od hermès do homiés: podróbki świata mody

i-D spotyka się twarzą w twarz z kuratorką wystawy nowojorskiego Fashion Institute of Technology. Przygotowana przez tę instytucje ekspozycja zaprasza zwiedzających na spacer po cienkiej granicy, jaka oddziela składanie hołdu czyjejś pracy od kopii.

tekst Alice Hines
|
05 Luty 2015, 4:05pm

Imitacje są fajne. Nie, to nie ogłoszenie sponsorowane od Alibaba.com. To po prostu osobista obserwacja. Wyciągnięta z zapoznania się w galerii Colette z fotografiami tria Shanzhai Biennial, przedstawiającymi podróbki budrysówek Channel. I z kolekcją, którą M.I.A. przygotowała dla Versace, zainspirowaną fałszywkami udającymi tę markę. Oraz z przeżycia pandemii Hermes i Homies w 2013 roku. Jeśli mieszkasz w Nowym Jorku albo w Londynie, na pewno zdarzyło ci się zobaczyć dzieciaki z centrum, które obnosiły się z podwójnym C nie do końca właściwych kształtów. Lub paskami „Gucci" ze sztucznej skóry. A za co przyznawane są bonusowe punkty? Za łączenie ewidentnych fałszywek z ewidentnie autentycznymi i drogimi rzeczami (plecakiem motocyklowym Moschino, plastikowymi butami Miu Miu, talerzem frytek truflowych za 25 dolarów, generalnie takimi i podobnymi).Podobnie jak ciężko zorientować się, skąd biorą się projekty oferowane przez Forever 21, trudno powiedzieć, skąd wzięła się koncepcja „fajnej imitacji". Jednak nowa wystawa zorganizowana w muzeum nowojorskiego Fashion Institute of Technology daje nam w nią pewien wgląd. Otwarta dla zwiedzających od początku grudnia Faking It: Originals, Copies, and Counterfeits pozwala prześledzić dzieje modowych podróbek. Od początków, czyli działalności takich domów mody kategorii couture, jak Worth, Poiret czy Balmain. Przez logomanię lat 80. Aż do dzisiejszych zabaw ze słowami, jakie można zaobserwować w światku mody ulicznej. Jeśli chodzi o Faking It, naprawdę fascynujące w tej wystawie jest to, że obecny zeitgeist jest tylko częścią całego zjawiska. Obok mcdonaldsowych kreacji Moschino pokazuje się na niej także sukienkę Campbell z 1966 roku. Żeby ją otrzymać, trzeba było wysłać firmie dolara oraz dwie etykiety z puszki ich zupy. A oni w zamian odsyłali kopię kopii pracy Warhola, która przedstawiała ich produkt.

Granica dzieląca oryginał od kopii była niemal od zawsze bardzo płynna. Faking It podkreśla to dobitnie. W połowie XX wieku europejskie domy mody, takie jak Dior, sprzedawały licencje na swoje projekty domom towarowym zza oceanu. W efekcie nie tylko same sankcjonowały kopie, ale też zarabiały na nich. Od tej praktyki wywodzą się tanie kolekcje typu diffusion lines. Potem narodziły się też kolaboracje fast fashion, parodie i meta-komentarze. Mimo że imitacje zdają się mieć swój własny, ostry charakterek, praktyka kopiowana sama w sobie jest jednogłośnie potępiana przez projektantów. Kosztuje ich miliardy dolarów rocznie. I właśnie dlatego chcą oni wspierać wymierzone w kopistów akcje partnerskie i podarowywać swoje kreacje wystawom takim, jak omawiana. Paradoks tkwi w tym, że mimo iż dla marek mody wysokiej twórcy fałszywek to prawdziwe pasożyty, to pojawienie się podróbek jest jednocześnie wyznacznikiem sukcesu. „Nie chcemy być marką, której nikt nie chce kopiować" -  powiedział CEO Prady w 2012 roku.

Tuż przed otwarciem wystawy zasiedliśmy do rozmowy z Arielę Elią, kuratorką ekspozycji muzeum FIT. Omówiliśmy początki imitowania. Dyskutowaliśmy o tym, jak pewnego razu Balenciaga zakazał prasie wstępu na swoje pokazy. I dowiedzieliśmy się, dlaczego Coco Chanel wręcz zachęcała kopistów do działania.

Czy możesz mi powiedzieć, która imitacja na wystawie jest najstarsza? I dlaczego zdecydowałaś się zacząć właśnie od niej?
Najstarszy eksponat na naszej wystawie to para butów z XVIII stulecia. Mają klamry zrobione z kamienia z domieszką kwarcu, który udawał diament. Lecz kopiowanie na dobrą sprawę zaczęło się dopiero wraz z wprowadzeniem systemu domów mody couture i projektanckich metek. Na początku i w połowie XX wieku twórcy mody couture tworzyli „licencjonowane kopie". Były to identyczne co do pojedynczego szwu kopie, zrobione z tych samych materiałów i z użyciem tych samych technik. Ale bez metki. Kupcy z działów sprzedaży takich amerykańskich domów towarowych, jak Bergdorf's czy Macy's, udawali się do Paryża. Tam kupowali licencje od takich tuzów, jak Poiret, Balmain czy Dior.

