Quantcast
Zdjęcie: Magdalena Ławniczak

legendarne miejscówki: jadłodajnia filozoficzna

TekstMaciek Piaseckizdjęcia:Magdalena Ławniczak

Zbudowała wokół siebie wierną scenę, wydała na świat dziesiątki talentów i zainspirowała Taco Hemingwaya do zrobienia słynnego filmu o Hitlerze i elektro...

Zdjęcie: Magdalena Ławniczak

Kluby dzielą się na te zwykłe, bez większych ambicji, oferujące imprezowe produkty oparte na tym, co akurat modne – oraz na legendy, które zbudowały wokół siebie wierne sceny i zapisały w historii muzyki. Cavern Club, gdzie pierwsze koncerty zagrali Bitelsi, nowojorskie CBGB's, miejsce narodzin punka, czy Hacienda w Manchesterze, znana z rejwów spod znaku Factory Records. W Polsce trzeba pamiętać o Rudym Kocie w Gdańsku, gdzie Franciszek Walicki podkopywał komunizm pierwszymi rockowymi koncertami, o studencko-punkowym Remoncie czy o istniejącym krótko, ale intensywnie Fugazi, znanym m.in. z konferansjerki Jurka Owsiaka czy secret gigów Kultu (który jeszcze nie kojarzył się z juwenaliową popeliną).



Warszawska Jadłodajnia Filozoficzna należała do drugiej grupy. Nie miała potężnego nagłośnienia, wystrojem raczej straszyła, niż zachęcała. W barze oferowała głównie tanie piwo – ale to nie przeszkadzało w organizowaniu najciekawszych koncertów w Polsce i przyciąganiu tłumów stylówkowiczów, w ekstrawaganckich ciuchach, czasem przywiezionych z Londynu czy Stanów, ale częściej wygrzebanych za bezcen w lumpeksach. W opozycji do blichtru „warszawki", która chodziła na „clubbing" z muzyką dance, na Dobrej, w przerobionym warsztacie samochodowym eksplodowała scena gitarowych kapel i zadziornej elektroniki, biorąc siłę z punkowej spuścizny i miłości do muzyki.



„Siłą Jadłodajni było to, że wyciągała zespoły z piwnic. Jej menadżer [Marcin Majewski] pisał do muzyków, którzy mieli koślawo nagrane cztery utwory i zachęcał do zagrania pierwszego koncertu" – wspomina Jakub Tyro-Niezgoda, muzyk, producent i menadżer zespołu Rosa Vertov, który swój pierwszy koncert w życiu dał właśnie w Jadłodajni. Żeby wystąpić w Jadło, wystarczył talent, trochę umiejętności i pewność siebie (parę punktów dawały też fajne ciuchy i fryzura jak z lat 60., ale wbrew złośliwym opiniom nie to było najważniejsze). Jeśli nie grałeś w kapeli, a miałeś świetny gust i mocną płytotekę, miałeś szansę zagrać na jednym z didżejskich afterów z muzyką Gang of Four, The Smiths, New Order i świeżynkami prosto z MySpace'a.



Oczywiście, było w tym trochę pozy i naśladowania dzieciaków ze wschodniego Londynu. Ale środowisko Jadłodajni miało ambicję na więcej, chciało być epicentrum muzycznej rewolucji w Polsce. W momencie największej świetności klubu, kiedy na weekendowe cykle God Save The Queen i Hungry Hungry Models wbijały setki głodnych nowości imprezowiczów, padła decyzja o stworzeniu magazynu promującego rodzącą się polską scenę. Na łamach „Pulpa" śledzący z wypiekami na twarzy niezalową muzykę dziennikarze starali się pokazać szerszej publiczności kapele takie jak L.Stadt, Muchy czy Kamp! Chyba każdy pracujący dla „Pulpa" (w tym niżej podpisany) miał poczucie, że za chwilę polska scena wybuchnie, radia zaczną grać świetną muzykę, a zbiorową wyobraźnię opuści Piotr Rogucki z zespołu Coma na rzecz wokalisty Rotofobii. Klimat wydawał się sprzyjać: festiwale takie jak Open'er czy OFF, prezentujące bliską Jadłodajni stylistykę, z niszowych imprezek zamieniały się w ważne europejskie wydarzenia.



W przeciwieństwie do wielu miejscówek, które były ważne tylko dla regularnych bywalców, legenda Jadłodajni wyszła poza lokalne środowisko i stała się nieodłączną częścią polskiej sceny niezależnej. „Nigdy tam nie dotarłem i czuję, że przez to ominęło mnie pokoleniowe doświadczenie. „Ale regularnie dochodziły do mnie legendy" – mówi Miłosz Cirocki z zespołu Złota Jesień, pochodzący z oddalonego o kilka godzin drogi Trzebiatowa. Niespodziewanym hitem internetu stała się przeróbka filmu Upadek o znamiennym tytule Hitler dowiaduje się o Jadłodajni (oraz jej kontynuacja,Hitler: w poszukiwaniu elektro) stworzona w 2009 r. przez Filipa Szczęśniaka, który kilka lat później dał się poznać jako Taco Hemingway. To właśnie była siła Jadłodajni – nawet jeśli nigdy nie byliście w samym klubie, to pewnie trafiliście na którąś z inicjatyw wywodzących się z niego ludzi: triumfujący dziś cykl Wixapol albo magazyn „Unpolished" Iny Lekiewicz, modowej redaktorki „Pulpa".



Sama Jadłodajnia skończyła się nagle, kiedy pod koniec 2009 r. wnętrze strawiły płomienie. Choć z początku nie wykluczano wypadku, ekspertyza zlecona przez miasto wskazała na umyślne podpalenie. Sprawców nigdy nie znaleziono, ale nie jest tajemnicą, że terenem interesowali się wkraczający na warszawskie Powiśle deweloperzy. Twórcy klubu wciąż walczą o sprawiedliwość – dwa tygodnie temu złożyli w prokuraturze wniosek o wszczęcie ponownego dochodzenia w swojej sprawie. Kilkakrotnie robiło się głośno o reaktywacji klubu w innym miejscu – menadżer klubu Marcin Majewski zapewnia, że starania ku temu wcale nie wyhamowały.


Pozostaje pytanie, czy w bez kontekstu miejsca, czasu i bywalców, z kompletnie innym rynkiem muzycznym i nowymi sposobami odbioru muzyki, powracająca Jadłodajnia mogłaby znów stać się skupiskiem twórczej energii. Pewnych rzeczy nie da się przywrócić, o czym świadczą przykłady wspomnianych na początku CBGB's czy Cavern, które po reaktywacji stały się już tylko przyjemnymi skansenami swojej dawnej rewolucyjności. Bo tak naprawdę nie chodzi o nazwę i miejsce, tylko o pęd do działania, otwartość na nowe (ale też stare i zapomniane) oraz świadomość, że „popularne" nie zawsze znaczy „dobre". I nawet jeśli nie doczekamy się powrotu Jadło, oby powstawało jak najwięcej miejsc, które wyznają przyświecające jej zasady.