dorastanie w obiektywie matki

Francuska fotografka Martine Fougeron uwiecznia 10 lat nastoletniego życia swoich synów. Nie mówcie tylko, że są piękni.

|
25 Maj 2015, 1:45pm

Photography Martine Fougeron

Wyobraź sobie, że siedzisz w jacuzzi na afterze po szkolnym balu, a obok jest twoja mama. Martine Fougeron uchwyciła swoich synów właśnie w takim momencie, a także w wielu innych, które można znaleźć w intensywnej serii zdjęć, o tytule Teen Tribe [plemię nastolatków]. Komplet ukaże się niebawem w formie albumu, wydanego przez Steidl, a na zdjęciach ujrzymy synów artystki wraz z przyjaciółmi, którzy jedzą, kąpią się, wygłupiają, czytają, palą, flirtują i śpią.

Fougeron mieszka w tej części Bronxu, którą da się znaleźć tylko za pomocą miliona wskazówek, w tym: „idziesz w dół wzdłuż wstrętnego bulwaru Brucknera (najgorsza część)". Artystka mieszka w pięknym domu w szemranej okolicy wraz z dwójką synów: Nicolasem i Adrienem, już od 6 lat. Na zdjęciach obecny jest Bronx, ich poprzedni dom w West Village, a także wakacyjny punkt na południu Francji - to właśnie tam Fougeron uwieczniła emocjonalne i nonszalanckie momenty z nastoletniego życia swych obu synów.

Mimo że twórczość Martine gościła na wielu wystawach, w dwóch albumach oraz na dwóch stronach New Yorkera i New York Timesa, to artystka zaczęła zajmować się fotografią dosyć późno. Jako dyrektor kreatywny perfum, pracowała nad tak znanymi zapachami jak Happy Clinique, jednak wkrótce rynek zaczął się przepełniać i zbytnio pachnieć korporacją. „Byłam za młoda na to, żeby się nudzić w pracy", mówi. „Mimo że dużo zarabiałam i miałam świetne stanowisko, to nie było to, czego chciałam". Po zamachu z 11 września zapisała się na kurs fotograficzny w International Center for Photography i na dobre rozpoczęła przygodę ze zdjęciami, fotografując swoich synów.

Na początku opierała się temu pomysłowi, przez obawę, że taki temat ją zmarginalizuje. „Nie chciałam być mamusią, która biegnie do szkoły i robi zdjęcia swoim synkom". Nie mogła się za to oprzeć przy rodzinnym stole. „Bez wątpienia, to były najlepsze zdjęcia, najbardziej intymne. Myślę, że to mi dało dużo kreatywnej kontroli nad uwiecznianiem czegoś przyziemnego, domowego. Zdałam sobie potem sprawę, że to nie tylko kontrola w pryzmacie kreatywności, ale kontrola nad obiektem zdjęcia i samo zainteresowanie tym obiektem."

Martine nie jest jedyną znaną żeńską artystką, fotografującą swoje dzieci. Robi to również Tierney Gearon, a także słynna Sally Mann. W nowym artykule dla New York Timesa, Mann opisuje proces obróbki zdjęć, przy którym towarzyszą jej dzieci, mające prawo veta. Fourgeron podąża tą samą ścieżką.

Artystka widzi pozytywne strony w dyskomforcie, jaki wywołują niektóre zdjęcia. „Było jedno zdjęcie mojego syna [Adriena], gdzie leży na niebieskiej kanapie i wygląda bardzo androgynicznie. Ludzie pytali, 'a co to za ładna dziewczynka?' Gdy usłyszał to po raz trzeci, dostał szału: „nie jestem dziewczynką", po czym poszedł do fryzjera obciąć włosy. Wziął to do siebie, a to z kolei poskutkowało reakcją; nie postrzegał siebie w ten sam sposób, w jaki postrzegali go inni ludzie". Z kolei Nicolas znalazł swoje zdjęcie, na którym siedzi przyklejony do komputera i gra w gry wojenne, z całkowicie nieobecnym, pustym wzrokiem. Postanowił, że będzie trochę bardziej towarzyski.

Burza loków, wieczny papieros w ustach i spokojne, ale bardzo żywe usposobienie - wiadomo, dlaczego synowie Martine powierzyli jej dostęp do ich nastoletniego wszechświata. To przerodziło się właściwie w sposób trzymania synów blisko siebie, umacniania ich więzi z rodziną, zwłaszcza za czasów, gdy nie mogli jeszcze chodzić do barów czy szlajać się po ulicach. „Moje dzieci były nieodłączną częścią 'stada'. Zawsze wracali do domu. Ja drukowałam zdjęcia, a oni je oglądali i napędzali mnie dodatkowo. Na przykład, „To dokładnie my, ale nas uchwyciłaś". Zdjęcia były odzwierciedleniem części ich życia, którą uważali za ważną."

„Próbowałam być jak najbardziej niewidzialna", mówi Martine. „Wiele zdjęć robiłam w nocy, więc nie za bardzo mogli mnie widzieć. Na imprezach byłam przez 20 minut. Jeśli po 20 minutach nie miałam zdjęcia, to wychodziłam. Wiedzieli więc, że nie będę tam przez cały czas".

A co na to inni rodzice? Jak się zapatrują na te śmiałe kadry z życia ich dzieci? Martine mówi, że raczej nie wiedzieli, dopóki nie wyszedł film i wystawa. A potem? „Myślę, że czuli lekką zazdrość...Że jestem jak dobra ciocia czy powierniczka, podczas gdy oni chowali swoje dzieci dosyć surowo. I w bardziej chłodny sposób".

Nie oznacza to, że dom Martine był miejscem nastoletnich orgii, gdzie każdy miał wstęp. „Ustaliłam zasady, które były dosyć surowe". Dzieciaki, które nie umiały się zachować, były odsyłane do domu, imprezy musiały kończyć się o określonej godzinie, a dilerzy mieli wstęp wzbroniony. A co najważniejsze, nie było tolerancji dla kłamstwa. Jeden koleś skłamał i nie miał prawa do powrotu.

Gdy zasady zostały ustalone, Martine mogła oglądać wspaniały dramat nastoletniego życia. A jest ona bardzo uważnym widzem: „Myślę, że to fantastyczny wiek, chciałam bardzo to oddać. Wierzę, że wszystkie twoje marzenia mogą zakwitnąć właśnie, jak jesteś nastolatkiem. A także twoje poczucie tożsamości."

Oprócz tego, Martine uważa, że nastoletniość to niemal magiczny czas kreatywnej i seksualnej energii. „Zawsze zadają sobie te metafizyczne pytania", tłumaczy. „To zadziwiające, co się dzieje w ich głowach, jak rozwijają się ich mózgi i pokłady emocjonalne. Są to bardzo metafizyczne jednostki o seksualnej kreatywności. Seksualność to właściwie ujawniająca się siła kreatywności."

Serię Teen Tribe ogląda coraz więcej osób na całym świecie, gdzie więc artystka dostrzega problemy w odbiorze jej twórczości? „Jedna rzecz, która bardzo mnie denerwuje, to gdy ludzie mówią: 'ależ oni są piękni'. Myślę sobie, no tak, to akurat fakt, że są przystojni, ale gdy jest to jedyny komentarz, to czuje się trochę urażona. Cieszy mnie, że ludzie twierdzą, że moje dzieci są piękne, ale zdjęcia nie miały traktować o estetyce. Jest to dodatkowy bonus, ale na pewno nie stanowi tematu serii." Także porównania z, powiedzmy, szemranymi modelami Yves Saint Laurent na zdjęciach Hedi Slimane czy androgynicznymi chłopcami Gucciego w obiektywie Glena Luchforda są wprawdzie zrozumiałe, ale niemile widziane.

Synowie Martine wrócili właśnie z college'u i znów mieszkają w domu. Sami są artystami, a ona nadal robi im zdjęcia. To ostatni etap projektu - ich wczesna dwudziestka. Artystka jest przekonana, że Teen Tribe umocnił jej rodzinę. „To z czego się najbardziej cieszę, to fakt, że robienie zdjęć dodatkowo nas do siebie zbliżyło. Pozwoliło mi dostrzec dużo więcej, niż sama bym dostrzegła i nauczyć się więcej o każdym z nas."

Kredyty


Tekst: Rory Satran
Tłumaczenie: Zuza Bień
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Martine Fougeron

Tagged:
bronx
Kultura
młodość
dorastanie
martine foucheron
teen tribe