To naprawdę fascynujące, że kopiowanie było tak integralną częścią modelu biznesowego domów mody couture. Kiedy jednak zaczęło mu zagrażać?
Tak naprawdę, to też zaczęło się już dawno temu. W 1956 roku zarówno Balenciaga, jak i Givenchy zabronili prasie wstępu na swoje pokazy. Uważali, że może być to dobry sposób na wyeliminowanie kopii i podróbek. Tylko klienci prywatni i komercyjni nabywcy byli wpuszczani. Domy mody miały nadzieję, że to są właśnie najbardziej lojalni odbiorcy. Ta praktyka nie zadziałała jednak tak, jak wyobrażali to sobie projektanci. Nabywcy kupowali tylko jedną kreację, ale mogli zobaczyć całą kolekcję. Podczas pokazów nie można było robić zdjęć ani szkiców. Pojawili się więc wyspecjalizowani kopiści i rysownicy, który potrafili zapamiętać to, co zobaczyli. Robili to grupowo. Jeden zapamiętywał rękawy, drugi górę sukienki, trzeci elementy dekoracyjne. Po pokazie wracali do hotelu i odtwarzali całe projekty.  

Płaszcz Louis Vuitton przerobiony od podstaw przez harlemskiego projektanta Dapper Dana.

We wczesnych dekadach XX wieku postaci takie, jak Paquin, Poiret czy Vionnet, były głośnymi orędownikami pierwszy francuskich regulacji dotyczących praw autorskich. We Francji można objąć prawem autorskim ubrania, podczas gdy w USA możesz zarejestrować jako znak handlowy tylko metki i logo. Ewentualnie zastrzegać prawem autorskim konkretne wzory. Dlatego właśnie metki, a później też logo, stały się tak popularne. Bo łatwiej ścigać osoby, które kopiują właśnie te elementy. Jednak przez ich wprowadzenie kreacje stały się głównymi celami dla kopistów. Ponieważ logo odtwarza się tak bezproblemowo. We Francji nadal są w mocy jedne z najsurowszych praw dotyczących własności intelektualnej. Jeśli masz przy sobie podrabianą torebkę, jest ryzyko, że zostaniesz aresztowana albo narzucą na ciebie grzywnę.

Czy w trakcie robienia researchu na potrzeby wystawy czasem ciężko ci było określić, co jest oryginałem, a co fałszywką?
W przypadku niektórych akcesoriów bardzo ciężko ocenić, czy są autentyczne. Zwykle widać to wyłącznie po wewnętrznej stronie. Będą niezgrabnie wykonana albo skóra będzie się wypaczać - mimo że z zewnątrz wyglądają dokładnie jak oryginał.

A czy natrafiłaś na takie imitacje, które były lepiej przemyślane czy bardziej kreatywnie wykonane, niż oryginały na jakich je wzorowano?
Dzieła Dapper Dana są naprawdę ciekawe. Dapper Dan tworzył podróbki wyrobów i kreacji ze skóry, popularne wśród artystów hip-hopowych lat 80 i 90. Chciał, żeby jego klienci czuli się bogatsi, niż naprawdę byli. Nadrukowywał na swoje dzieła logo luksusowych marek, takich jak MCM, Louis Vuitton i Gucci. I sam odkrył sposób tworzenia nadruków na skórze tak, by nie „spływały" gdy tylko zaczynało padać. Jedna z jego kurtek lotniczych była dwurzędowa, żeby przypominała smoking. To dużo bardziej interesujący projekt, niż podobne rzeczy tworzone przez MCM czy Louis Vuitton.

Innym zbliżonym przykładem jest mój ulubiony eksponat - sukienka Yohjiego Yamamoto (z 2007 roku). Skopiował na niej logo Louis Vuitton. Czy stroił sobie żarty z tej marki? Czy opowiadał się w indywidualny sposób za jej stylistyką? Co najciekawsze, Yohji nie zaznał z powodu podrabiania logo żadnych nieprzyjemności.

Sukienka „Mondrian" od Yves Saint Laurent na okładce francuskiego Vogue'a.

Opowiedz mi trochę szerzej o tej części wystawy, w której przedstawiono kopie prac różnych artystów stworzone przez projektantów.
To wynika z jakiegoś dziwnego kruczka prawnego. Nie zdarzyły się żadne pozwy sądowe wystosowane przez artystów, które byłby wymierzone w kopiujących ich dzieła projektantów mody. Rozmawiałam o tym z prawnikami zajmującymi się sztuką. Powiedzieli mi, że zwykle postrzega się to jako hołd - przykładem mogą być kreacje z kolekcji wzorowanej na Mondrianie, którą stworzył Yves Saint Laurent. Była tylko jedna tego typu sprawa. Dotyczyła kreacji, które Marc Jacobs przygotował dla Perry Ellis. Projektant dostał list od Akademii Filmowej, wzywający do zaprzestania podobnej działalności. Chodziło o spódnicę z nadrukiem przedstawiającym statuetkę Oscara. Ten projekt nigdy nie wszedł do produkcji. Ale egzemplarz przekazano nam na potrzeby wystawy.

Czy znasz jakichś projektantów, którzy doceniają kopiowanie? Albo postrzegają je jako dodatkową reklamę? Czy zawsze jest ono czymś złym?
Jeśli chodzi o to, na pewno Coco Chanel lubiła, gdy podrabiano jej prace. Wydaje mi się, że dobrze rozumiała jak działa system świata mody. I że nie ma czegoś takiego, jak zła reklama. W 1930 roku zawarła co prawda sojusz z Vionnet, mający na celu zwalczanie imitatorów. Ale kiedy prześledzimy jej dalszą karierę, zobaczymy, że do lat 60 zmieniła zdanie. Zorientowała się, że kiedy ludzie kopiują jej projekty, oznacza to, że wszyscy i tak wiedzą, czym jest Chanel.

Wystawa Faking It jest otwarta dla zwiedzających do 25 kwietnia 2015 roku. Można ją zobaczyć w muzeum Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku. 

Kredyty


Tekst: Alice Hines
Ilustracje: © The Museum at FIT

Tagged:
faking it
Wywiady
Hermes