10 queerowych filmów i seriali 2017 roku

Darujcie sobie setny seans „To właśnie miłość" i obejrzyjcie coś z naszych propozycji.

|
gru 28 2017, 7:14pm

Mamy szczęście żyć w czasach, w których coraz lepiej przyjmuje się historie o ludziach żyjących poza heteronormatywną, białą bańką. Jeszcze nie tak dawno sukces filmu zależał od dwóch czynników. Musiał albo pokazywać życie cispłciowych ludzi z klasy średniej, albo być bardzo oderwany od tego świata — oczywiście jak najdalej, najlepiej jak w sci-fi.

We wczesnych latach 2000. komedie romantyczne i filmy o superbohaterach rządziły kinowymi rankingami. Wyglądało na to, że widzowie woleli oglądać kolejną wersję tego samego niż oryginalną historię o życiu i doświadczeniach społeczności LGBTQ+. Queerowe filmy robiło się dla niezależnej i queerowej widowni, ale w 2017 roku coś zaczęło się zmieniać na lepsze. Dzięki sukcesowi „Moonlight" studia filmowe chętniej biorą na warsztat queerowe historie, a publiczność staje się coraz bardziej otwarta i świadoma.

Zapomnijmy na chwilę o superbohaterach — oto filmy i seriale z 2017 roku, które wpłynęły na przemianę heteronormatywnego świata kina.

„Moonlight"
Musimy zacząć od tego skromnego arcydzieła, które otworzyło queerowy rok 2017. „Moonlight" jest przepięknym filmem, którym obdarzył nas Barry Jenkins. Przełomowe dzieło zgarnęło Oscara dla najlepszego filmu i zostawiło swój ślad na branży kinematografii. Opowiada historię czarnego, biednego chłopca z Miami, który stara się zrozumieć swoją orientację. Jego opowieść poruszyła serca widzów.

Tarell Alvin McCarney i Barry Jenkins napisali razem scenariusz, opierając go częściowo na swoich doświadczeniach. „Moonlight" udowodnił, że filmy o gejach przemawiają nie tylko do queerowej widowni. Aktorzy przeszli w nim sami siebie, jak chociażby Ashton Sanders i Mahershala Ali. Podejrzewamy, że za kilka dekad nadal będziemy o nim dyskutować.

„Misandrystki"
Żaden współczesny filmowiec nie odrzuca hetroestablishmentu tak jak Bruce LaBruce. Kanadyjski reżyser znany ze swojej umiejętności ujarzmiania pornografii i niezależnego kina artystycznego nadal kręci genialne i bezczelne filmy dla swoich wielbicieli.

Jego najnowszy, pełen kobiet film „Misandrystki" nie jest wyjątkiem. Akcja rozgrywa się na niemieckiej wsi w latach 90. i opowiada historię feministycznej, lesbijskiej organizacji terrorystycznej, próbującej wymazać patriarchat z powierzchni Ziemi i zbudować nowy porządek świata. Grupa żyje i pracuje pod okiem „Wielkiej Matki", która zachęca podopieczne do seksu i swawoli w ramach pokazu sił. Film zachwyca od strony wizualnej, a obsada idealnie pasuje do estetyki LaBruce'a. Łatwo uznać to dzieło za płytkie, ale to kampowy i wspaniale prostacki portret polityki płci. „Misandrystki" to najgorszy koszmar nietolerancyjnych, ograniczonych ludzi — tym lepiej.

„Beach Rats"
W przypadku większości aktorów debiut na wielkim ekranie zawiesza poprzeczkę i wyznacza kierunek ich kariery. Dlatego, gdy nastoletni Harris Dickinson zdobył rolę Frankiego, pełną całkowitej nagości, narkotyków i homoseksualnego seksu, groziło mu zaszufladkowanie. Jednak dzięki powalającemu występowi w filmie Elizy Hittman stał się jednym z najgłośniejszych debiutantów 2017 roku. „Beach Rats" trafia na naszą listę dzięki portretowi płynnej, formującej się orientacji seksualnej. Oddaje hołd wszystkim, którzy nie chcą dopasowywać się do kategorii narzucanych przez społeczeństwo.

„Princess Cyd"
W tym roku odrzuciliśmy wszelkie etykietki, co najlepiej widać w filmie „Princess Cyd" amerykańskiego reżysera Stephena Cone'a. Historia opowiada o wyzwolonej 16-latce, spędzającej lato z ciotką w Chicago, z dala od smętnego domu, w którym mieszka z samotnym ojcem. Dzięki nowo odkrytej wolności poznaje baristkę Katie. Nagle pojawia się między nimi chemia i główna bohaterka dostaje szansę na odkrycie siebie na nowo.

Jessie Pinnick świetnie sobie radzi wcielając się w tytułową bohaterkę: niesforną nastolatkę, która zaczyna formować własne poglądy na temat seksualności. 96 minut poruszającego kina, w którego żyłach płynie duma i wolność. Jeden z najbardziej niedocenianych filmów roku — obejrzyjcie go, jeśli nadarzy się okazja.

„Ornitolog"
„Ornitolog" stanowi połączenie pokręconego thrillera, tajemniczej erotyki i alegorycznego koszmaru. Ścieżkę dźwiękową stanowi śpiew ptaków i szum strumienia. Również strasznie niedoceniany, chociaż nie jest typowo queerowym filmem — historia jest oparta na religijnej przypowieści, którą zmodyfikowano w iście bluźnierski sposób.

