikowaliśmy się, rozmawiałem z nimi.

Film pokazuje wiele ważnych momentów twojego życia… odejście z Royal Ballet, przeprowadzka do Rosji… Kiedy to oglądasz, myślisz sobie - „Boże, chciałbym zrobić to inaczej"?
Wiesz… czasem myślisz sobie, że to zależy od tego, jakie masz nastawienie. Zawsze masz dwie strony. Nawet końcówka filmu była wyborem. Czy skończy się w pozytywny, przyjemny, czy szalony sposób? To tak, jak wybory życiowe. Kiedy czuję się dobrze, jestem nastawiony pozytywnie. Myślę sobie, że chciałbym być wtedy silniejszy, zostałbym w Royal Ballet i jakoś dał radę. Jednak kiedy jestem w bardziej pokręconym humorze czuję, że dobrze zrobiłem, bo nie zawsze trzeba być porządnym. Nigdy nie chciałem być dla nikogo przykładem. Chciałem być tym złym. Więc to, co zrobisz, zależy od aktualnego sposobu myślenia.

Skoro jesteśmy przy tym temacie, to jak ważne jest, aby usprawnić systemy radzenia sobie z psychiką tancerzy dla tego przemysłu?
Na pewno bardzo ważne. Gdybym miał wtedy menedżera albo agenta, któremu mógłbym zaufać, to wszystko załatwiłoby dosłownie kilka słów, na przykład - „Sergei, weź kilka dni wolnego, ja z nimi pogadam". Nic tak bardzo szalonego się nie działo, po prostu poszedłem do dyrektora i powiedziałem, że odchodzę, a on odpowiedział - „okej". Teraz mam niesamowitego agenta, Simona Beresforda i powiedział, że gdyby był wtedy przy mnie, kazałby mi wziąć tydzień wolnego. Ma on do czynienia z niesamowitymi aktorami i twierdzi, że gdy aktor się stresuje, powinien wziąć trzy miesiące wolnego. Nawet pół roku. Jechać na wakacje, na wyspę, na plażę. Wrócić, kiedy jest wypoczęty. Kiedy jest się samemu, trzeba radzić sobie tak, jak się potrafi. Wtedy wydawało mi się, że dobrym rozwiązaniem będzie rozwalenie wszystkiego i odbudowanie od początku. Zatrzymałem się na procesie niszczenia. To rodzaj bardzo satysfakcjonującej pętli. Burzysz, a potem trochę naprawiasz i znowu burzysz. Wpadłem w to błędne koło ciągłego rozwalania i odbudowywania.

Czułeś potrzebę udowadniania, że twoja reputacja „złego chłopca baletu" jest słuszna?
Właściwie to nie lubię tego określenia, ale nigdy też nie lubiłem idealnych wzorców. Zawsze uważałem, że chłopcy których społeczeństwo uważa za złych, są tymi dobrymi. Nie uważam, żeby byli oni złymi ludźmi. To oni przyjmują wszystko na klatę. Społeczeństwo jest dziwną grupą dziwnych ludzi. Jedna osoba się oburzy, a wszyscy jej wtórują. To reakcja łańcuchowa.

Czy rzeczy takie jak to wideo Davida LaChapelle stanowią przyszłość baletu? Jak ważne jest to, żeby formy sztuki zaczęły komunikować na większą skalę?
Myślę, że to niezbędne. To nie jest żart. Balet jest kompletnie martwy. Wszystko było już zrobione setki lat temu. Ciągle te same układy. Ok, „Giselle" jest wspaniała, ważne żeby utrzymać ją przy życiu. Ale czy młoda osoba pójdzie to zobaczyć? Nigdy bym jej tego nawet nie zasugerował. Idź i zobacz broadwayowską sztukę. Nie idź na żaden balet, ponieważ to przeżytek. Musi on się stać bardziej popularny, być pokazywany w telewizji, musi poszerzyć swój zasięg. To jedyna forma sztuki, która tego nie robi. To jedyna dziedzina, w której nie funkcjonują menedżerowie i agenci. Jest zamknięta, ale nie jest już dłużej królewska. Przecież to nie jest tak, że ogląda to królowa. Balet został zdegradowany. Nie mówię o obniżeniu standardów, mówię o dotarciu do szerszej publiczności. Jeśli to dobrej jakości taniec, wspaniałe widowisko.