Reklama

jak praca w branży mody wpływa na zdrowie psychiczne?

Młodzi projektanci, prowadzący własne marki, opowiadają o swoich przeżyciach i stresie.

tekst i-D Staff
|
19 Maj 2016, 2:55pm

„Praca w modzie nie wywołuje u mnie depresji. Zawsze używam kreatywności, żeby dźwignąć się z dołka, dlatego bardzo się cieszę, że zawodowo zajmuję się tym, co kocham. To moje najszczęśliwsze chwile. Czasem jednak wiem, że wykorzystuję to, żeby się rozproszyć i nie zajmować problemami w życiu osobistym i rodzinnym. To forma ucieczki, ale bez tego z pewnością byłoby gorzej".

„Uwielbiam zabawne projekty i nie przeszkadza mi praca przy produkcji. Cierpię na nawroty depresji, które sprawiają, że wszystko się komplikuje. Czasem z powodu pracy, ale przeważnie z powodów osobistych. Myślę, że niektórzy cierpią na stany lękowe po części przez to, że mody nie traktuje się jako poważnego zawodu czy formy sztuki. To sprawia, że ludzie mają poczucie winy. Wiem, że muszę tworzyć — jeśli tego nie robię, mam wyrzuty sumienia. Dopiero niedawno to do mnie dotarło. Gdy kilka dni nie rysuję i nie tworzę, dziwnie się czuję".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Myślę, że byłam najbardziej zdrowa na ciele i umyśle tuż po szkole. Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z wiekiem, ale prowadzenie własnej marki z pewnością jest wyczerpujące, ma negatywne i pozytywne strony. Dobrze jest angażować się w coś tak mocno, że staje się to całym twoim światem, ale z drugiej strony to pewnie nie jest zdrowe. Co dziwne, jestem najszczęśliwsza tuż po pokazie lub po ukończeniu projektu, więc czasem to przypomina uzależnienie. Ale przypuszczam, że tak jest z większością rzeczy, na których nam zależy".

„Raczej nie mam depresji przez modę, chociaż wyczerpujący terminarz bardzo mnie męczy. Pracujemy nad kolekcją, pokazujemy ją i niby na tym koniec, ale gdy tylko skończy się pokaz, ciuchy przestają istnieć na pół roku do momentu, w którym trafiają do sprzedaży. Czuję, że żongluję trzema kolekcjami na raz: nad jedną pracuję z entuzjazmem, a druga jest już w produkcji i nie cieszy mnie tak bardzo. Trzecia, jeszcze starsza, jest dostępna w sklepach. Sprzedajemy rzeczy, które już na wstępie wydają mi się stare. Ciężko cieszyć się sezonem wiosna/lato 16, gdy w moim umyśle on już minął, bo produkuję ciuchy na sezon jesień/zima 16 i pracuję nad wiosną/latem 17. Dla reszty świata wiosna/lato 16 jest nowa i świeża. To dziwne. Ciężko cieszyć się tym, co tu i teraz, gdy myślami wybiegam dwa sezony naprzód.

Życie z depresją

Dodajmy do tego wszystkie nieprzespane noce, spędzone na przygotowaniu pięciominutowego pokazu i podróże do Paryża, żeby sprzedać ubrania. A po powrocie pustka. Daję z siebie sto procent i po chwili już po wszystkim. Ale właśnie wtedy jestem najszczęśliwszy — gdy prezentuję światu swoją wizję i czekam na opinię: spodoba się czy nie? To prawie masochizm. Lubię ten strach.

Z drugiej strony to sprawia, że mam depresję, bo nigdy nie zadowoli mnie to, co robię. Zawsze pracuję na dwa sezony do przodu. Teraźniejszość jest przestarzała i mam świadomość, że dało się to zrobić lepiej".

Kreatywność i zdrowie psychiczne

„Najpoważniejszy dołek w mojej depresji nastąpił podczas przygotowań do pierwszego samodzielnego pokazu na sezon jesień/zima 15, dlatego kolekcja była bardzo mroczna, samobójcza. Czułam się zbędna. Mam kreatywną kontrolę, ale co sezon osądzają nas sklepy i prasa. Nigdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie i to jest przerażające.

Teraz jestem całkiem szczęśliwa, bo projektuję dla siebie, a nie dla sklepów i prasy. W pracy projektant polega na innych ludziach, traci kontrolę. Jeśli ludzie wokół mnie zawalą sprawę, to ja oberwę po głowie. W końcu to ja jestem marką. Dlatego czasem czuję, jakbym pracowała dla stażystów, wytwórców i mojej ekipy, a nie na odwrót".

