13 powodów, dla których seriale zaczynają sięgać po trudne tematy

Sprawdzamy jak — oraz czemu — telewizja podchodzi do kluczowych w dzisiejszych czasach problemów.

tekst Hattie Collins
|
10 Maj 2017, 10:40am

Wspaniałe produkcje telewizyjne nie są niczym nowym. Byliśmy rozpieszczani przez telewizję, odkąd w latach osiemdziesiątych Alan Bleasdale stworzył „Boys From The Blackstuff", a potem ukazały się takie seriale jak „Twin Peaks", „Rodzina Soprano", „Prawo Ulicy" oraz „Skins".

Jednak w ostatnich latach streaming zawładnął światem, a telewizja stała się niezależnym, kluczowym przekaźnikiem, popularyzującym wiele różnych tematów, które dominują w dzisiejszych rozmowach. Dzięki queerowym twórcom o różnym pochodzeniu etnicznym mamy dostęp do seriali, która zgłębiają te tematy, bazując na doświadczeniach i wiedzy autorów. Z drugiej strony możemy się też totalnie wyluzować i włączyć „Grę o Tron" albo „Stranger Things". Same plusy.

Dzięki streamingowi oraz zastrzykowi gotówki telewizja jest bardziej demokratyczna niż kiedykolwiek. Możemy oglądać te same programy, w tym samym czasie, bez względu na to w jakim kraju mieszkamy. Lokalne problemy stają się tematem globalnej konwersacji. W przeciwieństwie do kina telewizja nie jest ograniczona czasem i nie konkuruje w walce o siedzenia w kinie. Poza tym scenarzyści mogą tworzyć programy, które reprezentują prawdziwy świat, a nie świat uprzywilejowanych białych, heteroseksualnych mężczyzn. Wystarczy szybki rzut oka na seriale takie jak „Orange is the New Black", „Przepis na amerykański sen", „Chewing Gum", „Atlanta" oraz „Transparent", by zobaczyć, że w ich obsadzie występują ludzie bardziej podobni do tych z naszego własnego środowiska.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Trzynaście powodów" to jedna z najnowszych produkcji Netflixa, która stała się hitem. Przez serial przewijają się tematy takie jak depresja, gwałt oraz śmierć. Serial podzielił widzów na dwie grupy przez przedstawioną w nim scenę samobójstwa, co idealnie pokazuje, jak telewizja potrafi zobrazować problemy, które są dla nas ważne.

Przedstawiamy 13 powodów, dla których telewizja podejmuje trudne tematy.

1. Więcej różnorodności na ekranie i poza nim.

W Hollywood można zaobserwować tendencję do angażowania w kółko tych samych, starszych (głównie białych) scenarzystów, którzy stawiają na adaptacje książek albo sequele popularnych filmów. Telewizja coraz częściej stawia na scenarzystów, którzy wolą pisać scenariusze, bazując na swoich pomysłach i wyobraźni. Chociaż telewizja pewnie jeszcze nie poradziłaby sobie z testem Bechdel, można zauważyć coraz więcej starań, by zatrudniać w roli scenarzystów i reżyserów kobiety, ludzi o różnych kolorach skóry oraz queerowych (czasami nawet wszystko na raz!). W Hollywood natomiast jest inaczej. Od aktorów po ludzi zza kulis — nadal jest fatalnie, jeśli chodzi o brak zróżnicowania. Różnorodność umysłów oznacza różnorodność postaci, historii oraz wątków, co potwierdzają seriale takie jak „Chewing Gum" oraz „Orange is the New Black". Te produkcje zdecydowanie odchodzą daleko od świata białych, heteroseksualnych mężczyzn.

2. Skoro już mowa o „Orange is the New Black"…

Przełomowy hit Netflixa zmienił nasze samotne oglądanie DVD we wspólne maratony wszystkich odcinków serialu za jednym razem. „OITNB" nie jest nieomylny - za kamerą lub przed - jednak nie można zignorować jego wielu osiągnięć. Szczególnie postaci oraz wszystkich problemów, o których jest mowa w serialu. Chociażby silna Sophia Bursey grana przez Laverne Cox. Dumnie wyszła z celi wprost na okładkę Timesa. Na pierwszych stronach poruszała tematy związane z osobami trans, takie jak dyskryminacja w toaletach. W produkcji pojawiły się problemy imigracyjne, rasowe, lesbijek (nadal rzadko pokazywane w mainstreamowej telewizji), ubóstwa, przemocy, intersekcjonalności, polityki międzyrasowej oraz wieku. Serial może się pochwalić obsadą w większości składającą się z kobiet (nie widzieliśmy takiej odkąd oglądaliśmy „Więźniarki"), która jest wielorasowa (w „Więźniarkach" tego nie było) oraz ze wszystkich przedziałów wiekowych. Mamy nadzieję, że twórcy wezmą pod uwagę krytykę serialu za brak ludzi innej rasy niż biała pracujących przy produkcji serialu. Oby sezon szósty był tak samo różnorodny na ekranie jak i za kulisami produkcji. 

3. Nie zapominajmy też o „Transparent".

Napisany przez Jill Soloway, a wyprodukowany przez Amazon Prime „Transparent" jest prawdopodobnie jednym z najlepszych seriali, które dotąd stworzono. Sięga po tematy LGBT+ wraz z dozą inteligencji. Wciągającą fabuła jest przyjemnym widowiskiem dzięki niezwykle narcystycznym postaciom, umiejętnie stworzonym przez Soloway. To chyba właśnie dlatego przyciąga do siebie gości takich jak Hari Nef, Anjelica Huston oraz Carrie Brownstein. „Transparent" jest przeważnie zabawny, a okazjonalnie boleśnie smutny, jednak oglądanie go zawsze sprawia ogromną przyjemność. 

4. „RuPaul's Drag Race".

Przed Laverne Cox oraz Jeffreyem Tamborem to RuPaul przetarł szlaki na ekranie. Jego program „Drag Race", który wygrał nagrodę Emmy, jest pozornie pełen fantastycznych lip-synców, sprzeczek oraz różowej lemoniady, jednak stał się doskonałym miejscem do dyskusji na temat kluczowych problemów społeczności LGBT+. Chociaż niektórzy mogą być niezadowoleni, że program opuszczą swój kanał-matkę Logo, to fakt, że „Drag Race" przeniósł się do stacji z tak dużą oglądalnością, jak VH1 pokazuje, jak dużo osiągnął. 

5. Telewizja może szybko reagować na ważne zmiany w polityce.

Film kręci się dwa lub trzy lata, a wynik pracy trwa ponad dwie godziny. Telewizja ma dużo czasu (około 12 godzin podczas sezonu) oraz utalentowanych scenarzystów, by szybko reagować na polityczne oraz kulturalne wydarzenia wplatając je w fabułę. W piątym sezonie serialu „Homeland" z Claire Danes fabuła skupiła się na terroryzmie w Europie. W najnowszym produkcja znów przenosi się do USA, gdzie pod lupę wzięto prezydenta i sprawę #fakenews. Podobnie jest w „House of Cards". Frank Underwood (grany przez Kevina Spacey) musi uporać się z dronami, groźną Rosją oraz mediami społecznościowymi. Czwarty sezon otrzymał mieszane recenzje, a my zakładamy, że prawdopodobnie w nadchodzącym, piątym sezonie znajdziemy dużo nawiązań do Donalda Trumpa.

6. Telewizja nie boi się łamać przestarzałych zasad.

Wreszcie w serialu główną bohaterką została czarna kobieta, której nie definiuje jej rasa. Viola Davis idealnie wytknęła tą kwestię podczas przemowy, gdy odbierała nagrodę Emmy za rolę w „Sposobie na morderstwo". „Nie można wygrać Emmy za rolę, która po prostu nie istnieje. Zdrowie wszystkich scenarzystów, którzy zmienili to, co powszechnie było uważane za piękne, seksowne, kto powinien być główną postacią oraz jaka powinna być czarna osoba". Obecnie, gdy patrzymy na przeszłość telewizji, myślimy, że to prawie niemożliwe, że kiedyś w serialach w ogóle nie było ludzi o innym kolorze skóry niż biała. Mowa chociażby o „Dallas", „Dynastii", „Eastenders" oraz „Corrie" (który nadal ma dużo do zmienienia w tej kwestii, szczególnie, że akcja tej opery mydlanej rozgrywa się w wielokulturowym Manchesterze). Nareszcie możemy oglądać aktorów wcielających się w postacie, których rasa ma mały wpływ (albo żadnego) na to kim, jest dana osoba. 

7. „Przepis na amerykański sen" oraz „Specjalista od niczego" .

Naprawdę musimy bardziej zwrócić uwagę na słowo „różnorodność". Nadal w telewizji pojawia się tylko paru azjatyckich czy hinduskich aktorów. A jeżeli chodzi o rdzennych mieszkańców Ameryki oraz Aborygenów, raczej rzadko ich role nie są bezpośrednio związane z ich pochodzeniem. Jednak wciąż pojawiają się zachęcające znaki. I chociaż rzeczywiście zarówno Eddie Huang w „Przepisie na amerykański sen", jak i Aziz Ansari w „Master of None" poruszają istotne tematy, takie jak dziedzictwo kulturowe, imigrację oraz przepaść międzypokoleniowa, to opowiadają też o hip-hopie, przyjaźni oraz poszukiwaniu miłości. 

8. Telewizja może też powierzyć zadanie napisania scenariusza, reżyserii oraz odgrywania roli jednej osobie.

„Agencja niebezpieczeństwa" oraz „Atlanta" mogą zdobywać nagrody za oceanem, ale w Wielkiej Brytanii również powstają takie seriale. Michaela Coel miała okazję nie tylko stworzyć swoją postać, zagrać Tracey, ale również zaśpiewać piosenkę tytułową. „Chewing Gum" ogląda się zazwyczaj, aby się pośmiać, jednak Coel we wzruszający sposób dotyka takich tematów jak religia, przyjaźń, ojcostwo, przywłaszczenie kulturowe oraz przywileje białej rasy. Przedstawia też dziwne seks kluby. „Chewing Gum" świetnie pokazuje, że bloki komunalne nie zawsze muszą być kojarzone z narkomanami oraz niebezpieczeństwem. Blokowisko, które stworzyła Coel, przedstawia miejsce pełne słońca, miłości oraz poczucia wspólnoty.

9. Telewizja ma możliwość rozwoju.

Któż nie chciałby zobaczyć serialu na podstawie „Moonlight" (Barrego Jenkinsa, nie Bruce'a Willisa)? Przez dwie godziny można opowiedzieć jedynie okrojoną historię. Mimo, że narracja „Moonlight" była pięknie przedstawiona, telewizja miałaby wystarczająco miejsca i czasu, by rozwijać postacie oraz wątki, jak i zagłębić się w tematy nękania, coming outu, uzależnień oraz miłości. To tyczy się zarówno głównych postaci, jak i fabuły. Większość serialowych bohaterów w ostatnich odcinkach jest już zupełnie nie do poznania w porównaniu z początkiem sezonu (na przykład: Walter w „Breaking Bad", Carrie Mathison w „Homeland" oraz Omar w „Prawie Ulicy").

10. Ważne tematy, o których mówimy w kraju, możemy przedyskutować na całym świecie, jeżeli jest tam internet.

Dzięki Netflixowi, Plexowi oraz Amazon Prime telewizja stała się jeszcze bardziej demokratyczna. Netflix zarabiający 5 miliardów dolarów rocznie z subskrypcji może pozwolić sobie, by zapłacić za własną produkcję, dlatego wreszcie zniknęło opóźnienie pomiędzy premierami w Stanach Zjednoczonych, a Europą i na odwrót. Ludzie w Los Angeles mogą oglądać „Chewing Gum", a ci na Islandii mogą włączyć sobie „Atlantę". Ta kulturowa i kreatywna wymiana jest tylko i wyłącznie pozytywnym zjawiskiem. Wszystko, o czym mówimy lokalnie, możemy teraz przedyskutować globalnie. Niestety, sprawia to też, że idiotki takie jak Katie Hopkins wypowiadają się o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Jednak możemy za to porozmawiać z kimś z Bahrajnu o Barb, Borgenie i najnowszym sezonie „Master of None". Na pewno minusem takiej sytuacji są spore spoilery wyciekające zewsząd. Idioci naprawdę są wśród nas. 

11. „Stranger Things".

To jest po prostu wspaniały serial, czyż nie? I powraca w październiku. Hura!

12. Telewizja ma dużo pieniędzy oraz oglądalność, dlatego nie przejmuje się angażowaniem do obsady sławnych i kasowych nazwisk.

Pomimo tego, że „Trzynaście powodów" w obsadzie nie miało żadnej sławnej gwiazdy, ani nawet gwiazdy Instagrama, serial stał się jednym z najpopularniejszych na Netflixie. Transseksualni oraz homoseksualni aktorzy występują na co dzień w telewizji. Na przykład twórcy serialu „The OA" nie napomkneli nawet o transpłciowości aktora, Iana Alexandra. Telewizja nie potrzebuje listy z nazwiskami z pierwszych stron gazet, by zagwarantować sukces serialowi. Miejsca są już obsadzone, nie trzeba kupować biletów. Tak naprawdę Netflix z nikim nie konkuruje — stara się jedynie przejść sam siebie.

13. „Trzynaście powodów".

Serial wywołał poruszenie wśród rodziców oraz szkół (przedstawiona w nim scena samobójstwa głęboko nas rozczarowała) jednak „Trzynaście powodów" jest serialem o dojrzewaniu, który chcą obejrzeć wszystkie nastolatki. Książki, filmy oraz magazyny są istotnym elementem w dyskusji na istotne tematy wśród młodych ludzi, ale żadne medium nie dociera do nich na taką skalę, jak telewizja. Platformy takie jak Netflix i Amazon Prime zrozumiały, jak zaangażowana i szeroka jest ich publiczność oraz jak wielkie są ich apetyty na historie, które analizują współczesne ważne problemy. 

Wreszcie historie osób homoseksualnych, transpłciowych, czarnych oraz nastolatków nie zostają spychane na margines — wręcz przeciwnie. Sukces „Trzynastu powodów" udowadnia, jak bardzo pragniemy i potrzebujemy opowieści, dzięki którym możemy lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Hattie Collins

Tagged:
Netflix
serial
13 powodów