Reklama

czym w 2017 roku jest „rodzina”?

Jej definicja ciągle się zmienia, a my budujemy własne rodziny z wyboru online i w rzeczywistości. Szukamy podobnych ludzi przez aktywizm, kolektywy artystyczne czy imprezy — tak udowadniamy, że liczą się nie tylko więzy krwi.

tekst i-D Team
|
16 Maj 2017, 7:10am

Słowo „rodzina" każdemu kojarzy się z czym innym. Może przywodzić wam na myśl statystyczne 2,4 dziecka, które pragniecie kiedyś mieć, razem z domkiem jednorodzinnym i podjazdem. Może przypomni wam ostatnią sprzeczkę z rodzicami przy stole, po której przewracaliście oczami jak nastolatki (nawet jeśli macie 25 lat). Może wywołać smutek i cierpienie, jeśli nie rozmawiacie ze swoją biologiczną rodziną, jeśli odrzucili was przez pewne wybory czy to, kim jesteście z natury. Możecie nawet pomyśleć o klanie Kardashianek, Trumpów czy rodzinie królewskiej. A może przypomną się wam ci wyjątkowi ludzie, którymi sami postanowiliście się otoczyć. Rodzina ma wiele definicji i nie chodzi już tylko o biologię, ale o ludzi, z którymi chcemy dzielić życie.

Zapytajcie kogokolwiek queerowego, jak wygląda taka rodzina z wyboru, a wielce prawdopodobne, że wskażą słynny film dokumentalny Jennie Livingston, „Paris Is Burning". Film badający scenę ballroomową w nowojorskim Harlemie pokazuje członków vogue'owych „domów", stworzonych przez queerowych ludzi o innym kolorze skóry niż biała. To właśnie oni często są odrzuceni przez biologiczną rodzinę, bo są transpłciowi, homoseksualni. W tych domach lider przyjmuje rolę „matki" lub „ojca" i opiekuje się swoimi nowymi „dziećmi" — przeważnie młodszymi, bardziej zagrożonymi ludźmi, którzy znaleźli się sami w rasistowskim i homofobicznym środowisku. Jak w filmie mówi legenda voguingu i matka domu, Pepper LaBeija: „Gdy ktoś zostaje odrzucony przez matkę i ojca, szuka w świecie kogoś, by wypełnić tę pustkę".

„Paris Is Burning" to piękny, widowiskowy dowód na to, że potrafimy tworzyć plemiona. Przypomina też, że rodzina jest tym, czym tylko chcemy. Dziś, 27 lat po premierze filmu, ta potrzeba wcale nie zniknęła. Kia LaBeija, obecna matka domu Pepper — Royal House of LaBeija — mówi, że queerowym ludziom różnego pochodzenia etnicznego daje to „rodzinę przetrwania", grupę ludzi, do których można się zwrócić, gdy nie ma się gdzie pójść. Spotykają się, opiekują sobą i konkurują w vogue'owych pojedynkach. „Dom może dać poczucie wspólnoty, przynależności, a także porady, przyjaźnie i miłość na cale życie", mówi. W świecie często nieprzyjaznym mniejszościom, w domu liczy się bezpieczeństwo, jak wyjaśnia Kia, ale chodzi też o czystą zabawę.

Jak ujął to projektant Charles Jeffrey, opisując rodzinę ze swojego klubu nocnego Loverboy: „Rodzina to ciepło, bezpieczna przystań, w której zawsze możesz być naprawdę sobą, a przynajmniej taką wersją siebie, na którą nie zawsze masz dość odwagi".

Wystarczy przyjrzeć się przemianom w społeczeństwie, by zobaczyć, że tradycyjny model rodziny się zmienia. Rozwój w dziedzinie leczenia bezpłodności oznacza, że możemy rodzić dzieci coraz później. Aplikacje i internet sprawiają, że mamy do wyboru więcej partnerów i partnerek, niż pokolenie naszych dziadków. Gospodarka odgrywa równie ważną rolę, co technologia. Całe pokolenie młodych ludzi mierzy się z rynkiem nieruchomości, który być może nigdy nie pozwoli im na posiadanie własnego mieszkania — a wtedy ludzie są ostrożniejsi przy planowaniu założenia rodziny. Stopniowo zrównuje się różnica w płacach mężczyzn i kobiet — kobiety mniej polegają na mężczyznach finansowo, nie muszą już szybko ustatkować się z pierwszym lepszym. Połączenie tych czynników sprawia, że według statystyk w Anglii i USA zawiera się mniej małżeństw niż kiedykolwiek, a liczba dzieci urodzonych w związkach niemałżeńskich rośnie. Dorzućmy do tego jeszcze fakt, że coraz więcej ludzi identyfikuje się jako ktoś inny niż „hetero", a idea rodziny, jaką znamy, wydaje się skazana na zagładę.

Tradycyjna rodzina zmienia kształt, tworzy się później lub wcale, a my zamiast tego budujemy własne rodziny, online i w rzeczywistości. Szukamy podobnych ludzi, by „wypełnić pustkę" na różne sposoby: przez aktywizm, kolektywy artystyczne czy imprezy. Tak udowadniamy, że rodzina to nie tylko więzy krwi. Dla rapera Fathera i kolektywu muzycznego Awful Records z Atlanty założenie rodziny muzyków oznaczało przyjęcie roli ich patriarchy, a także otoczenie się ludźmi, którzy będą się troszczyć o niego. Był pierwszym z grupy przyjaciół, który się wybił komercyjnie, więc stał się ich przewodnikiem, a decyzja o założeniu wytwórni świetnie to zilustrowała. „W ciągu kilku ostatnich lat mieszkali u mnie przyjaciele, pomagałem im spłacić długi, dawałem rady", mówi z dumą, a potem dodaje, że to działa w dwie strony. „Dzięki temu mam ludzi, którzy powstrzymają mnie, żebym nie dał się ponieść emocjom. Gdy nawalasz, mogą szczerze powiedzieć: 'Ej, stary, ogarnij się!'".

Dla londyńskiej drag-rodziny Denim liczy się znalezienie wspólnego poczucia humoru i poglądów politycznych, a ludzie są w niej ze sobą na dobre i na złe. Drag „mama" Amrou Al-Kadhi zmierzył się z odrzuceniem rodziców biologicznych ze względu na swój homoseksualizm i mówi, że na dźwięk słowa „rodzina" ze strachu aż boli go brzuch. Dzięki Denim stworzył nową rodzinę zastępczą dla czterech innych drag queen, z którymi występuje. „Denim wypełnia pustkę, która pozostała po mojej rodzinie. To niewyczerpane źródło wsparcia i poczucia przynależności", wyjaśnia. „Moja rodzina jest muzułmańska i arabska, więc istnieje w niej wiele miłości, ale także ognia i napięcia. Tak jest też w Denim — często nie zgadzamy się ze sobą w trakcie wspólnych dyskusji na temat polityki. Ciągle rzucamy sobie wyzwania, jak każda rodzina". Tom z Denim przytakuje. Wyjaśnia, że grupa w ciągu siedmiu lat przeszła przez tak wiele, iż teraz „ślepo wierzą w stałość związków" — a właśnie o to według niego chodzi w rodzinie.

Kia, Tom i Amrou z chęcią opowiadają o tym, że nowe rodziny dają poczucie przynależności i bezpieczeństwa, szczególnie ludziom ze zmarginalizowanych społeczności. Obecny klimat polityczny niestety sprawia, że potrzebujemy więcej tego rodzaju relacji. Zachód wydaje się podzielony: Wielka Brytania po Brexicie, reszta Europy podczas rosnącej popularności ruchów skrajnie prawicowych, a Ameryka za rządów Trumpa. Prowadzi to do mniejszej równości i większych podziałów. Aby się zjednoczyć i znaleźć solidarność, wiążemy się z ludźmi, którzy widzą świat tak, jak my. „Grupy aktywistów są namiastką rodziny nie tylko dlatego, że spędza się w nich dużo czasu, ale dlatego, że macie wspólne cele i tożsamości polityczne", wyjaśnia Harry Jefferson Perry z Londynu, który należy do grupy Lesbians and Gays Support the Migrants. Za przykład podaje Marsze Kobiet, które odbyły się w tym roku w krajach z całego świata. Zorganizował je grupy kobiet, które nie znały się wcześniej i nie miały aktywistycznego doświadczenia. Połączyła je wspólna potrzeba działania.

Nasza polityczna przyszłość nie wygląda różowo. Niepewny jest także los modelu rodziny, jaki znaliśmy. Za to przyszłość naszych rodzin z wyboru wygląda zachęcająco. Narzędzia, dzięki któremu możemy je zakładać (głównie media społecznościowe) rosną w siłę. Naszym zadaniem jest zastanowienie się nad potencjałem tych rodzin, oraz przemyślenie co dają nam prywatnie i politycznie. Charles radzi, żeby nie bać się i iść do miejsc, dzięki którym mogą w waszym życiu pojawić się ludzie, których normalnie byście nie poznali. Niektóre z jego najważniejszych relacji powstały na parkiecie w klubie, jego drugim domu. Amrou radzi, żeby pamiętać jedno: tak jak w biologicznej rodzinie, rodzina z wyboru nie zawsze się dogaduje. „To właśnie te wzloty i upadki relacji rodzinnych sprawiają, że są wyjątkowe i dynamiczne". Te rodziny dowodzą, że dzisiaj stwierdzenie „więzy krwi są ważniejsze od innych relacji" wcale nie jest prawdziwe. W 2017 roku biologiczne rodziny są ekstra, jeśli się je ma, ale to ludzie, których poznajemy później i którymi sami się otaczamy, nas kształtują.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Amelia Abraham
Zdjęcie pochodzi z Worn In – Charles Jeffrey