louise bourgeois, czyli jak zmienić traumy w sztukę

Podglądamy wystawę jednej z najważniejszych artystek XX wieku.

|
12 Kwiecień 2016, 3:20pm

Gigantyczny pająk ze stali i brązu — „Maman" (Matka), czyli najbardziej znana praca Louise Bourgeois, to symbol macierzyństwa. Rzeźba stała się też symbolem sztuki nowoczesnej. Na otwarciu londyńskiego muzeum Tate Modern w 2000 roku, jej długie, wygięte nogi były pierwszą rzeczą, którą zwiedzający widzieli po przekroczeniu progu nowej świątyni sztuki. Pająk wprowadzał aurę spokojnego terroru, opiekuńczego potwora, przerażającego i delikatnego zarazem. „Maman" była hołdem dla zmarłej matki artystki — to ideał macierzyństwa, z kokonem pełnym cennych, marmurowych jajek, zawieszonych wysoko nad naszymi głowami.

„Maman" stoi teraz przed innym ośrodkiem sztuki współczesnej — tym razem hiszpańskim Muzeum Guggenheima w Bilbao. Góruje nad brzegiem rzeki Nervión, obok stalowej, lśniącej bryły budynku projektu Franka Gehry'ego. Nieprzenikniona figura czuwa na straży. Ciężko nie porównywać jej rozmiarem do kwiecistego szczeniaczka Jeffa Koonsa, który siedzi po drugiej stronie muzeum. Te dwie ikony obrazują zupełne przeciwieństwa dzisiejszej sztuki nowoczesnej. Koons tworzy błyszczące, kolorowe prace, które są symbolem hiperkapitalizmu, postmodernizmu i ironicznego dystansu. Bourgeois budowała koszmary, przerażające obrazy, które trafiają do podświadomości odbiorców. Muzeum uhonorowało artystkę retrospektywną wystawą, złożoną z jej ostatnich prac, jakie wykonała przed śmiercią w 2010 roku.

Louise Bourgeois, In and Out, 1995 rok © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt

Seria rzeźb „The Cells" nawiązuje do trudnego dzieciństwa artystki. Louise dorastała w Choisy-le-Roi, na przedmieściach Paryża. Jej rodzina zajmowała się renowacją tapiserii (tkanin do dekoracji ścian). Matka była dobrą, delikatną i chorowitą kobietą, a ojciec despotycznym cudzołożnikiem, który przez większość dzieciństwa Louise miał romans z gosposią. Jej matka to ignorowała, ale Louise zamknęła w sobie te wszystkie emocje, co doprowadziło do depresji i stanów lękowych. Gdy Bourgeois studiowała matematykę na Sorbonie, jej matka nagle zmarła. To wydarzenie sprawiło, że Louise postanowiła przemyśleć swoje życie i zdecydowała, że zostanie artystką. Ojciec potępiał jej decyzję, aż do momentu, w którym córka odniosła sukces.

Te wydarzenia, pasje i problemy to motywy, które często pojawiają się w sztuce Bourgeois. Wiele lat później wróciła do wspomnień i rodzinnych dramatów, przeanalizowała je i przelała na prace z serii „The Cells". To dzięki emocjom są takie mocne.

Louise Bourgeois, Cell II, 1991 rok (zbliżenie) © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt

Pracę nad serią artystka zaczęła w 1991 roku, gdy miała 80 lat. Rok później odbyła się jej retrospektywna wystawa w MoMA — była pierwszą kobietą uhonorowaną przez instytucję w taki sposób. Po tylu latach twórczości Louise miała już renomę i stała się jedną z najbardziej uznanych żyjących artystek. Jej prace były pokazywane na całym świecie, a pająk stał się jej znakiem firmowym. Gdy w końcu zdobyła aplauz, na który zasłużyła, zamiast myśleć o przyszłości, Louise wróciła myślami do trudnego dzieciństwa w Choisy-le-Roi. Emocjonalne gruzy zmieniła w „The Cells", egzystencjonalne połączenie psychodramy i autobiografii, przefiltrowane przez pryzmat freudowskiej psychoanalizy. „The Cells" drąży przeszłość jak wiertło, zaburzając strukturę i szukając sensu w odłamkach. Skupia się na emocjach z młodości Louise i stara się znaleźć w nich sens, uporać się z pozostałościami trudnego dzieciństwa, porządkując fragmenty na nowo w formie rzeźb. „Przestrzeń nie istnieje", powiedziała kiedyś. „To tylko metafora naszej egzystencji". „The Cells" są zwieńczeniem jej pracy, nadzwyczajną metaforą egzystencji. Tworzą zamknięty język rzeźby, dzięki któremu możemy spróbować zgłębić sens życia. Muzeum Guggenheima w Bilbao jako pierwsze poświęca im całą wystawę. To największy zbiór prac artystki i wspaniała uczta dla wielbicieli sztuki. Tak jak Kamień z Rosetty, dzięki któremu rozszyfrowano hieroglify, ujawnia przed nami osobisty język rzeźb Bourgeois.

Samo słowo „cell" może być potraktowane jako punkt wyjścia do zrozumienia całej serii. „Cell" to cela — małe, surowe pomieszczenie, więzienie, w którym tkwimy, ale także komórka, element, z którego jesteśmy zbudowani. Patrząc na prace Louise, znajdujemy się gdzieś pomiędzy tymi dwoma znaczeniami. To architektura egzystencji, zbudowana z więzów dzieciństwa. „Sztuka gwarantuje zdrowy rozsądek. Ból jest okupem formalizmu", Louis wyhaftowała na pościeli w „Cell I" z 1991 roku. Spokojnie możemy traktować te zdania, jako aforyzm opisujący zbiór jej dzieł z psychologicznej perspektywy. „Potrzebuję wspomnień. To moje dokumenty", czytamy na kolejnym hafcie.