Piekło anoreksji

„Nie powiedziałbym, że jestem bardzo przygnębiony, ale smucą mnie sprawy finansowe. Wszystko jest drogie, a sklepy często nie płacą faktur na czas. Rzeczy nie zawsze idą po mojej myśli i nie mam budżetu, żeby spróbować innych opcji — to bardzo frustrujące. Ale potem przytrafiają się naprawdę miłe rzeczy, które wynagradzają wszystkie trudności. Jestem najszczęśliwszy, gdy wszystko idzie zgodnie z planem i gdy widzę moją kolekcję w wymarzonym sklepie i na wymarzonym kliencie. To wspaniałe uczucie!"

„Nie traktuję tego aż tak poważnie. Oczywiście, żyję tym, ale to tylko ubrania, przecież nie jestem chirurgiem. Myślę, że jestem dość kreatywną osobą, więc pewnie gdybym nie zajmował się modą, zabrałbym się za coś innego. I tak bym tworzył. Lubię to, nie chciałbym cały dzień pracować przy komputerze.

W tej branży najtrudniejszy dla mnie jest proces produkcji. Najlepszą częścią jest świadomość, że ludzie kupują moje ubrania i czują się w nich dobrze. To miła myśl. Podchodzą do mnie kolesie i mówią, że moje spodnie są najlepszą rzeczą, jaką posiadają i czują się w nich pewnie — wspaniałe uczucie.

Nienawidzę przymusu natychmiastowego odpisywania na maile, nawet jeśli nie mam jeszcze odpowiedzi. Trzeba napisać, że odpiszesz później, wyślesz kolejnego maila. Pieprzyć maile".

Cyfrowy detoks

„Byłabym przygnębiona, gdybym musiała pracować od 8 do 16 w jakimś przypadkowym miejscu. Praca w modzie jest ciężka i stresująca, ale jestem w niej szczęśliwa, bo mogę się na tym skupić i nie myśleć o tym, co naprawdę mnie stresuje".

„Mam szczęście — z natury jestem szczęśliwą, optymistyczną osobą, niełatwo mnie zasmucić. Depresja dopada mnie przeważnie przez zmęczenie i frustrację. Na projektantach ciąży wielka odpowiedzialność za markę, nieważne czy pracują na swój rachunek, czy dla innej firmy. Liczą się wyniki sprzedaży, stan konta, prasa i opinia publiczna, która często wyraża się bardzo... otwarcie. Wbrew pozorom nie siedzimy w złotej wieży i nie rysujemy ślicznych szkiców. Produkcja i koszty operacyjne zwiększają presję psychiczną. W czerwcu ja i mój współpracownik będziemy mieć na koncie cztery pokazy i kolekcje zrobione w pięć miesięcy, a to wszystko stworzone przez czteroosobową ekipę. Wciąż próbujemy uporać się ze stratą kogoś bardzo nam bliskiego. Życie, prowadzenie firmy i ten pośpiech są bardzo męczące, nawet jeśli niektórzy uważają, że 'to tylko ciuchy' albo piszą: 'jesteś stylistą i masz 24 tysiące obserwujących na Instagramie, wrzucasz zdjęcia Belli Hadid na plaży, nie walczysz przecież na wojnie, ani nie jesteś neurochirurgiem'. Nigdy nie czułem się winny przez takie opinie i postrzeganą przez innych błahość tego, co robię.

Louise Bourgeois, czyli jak zmienić traumy w sztukę

Nie podchodziłbym do swojej marki z pasją, gdyby mnie nie uszczęśliwiała. Oprócz tego spotkania z moim tatą i przyjaciółmi zawsze sprawiają, że czuję się dobrze. Na szczęście mamy tę wielką sieć wsparcia.

Jestem bardzo wyluzowany. Pracowałem dla innych projektantów — wtedy ciążyła na mnie mniejsza presja, bo byłem tylko pionkiem. Wydawałoby się, że teraz gdy mamy swoją markę, powinniśmy brać wszystko bardziej do siebie (szczególnie opinie hejterów), ale staramy się brać te komentarze pod uwagę, a potem je olewać i iść dalej".

„Mogę powiedzieć, kiedy dopadnie was depresja. Wiem, że w ciągu miesiąca prowadzącego do premiery kolekcji, stres jest nie do zniesienia. Wiem, że w tym momencie dopadłby was kryzys, który mógłby zagrozić waszej kolekcji, źle wpłynąć na efekt końcowy. Czuję, że bylibyście najszczęśliwsi po powrocie z Paryża, w trakcie przerwy. Mielibyście głowę pełną pomysłów i inspiracji na nową kolekcję. Wtedy można projektować, zmieniać, szukać nowych możliwości. Kiedy nie widzisz wyjścia z sytuacji, czujesz się jak śmieć".

Zbyt młodzi na depresję