jak utrzymać się z pisania na freelansie

Pisarka Harriet Verney radzi, jak odnaleźć się w zatłoczonym świecie wolnych strzelców.

tekst Harriet Verney
|
13 Marzec 2017, 1:26pm

Dopiero co opuściłam całkiem przyzwoite stanowisko w magazynie, by znów rzucić się w wir świata freelancerów, który teraz jest tak przestronny i przyjemny, jak publiczna toaleta w Hongkongu. Zapomniałam, jak bardzo trzeba się natrudzić i nacierpieć, żeby utrzymać się na powierzchni z piórem w ręce.

Inni bezrobotni znajomi (przepraszam, freelancerzy) będą próbować wyciągać was z domu za dnia, mówiąc: „Przecież nie masz pracy, jesteś pisarką i to do tego freelancerką". Okropnie ciężko jest nie ulec pokusie i nie stwierdzić, że teraz funkcjonuje się w tej samej strefie czasowej, co dorywczy artyści i muzycy na pół etatu. A to może się odbić na wątrobie, stanie konta i karierze. Oto kilka rad, które w tym miesiącu mi pomogły.

Wstawajcie, jakbyście mieli pracę
Właśnie dostaliście ostatni przelew z poprzedniej pracy? Kuszącą perspektywą jest siedzenie w łóżku i przeglądanie różnych aukcji internetowych, Netflixa i trwonienie pieniędzy, jakby to było teraz waszym zadaniem. Naprawdę nie powinniście tego robić. Może nie macie już pracy, do której musicie rano wstawać, ale budźcie się, jakbyście mieli szefa z batem i śniadanie składające się z żelek, czekające przy biurku. To bardzo ważne. Traktujcie każdy dzień roboczy, jakbyście pracowali od 9:00 do 17:00. Wstańcie, pracujcie, udawajcie. Freelancerka to nie wakacje, to nadal praca na pełen etat, tyle że możecie nacisnąć „drzemkę" o kilka razy za dużo i ukoić kaca po piciu, jakbyście byli bezrobotni.

Podział na strefy
Chodzi tu o higienę pracy, to jak pracujesz i gdzie. Dla mnie to najbardziej pragmatyczny sposób na ukręcenie łba staremu „lękowi freelancera", zamiast odkręcania butelki ciepłego wina. Wiecie, co mówią: nie jedzcie, tam gdzie śpicie, nie pracujcie tam, gdzie jecie i nie srajcie do własnego gniazda, czy jakoś tak. Nie pracujcie z łóżka. Możecie próbować, ale z pewnością nie będziecie wtedy ani pracować, ani spać. Załatwcie sobie kartę do biblioteki, tak się składa, że jest darmowa. Codzienna wyprawa do miejscowej kawiarni może być droga, no i ominie was lekceważące spojrzenie bibliotekarki, obserwującej jak sześć razy na godzinę wchodzicie na portale plotkarskie. Tego nie kupicie za żadne pieniądze.

Głowa pełna pomysłów
Oczywiście, waszym celem jest otrzymywanie wypłaty za pisanie czy co tam robicie, ale zanim to się stanie, przyjmujcie zlecenia, które uznajecie za trochę poniżej waszych oczekiwań. To dobry początek. Skontaktujcie się z mniejszymi publikacjami, szlifujcie swój warsztat — każdy wywiad jest tego wart. Próba zrobienia sensacyjnego wywiadu z nieśmiałą modelką, która nie mówi w tym samym języku co wy, jest niezwykle trudna. Ale mam dla was radę: modelki zawsze znają dobre plotki i mają jeszcze lepsze życie seksualne — przeważnie z kudłatymi członkami boysbandów lub (jeszcze lepiej) modelami. I najczęściej chętnie wam o tym opowiedzą. Gdy wasz artykuł w końcu się ukaże, odtańczcie triumfalny układ i pokażcie wszystkim, że nie tylko siedzicie w domu i oglądacie powtórki seriali. Ciągle proponujcie nowe tematy. Jeśli ktoś powie: „To nam teraz nie pasuje, ale daj znać, gdy będziesz mieć więcej pomysłów", potraktujcie to dosłownie i doślijcie więcej pomysłów. Teraz jesteście freelancerami, nie macie wstydu.

Załóżcie sobie dobrą stronę
Jeśli nie macie jeszcze własnej domeny, powinniście to nadrobić. Pamiętam, jakimi historiami straszyli nas w mojej starej agencji. Chodziło o sekcję „special booking", skrzyżowanie poczekalni i cmentarza, cuchnącego nepotyzmem i wypełnionego samozwańczymi influencerami, którzy marzą o niebieskim ptaszku koło nazwy swojego konta i 15 minutach instasławy.

Pewna przeciętna modelka, której ktoś prawie-sławny zostawiał okropne malinki na szyi, nie musiała się martwić o płacenie 4 funtów rocznie za swoją domenę. A przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki nie wyszła za wspomnianą gwiazdę i nie wygooglowała samej siebie. Okazało się, że jej strona została kupiona przez portal pornograficzny, znający się na optymalizacji dla wyszukiwarek internetowych. Małżeństwo nie potrwało długo, a dziewczyna nawet nie dostała się do żadnego reality show. Druzgocący cios i historia, z której wszyscy powinniśmy wyciągnąć wnioski.

To wszystko wróciło do mnie, gdy znów zaczęłam pisać jako wolny strzelec. Do tworzenia strony wykorzystałam SquareSpace, jest bardzo tanie i proste w obsłudze dla wszystkich, którzy w liceum ogłuchli od dźwięku modemu telefonicznego i mieli w planie lekcji Zajęcia Praktyczno-Techniczne, a nie programowanie. Postawcie na minimalizm. Strona kontaktowa to podstawa. Dodajcie przykłady swoich prac, ale nie zdradzajcie wszystkiego.

Nie bójcie się popisać. Lansujcie się, jakbyście wracali na swoje rodzinne zadupie w okularach Gucci i z paroma innymi darmowymi gadżetami, żeby pokazać wszystkim, jak świetnie sobie radzicie.

To samo tyczy się Instagrama. Pisanie jest jego zaprzeczeniem, to era wrzucania zdjęć i memów, a nie zdjęć jakichś tekstów, fuj. Jednak to pierwsze miejsce, w którym ludzie będą szukać o was informacji, więc nie marnujcie tej okazji na selfie. Nawet jeśli dostaniecie za nie 10 raz więcej lajków. Sorki.

Cały ten freelance na początku jest bardzo trudny, musicie harować naprawdę ciężko. Jednak jeśli naprawdę tego chcecie i jesteście dobrzy w swoim fachu, to jest to możliwe, a do tego to najbardziej ekscytujący i pobłażliwy sposób pracy. Powodzenia!

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Harriet Verney
Zdjęcie via Instagram

Tagged:
Freelance
Kultura
praca
dziennikarstwo
harriet verney