Film Jõao Pedro Rodrigueza opowiada o Fernando, ornitologu-geju, zagubionym na portugalskiej wsi. Utrzymuje sporadyczny kontakt ze swoim chłopakiem „z zewnątrz" przez słaby zasięg w telefonie. Na łonie natury doświadcza wydarzeń, które subtelnie nawiązują do życia świętego Antoniego z Padwy, ale w bardziej szalonej wersji. Jeśli podobał wam się hitchcockowski thriller „Nieznajomy nad jeziorem", pokochacie to queerowe arcydzieło.

„Tamte dni, tamte noce" (polska premiera 26 stycznia 2018)
Niewiele filmów zdobywa w internecie całą armię zagorzałych fanów, a jeszcze mniej z nich opowiada o nastoletnich chłopcach odkrywających swój homoseksualizm na włoskiej wsi. Właśnie taką perełką jest „Tamte dni, tamte noce", którego premiera odbyła się na festiwalu Sundance w styczniu. Taką harmonię rzadko spotyka się wśród niepokojących wątków queerowego kina. Film po mistrzowsku pokazuje pierwsze uczucia, podziw i pożądanie. Nic dziwnego, że sporo się o nim mówi w kontekście Oscarów.

„Anioły w Ameryce" w National Theatre
Dobra, trochę tu oszukujemy, ale niewiele sztuk teatralnych jest tak przełomowych i zrealizowanych z takim rozmachem, jak najnowsza adaptacja „Aniołów w Ameryce". Z technicznego punktu widzenia ta produkcja trafiła też do kin! W głównej roli wystąpił Andrew Garfield, a za reżyserię odpowiadała Marianne Elliott. Bilety na wszystkie spektakle w Londynie wyprzedały się w kilka minut. W lutym nadejdzie kolej na nowojorską publiczność.

Cała oszałamiająca produkcja trwa 7 godzin i 45 minut. „Anioły w Ameryce" przenoszą nas do Nowego Jorku lat 80., w którym queerowi mieszkańcy walczą z kryzysem AIDS i administracją Reagana, która ich ignorowała za wszelką cenę. Błyskotliwe arcydzieło jest inteligentne, zabawne i smutne jednocześnie.

„Thelma"
Joachim Trier lubi robić niepokojące filmy. Jego przełomowe dzieło „Oslo, 31 sierpnia" opowiadało o narkomanie uciekającym z odwyku, by choć jeden dzień pożyć w prawdziwym świecie. Anglojęzyczny debiut „Głośniej od bomb" był dramatem z kraksą samochodową w tle, z Isabelle Huppert i Jessem Eisenbergiem w rolach głównych. Jego najnowszy obraz jest horrorem o kobiecie z nadprzyrodzonymi mocami, który przemówił zarówno do krytyków, jak i widzów.

Tytułowa Thelma ucieka od chrześcijańskiej rodziny, żeby zacząć nowe życie na uniwersytecie w Oslo. Tam poznaje Anję, studentkę, do której zaczyna coś czuć — i tu pojawiają się jej nadludzkie moce. Większość filmów z queerowymi postaciami kręci się wyłącznie wokół seksualności, ale „Thelma" wykorzystuje wątek homoseksualny jako sprytny wątek poboczny w historii o ucieczce przed oczekiwaniami i budowaniu własnej osobowości. Wyobraźcie sobie queerową wersję złowieszczej „Carrie" Stephena Kinga i gotowe.

„When We Rise"
Dzięki rozwojowi i sukcesowi takich platform streamingowych jak Netflix, Hulu i Amazon Prime, rozrosły się popyt i podaż na produkcje LGBTQ+. Niektóre z nich nawet przeszły z podziemia do głównego nurtu. Seriale pokroju „Transparent" Amazona kwitną, ale naszej uwadze umknął miniserial stworzony przez zdobywcę Oscara.

„When We Rise" scenarzysty „Obywatela Milka" Dustina Lance'a Blacka i reżysera Gusa Van Santa opowiada współczesną historię najważniejszych aktywistów społeczności LGBTQ+ od zamieszek w Stonewall w późnych latach 60. aż do dziś. Porusza nie tylko kwestie praw białych gejów, ale także kobiet i ludzi o innym pochodzeniu etnicznym, m.in. za sprawą wątków Romy Ruy, działaczki na rzecz praw kobiet oraz Kena Jonesa, który jako czarnoskóry, homoseksualny mężczyzna walczył, by go wysłuchano. Edukował setki ludzi w kwestii AIDS.

„Piękny kraj"
Co otrzymacie, gdy połączycie farmę w Yorkshire, seks i dwóch przystojniaków? „Piękny kraj". Debiutancki film pełnometrażowy Francisa Lee jest na ustach wszystkich od czasu festiwalu Sundance. Większość queerowych filmów prowadzi do tragedii lub konfliktu, ale tym razem wkraczamy na ścieżkę nadziei. Historia miłości dwóch mężczyzn jest opowiedziana realistycznie i z wdziękiem, a także nawiązuje do pochodzenia Francisa Lee, który sam dorastał na wsi. W „Pięknym kraju" znajdują się w także najbardziej poruszające i pełne błota sceny seksu, jakie zobaczycie w tegorocznych produkcjach.

Artykuł pochodzi z brytyjskiego wydania i-D.

Sprawdź też: