najpiękniejsza historia o miłości

Marta Berens, nagrodzona w prestiżowym konkursie fotograficznym Magnum, opowiada nam o miłości sprzed setek lat, która trwa nadal.

tekst Mateusz Góra
|
21 Lipiec 2016, 4:30am

Trzy małe miasteczka na Łotwie, w których od 400 lat katolickie obrzędy mieszają się z wiarą w magiczną siłę przyrody. Wszystko za sprawą miłości władcy tych ziem, Johana, do polskiej szlachcianki, Barbary. To dla niej zmienił wiarę i tak w protestanckim kraju powstała mała katolicka społeczność Suitów, która istnieje do dzisiaj. Pewnego lata trafiła do nich Marta i postanowiła opowiedzieć o tym, jak przywiązanie do tradycji może pokonywać wszelkie przeszkody. Projekt Suiti docenił David Alan Harvey, jeden z jurorów Magnum Photography Award i przyznał mu nagrodę. Postanowiliśmy namówić Martę, żeby oprowadziła nas po tym wyjątkowym miejscu.

Jak trafiłaś do świata Suitów?
Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam spędzić wakacje na Łotwie podczas warsztatów International Summer School of Photography. Tematem warsztatów, prowadzonych przez Simona Norfolka, było fotografowanie przeszłości. Najpierw chciałam zilustrować pieśni łotewskie, które są bardzo ważnym elementem łotewskiej kultury. Mój research doprowadził mnie do kobiecego chóru, który funkcjonował pośród Suitów - katolickiej mniejszości. Myślałam, że spotkanie z nimi będzie tylko punktem wyjścia, że będą po prostu jednymi z bohaterek historii o chórach i pieśniach. Okazało się, że stało się coś zupełnie innego. Zafascynowała mnie ta mała społeczność, która nie powstałaby, gdyby nie miłość Niemca i polskiej szlachcianki. Ona była katoliczką a on protestantem gotowym na zmianę religii i tak się wszystko zaczęło…w 1623 roku.

Jak zareagowali na twoją obecność?
Jestem w czepku urodzona, więc gdzie nie dotrę, otwierają się przede mną jakieś drzwi i trafiam na niesamowite postacie. Tak było i tym razem. Trafiłam na wspaniałą, otwartą młodą Łotyszkę, Lindę, która studiuje na ASP. Linda obecnie mieszka w Szwecji, jednak cały czas wraca do Alsungi. Angażuje się w życie swojej społeczności i zależy jej, żeby podtrzymać kultywowane przez nich tradycję. Z jej pomocą metodą łańcuszkową trafiłam do kolejnych osób. Okazali się bardzo otwarci, chcą dzielić się swoją kulturą, są dumni ze swojej odmienności. Tę dumę starałam się też przemycić w zdjęciach. Nie poczułam w nich hermetyczności, w ogóle mają bardzo pozytywne nastawienie do świata i ludzi.

Czy nazwałabyś swoje zdjęcia reportażem?
Bardzo nie lubię słowa „reportaż" w odniesieniu do moich historii. Reportaż powinien być obiektywny, zrobiony przeważnie na krótkim odcinku czasu i nadawać się do formatu gazety, ma swoje sztywne zasady. Moje prace są w zupełnie innym klimacie. To mocno subiektywny dokument.

Dla którego siłą napędową jest historia miłosna...
Tak, jeśli opowiadam jakąś historię przez zdjęcia, musi znajdować się tam wątek osobisty. Coś, co mnie przyciąga, co przeżywam. Dzięki temu te zdjęcia noszą mój autorski znak. Ciężko mi zrobić coś bez zaangażowania na płaszczyźnie emocjonalnej. W tym przypadku była to historia o miłości, która nie miała granic i dzięki niej powstał mały klejnot w postaci społeczności Suitów, który przetrwał aż do dziś.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Historia rozgrywająca się w cudownym, baśniowym miejscu.
Chodzi właściwie o trzy miasteczka w Kurlandii. Kiedy jeździłam po Łotwie, to był najpiękniejszy region, który udało mi się odnaleźć. Poczułam, że to jest dobre miejsce. Miałam fotografować przeszłość i tam miałam idealne warunki. Wszystko było pod ręką - zamek, w którym mieszkała Barbara i Johan, kościół, który był dla nich istotnym miejscem, droga, na której umarł Johan otruty przez protestantów i wiele innych elementów. Dotarłam też do ich czaszek zachowanych pod murami kościoła, a nawet do oryginalnego kielicha mszalnego, z którego przyjmowali komunię. Miałam więc idealne warunki dla robienia dokumentu o przeszłości.

Na co dzień ich życie wygląda dalej tak, jak kilkaset lat temu?
Życie toczy się normalnie, na co dzień tylko niektórzy starsi ludzie chodzą w suickich strojach. To jednak oczywiste, że każda kobieta w rodzinie umie je uszyć. Suknie są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na jednym ze zdjęć możesz zobaczyć zniszczoną suknię powieszoną na ścianie. W czasach, kiedy Łotwa znajdowała się pod wpływami sowieckimi, tradycja Suitów była zagrożona. Nie mogli jej kultywować oczywiście ze względu na religię. Mimo to mieli na tyle dużo siły, żeby dalej trwać. Linda dalej przechowuje sukienkę swojej prababci, która przez lata 50. i 60. wisiała na strychu i niszczała. Według tradycji Suitów stroje są trzymane w specjalnych, zdobionych skrzyniach i przechodzą z pokolenia na pokolenie.

Ciekawe jest też to, że chociaż Suitowie są katolikami, czerpią z pogańskich obrzędów...
Nikt o tym oficjalnie nie mówi, ale takie obrzędy dalej tam funkcjonują. Nad drzwiami do domu znajdziesz znak, który chroni jego mieszkańców przed określonymi nieszczęściami. Stroje są wyszywane w swastyki, które mają u nich odpowiednie znaczenie, inne niż symbol słońca. Na nadgarstkach noszą opaski w różne wzory i to chroni ich przed demonami. Katolicyzm katolicyzmem, ale drzewa są dla nich nadal święte, obchodzą też Noc Świętojańską. Mieszają wierzenia, ale w łagodny i fajny sposób. Fascynujący synkretyzm religijny.

A która postać najbardziej zapadła ci w pamięć?
Mam tam przyjaciółkę, Dace, która na jednym ze zdjęć stoi pod drzewem, a jej chusta unosi się na wietrze. Rozmawiamy o tym, że możesz odnaleźć Boga w symbolach, o tym, że inspiracja tkwi w podświadomości, chociaż ona nie mówi po angielsku, a ja po łotewsku. Poruszamy poważne i abstrakcyjne tematy i się rozumiemy. Dace jest mi bardzo bliska.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Marta Berens

Tagged:
sztuka
Newsy