Louise Bourgeois, Cell (Choisy), 1990-93 © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt

Każda rzeźba z cyklu „The Cells" ma dość prostą, podobną strukturę, co nawiązuje do idei wspomnień. W środku zamkniętych klatek znajdują się różne przedmioty. Te rzeźby są emocjonalnymi konstelacjami, za kratami tworzą logiczny, zamknięty język dzieciństwa, który przypomina przerażające abstrakcje z mrocznych baśni. To język, który ciężko przetłumaczyć. Lista wszystkich obiektów, które się na niego składają, nie odda złożoności „The Cells". Znajdziemy w nich marmurowe ręce, nogi, torsy i model rodzinnego domu. Z sufitu zwisają rzeźby w formie worków, które symbolizują organy płciowe oraz ogromne kule przytwierdzone do podłogi, surowe jak jej ojciec. Krzesła reprezentują osądzanie, a wystrzępione, rozpadające się fragmenty tapiserii to wspomnienie domu, w którym dorastała. Kości i ubrania, to materiały, z których się składamy. Łóżka symbolizują dwa przeciwieństwa, których powinna dotyczyć sztuka: seks i śmierć. Lustra, dodatkowe powierzchnie, dzięki którym możemy zajrzeć w niedostępne kąty cel, pokazują nasze odbicie oraz to, czego nie możemy dostrzec gołym okiem. Louise w mieszkaniu w Nowym Jorku nie miała żadnych luster — bała się tego, co może w nich zobaczyć. Cierpiała na agorafobię (lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni) i klaustrofobię, jednocześnie bała się zamkniętych i otwartych przestrzeni. Była również bardzo drobna — cele i meble są dostosowane do jej wzrostu. Louise zbudowała swoje własne klatki z emocjonalnej traumy. Są pełne zaszyfrowanych emocji, jak pokoje nałogowych zbieraczy, ale z drugiej strony są idealnie i starannie urządzone, jak mieszkania neurotyków. Przytłaczające i wyzwalające zarazem. Znajdują się w nich schody donikąd i zamknięte okna. To miejsca, z których powinno dać się uciec, ale jednak to niewykonalne. „The Cells" są grobowcami naszego życia wewnętrznego, pomnikami pamięci, ale także sposobem na rozprawienie się z przeszłością. W jednej z cel gilotyna stoi nad modelem domu w Choisy-le-Roi. W innej pajęcze odnóża wyrastają z ciała dziecka, siedzącego na krześle.

„The Cells" rozkoszują się tą rozbieżnością między elementami. Są w równej części ojcem i matką, chronią i obnażają, podnoszą na duchu i przerażają. Sprawiają, że życie wewnętrzne staje się uzewnętrznione, rzeczy nieuchwytne materializują się. To dzieciństwo pokazane przez pryzmat nieuchronnie zbliżającej się śmierci.

Louise Bourgeois, Cell XXVI, 2003 rok (zbliżenie) © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt

Louise oprowadza nas po swoim dzieciństwie przez tę konstelację obiektów i materiałów, odtwarzając historię, badając traumę, by ją przezwyciężyć i pogodzić się z przeszłością. „Artysta pozostaje dzieckiem, które nie jest już niewinne, a jednak nie może uwolnić się od nieświadomości", napisała kiedyś o jednej z cel, „You Better Grow Up" (Lepiej dorośnij) z 1993 roku. To klatka pełna luster, w której na surowym kamieniu leżą trzy ręce z marmuru. Duża dłoń ściska dwie mniejsze. „Rola zabawki w sidłach strachu, który trzyma tak mocno, jest upokarzająca".

„The Cells" opowiadają o tym strachu, bólu, rzeczach, które trzymają cię w uścisku, z którymi ciężko się pogodzić lub je odrzucić. Paradoksalnie, dla Louise jedynym sposobem na osiągnięcie poczucia bezpieczeństwa i prywatności, było obnażenie swojego wnętrza przed innymi poprzez rzeźby. Może dlatego cele są pełne paradoksów. W tych rzeźbach tkwi coś niepokojącego — są groteskowe, pełne niedających spokoju symboli, które wciąż się powtarzają, jakbyśmy utknęli w spirali, bez możliwości ucieczki.

Louise Bourgeois, Cell (The last climb), 2008 rok © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt

Ostatnia cela, jaką zrobiła Bourgeois (na około dwa lata przed śmiercią w 2010 roku) nosi nazwę „The Last Climb" — Ostatnia wspinaczka. To jedyna cela na wystawie, która nie sprawia, że widz czuje niepokój. Wydaje się, że wreszcie możemy osiągnąć spełnienie i znaleźć ukojenie. Drzwi „The Last Climb" są otwarte, a na środku stoją spiralne schody, którymi w końcu można wyjść z klatki. Dookoła nich unoszą się niebieskie, szklane kule, które również wylatują z celi. Zmierzają ku wolności lub przynajmniej jakiemuś zakończeniu. To praca pełna światła, dzięki której agrofobiczna, klaustrofobiczna, depresyjna i bezsenna artystka stworzyła symbol swojej wolności. To jej ostatnia wspinaczka — cela, dzięki której może się uwolnić.

Wystawa Louise Bourgeois: Structures of Existence; The Cells w Muzeum Guggenheima w Bilbao potrwa do 4 września 2016 roku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Felix Petty
Zdjęcie główne: Louise Bourgeois wewnątrz instalacji Articulated Lair w 1986 roku. Zdjęcie: Peter Bellamy © The Easton Foundation / VEGAP, Madryt
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska