​kortez — czuły twardziel

Kortez to postać paradoksów. Chociaż wykształcony w zakresie muzyki klasycznej, śpiewa minimalistyczne piosenki. Choć jego teksty dotykają najgłębszych pokładów wrażliwości, to w rozmowie zdarza mu się przekleństwo w charakterze przecinka. Choć wyrósł...

tekst i-D Staff
|
25 Wrzesień 2015, 10:45am

Nie wiem, czy masz tego świadomość, ale na polskiej scenie jesteś pewnego rodzaju ewenementem. Muzyk, którego kilkanaście miesięcy wcześniej nikt nie znał, z jedną EP-ką, wydaną przez małą wytwórnie robi furorę w sieci, jednocześnie nie robiąc z siebie pajaca - to się rzadko zdarza. Czujesz związaną z tym presję, oczekiwania?
Zupełnie nie. Z czym miałaby się ta presja wiązać? Jestem bardzo zadowolony z tego, co wydarzyło się dotąd. Podpisałem kontrakt, nagrałem płytę, słyszę swoje piosenki w radiu i gram koncerty. Nie wytwarzam sobie dodatkowych ciśnień.

Sporo osób ma nadzieję, że płytą „Bumerang" ożywisz tę część sceny, na której miesza się to, co alternatywne, z tym, co przystępne dla publiczności.
Nie bardzo skupiam się na tym, co będzie. Nie mam też pojęcia, co jest alternatywne, a co popowe. Średnio się na tym znam. Kiedyś wydawało mi się, że jak nie jesteś popularny, to znaczy, że jesteś alternatywny. Głównie koncentruję się na komponowaniu piosenek i moje jedyne zmartwienie, to co będzie jak przestane umieć je pisać? Co będzie jak mi się skończą? A może nie ma się czym martwić? Sam nie wiem.

Mówisz o zapasie piosenek - kiedy powstawały utwory z płyty? Jeszcze w czasach, gdy tworzyłeś głównie dla siebie?
Głównie tak. Wtedy pisałem do szuflady, tylko ze dwa numery pochodzą mniej więcej sprzed pół roku. Ale piszę cały czas - robię to od maja 2013 r. wtedy napisałem pierwszą.

Co cię do tego pchnęło? Wcześniej miałeś do czynienia z muzyką, ale skąd potrzeba stworzenia czegoś bardziej skończonego?
Zaczęło się od muzyki klasycznej. Miałem kumpla, z którym przy piwku czy na siłce wymienialiśmy się płytami. On polecił mi Citizen Cope. Nic co powstało w ostatnich latach mnie tak nie rozwaliło, jak ten koleś. Mocne i prawdziwe. Zacząłem dążyć do minimalizmu. Pomyślałem, że może spróbuje robić takie oszczędne piosenki? I zacząłem - melodie, które wymyślałem, zamiast ładować w klasykę, układałem w piosenki.

Ten minimalizm twoich kompozycji jest uderzający. A jednak dzisiejsza muzyka jest tego zupełnym przeciwieństwem: gitarowe zespoły występują z orkiestrami, hip-hopowcy piszą opery, nie mówiąc już o rozbuchanym popie - może tylko w elektronice minimalizm jest mocno reprezentowany.
Myślisz, że dlaczego? Rozbuchane elektroniczne rzeczy byłyby nie do zniesienia.

No, ale tu pojawiasz się ty. Zastanawiałeś się nad tym, że trochę nie pasujesz do współczesnego myślenia o muzyce, z wielkimi aranżacjami na wielkie pytanie?
Jeszcze nigdy nie odpowiedziałem nikomu na to pytanie… Tak, bałem się tego. Czułem, że te piosenki różnią się od wszystkiego, co słyszałem. Bałem się, że są zbyt inne, że każdy je raczej odrzuci, niż doceni. Najtrudniejszy moment był wtedy, kiedy wypuszczaliśmy „Zostań", tym bardziej że to nie był mój ulubiony numer.

To dlaczego właśnie on na początek?
Po prostu jako jedyny był skończony, miał formę i tekst. Wytwórnia [Jazzboy] pokazała moje szkice Piotrowi Stelmachowi [z Trójki]. Najbardziej spodobało mu się właśnie „Zostań" - powiedział, że chciałby to jak najszybciej puścić.

Często podkreśla się rolę Piotra Stelmacha w twoim sukcesie. Jednak potrafię wymienić tuzin artystów, którzy byli pupilkami jego Offensywy, a nigdy nie przebiły się do szerszej świadomości. Musiało być coś więcej.
Chyba najważniejsze jest to, że Stelmach dostrzegł coś wyjątkowego w „Zostań". Dał szanse tej piosence, a ludzie to podchwycili. Jednak największą pomoc otrzymałem od ludzi z wytwórni. To Uzek (Paweł Jóźwicki, założyciel legendarnego Sissy Records, dziś współwłaściciel firmy Jazzboy) mnie zauważył, dał możliwość robienia muzyki i pokazania jej szerzej. Być może trafiłem w lepszy moment niż inni…

Poznałeś go podczas talent show, do którego bardzo niechętnie szedłeś, a w końcu odpadłeś w przedbiegach. Ale wróciłeś jednocześnie na tarczy i z tarczą.
Nie dostałem się do programu i to była porażka, ale zostałem zauważony i wszystko mogło się zacząć.

Skąd niechęć do talent show?
A nie uważasz, że to jest trochę robione na pokaz? Wyścigi amatorów, robienie z ludzi gwiazd, o których po chwili nie słychać? Słabizna. Na pewno są tam wartościowi ludzie, ale pełno też cwaniaków, którzy chcą tylko brylować na ekranie.

Wolałbyś, żeby jak wyglądały możliwości początkujących muzyków?
Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym nigdy. Ale do talent show trafiają też ludzie, którzy szczerze kochają muzykę. W Must Be The Music poznałem kilka takich osób. Muza dla nich sensem, a nie sposobem na osiągnięcie popularności. Dobrze, że był tam ktoś taki jak Uzek, kto potrafił to dostrzec i podać im rękę. Na tym powinno zależeć wszystkim, a nie jednemu kolesiowi.

W Newsweeku nazwali cię hiphopowcem. Gdzie hip-hop, gdzie Kortez?
Hip-hop odegrał w moim życiu dużą rolę. Trzymałem się z ziomkami z osiedla. Dużo słuchałem rapu: Eldo, Ostry, Molesta - te dobre rzeczy. Na tych tekstach zbudowała się moja wrażliwość, postrzeganie świata, życiowe mądrości. Dodatkowo bardzo lubię bity i często sam je robię.

Nie czuć tego na płycie!
Przez całe życie próbujesz różnych rzeczy i w końcu znajdujesz coś, co jest naprawdę twoje. Ale są też różne rzeczy na boku, które cię oczyszczają. To nie jest tak, że skoro robię taką muzę, to odetnę się od wszystkiego innego. Jeżeli coś mi sprawia przyjemność to tego próbuję.

Obserwujesz to, co aktualnie dzieje się w polskim hip-hopie? Zaczęły się bardzo ciekawe zmiany.
Odpuściłem jakieś pięć lat temu, nie mogłem znaleźć już nic, co by mnie zainteresowało. Ostatni artysta, który mnie ujął to Bisz.

Słuchając „Bumerangu" pomyślałem, że masz wrażliwość podobną do Błażeja Króla [KR?"L, UL/KR] - on mówi, że nie przeszkadza mu bycie nazywanym grafomanem, że nawet ceni takie opinie. A ty, jesteś gotowy na to, że twój emocjonalny przekaz ktoś nazwie grafomanią?
Nie raz dostałem w życiu po łbie, nie raz powiedziano mi, że to, co robię jest bez sensu. To mnie nie rusza. Jeżeli komuś podobają się moje piosenki, to git, a jeśli nie, to przecież nie będę płakał.

Sprawdzasz, jak ludzie reagują na twoją twórczość? Czytasz komentarze w sieci?
Niespecjalnie. To, ile masz wyświetleń i lajków nie określa ciebie jako człowieka i artysty. Chociaż dzisiaj to się trochę pogubiło?

To w takim razie co jest ważne?
Ważne są emocje. Przecież od razu można skumać, czy ktoś jest prawdziwy, czy nie. W tej kwestii muzyki i wrażliwości nie da się oszukać.

Czyli starasz się…
Staram się, żeby moja muzyka była jak najlepiej podana. Ale nie na zasadzie odpicowanego produktu, zapakowanego w błyszczący papier w różowe serduszka. Zależy mi, żeby nie pogubić tych pierwszych myśli, które pojawiają się, gdy pomysł przychodzi do głowy. Staram się, żeby te emocje znalazły się w piosenkach.

Czy do teledysków przywiązujesz równie dużą wagę? Czy one muszą być w ten sposób „twoje"?
Nie za bardzo. Nie oglądam telewizji, nie oglądam obrazków. Jeżeli są ludzie, którzy mają zajebisty pomysł i chcą się ze mną nim podzielić, to robimy. To taka sama sztuka - obrazek może nadać sens muzyce i na odwrót.

Klip do „Zostań" powstawał, jak czytałem w relacji jego reżyserki, w bólach. Zdajesz się wręcz osobą trudną do współpracy.
Może i jestem trudną osobą. Ale jeżeli w czymś nie widzę sensu, to nie odrzucam z założenia, tylko rozmawiam, zastanawiam się, staram się nabrać wiedzy i dopiero podejmuje decyzje. Dotychczas nie było wielkich dylematów i dramatów. Trafiłem na dobrych ludzi.

Jak odnalazłeś się na tej alternatywno-popowej scenie, z którą nigdy nie byłeś związany - jak mówisz, wcześniej był hip-hop, muzyka klasyczna. Co cię zaskoczyło?
Zaskoczyło mnie to, że te piosenki mogą się podobać. Totalnie nie byłem ich pewien, bo jednak są trochę inne. Nie wiedziałem tylko, czy są inne w tę dobrą stronę, czy w złą.

Kredyty


Tekst: Maciek Piasecki
Zdjęcie: materiały prasowe

Tagged:
kortez
jazzboy
muzyka
Polska muzyka
płyta