menkes, blazy, czyli po co nam idole w modzie

Decyzja Suzy Menkes, żeby po pokazie couture ujawnić obecnego projektanta Maison Martin Margiela, wstrząsnęła branżą. Ale co to właściwie znaczy dla mody?

tekst Anders Christian Madsen
|
06 Sierpień 2014, 9:25pm

W relacji z ostatnich pokazów haute couture dla brytyjskiego „Vogue'a" nagrodzona Orderem Imperium Brytyjskiego Suzy Menkes ujawniła tożsamość projektanta podejrzewanego o prowadzenie Maison Martin Margiela - Matthieu Blazy'ego. W kontekście domu mody, którego założyciel odmawiał jakiejkolwiek obecności w mediach, było to ze strony dziennikarki posunięciem raczej złośliwym. I tak odważnym, że trafiło na Mail Online („Maison Martin co?" - pomyślało sobie 6 milionów czytelników). Maison wydał w końcu oświadczenie - pewnie w odpowiedzi na tysiące próśb o wywiad z Blazym - pouczające o swoich standardach anonimowości i przede wszystkim poprosił prasę, żeby odpuściła już sobie ten temat: „Nasze zasady nie uległy zmianom. MMM nie wypowiada się na temat żadnego z członków kolektywu. Praca wykonywana jest przez nasz zespół i tylko jemu w całości przypisywane są wszelkie dokonania".

Nie byłem jedynym, który poprosił o wywiad z samym zdekonspirowanym. Ciekawiło mnie jednak, dlaczego Suzy zdradziła coś, co miało nigdy nie wyjść na jaw, i to tuż po męskich pokazach w Paryżu. Już wtedy krążyły plotki, że do męskiej ekipy Margieli dołączył pewien poważany projektant z Londynu (z szacunku do niego i zasad MMM, nie powiem który).

Menkes ujawniła tożsamość Blazy'ego nie na złość regułom marki, ale dlatego, że - jak napisała - „nie można trzymać takiego talentu pod przykryciem" (i pewnie też dlatego, że należy ona do pokolenia redaktorów mody, którzy pozostają wierni staromodnym dziennikarskim wartościom - w przeciwieństwie do nas, młodzików pod wpływem cenzury, którą wywiera na nas branża).

Wszyscy znamy i kochamy koncepcję Margieli, ale wiemy też, że każdy zespół potrzebuje przywódcy, a ci przywódcy zostają gwiazdami. Piszę ten tekst, żeby przedyskutować fenomen popularności - w modzie i poza nią - bo reakcja na tekst Menkes pokazała, jak bardzo łakniemy nowych nazwisk. Pomimo swojej anonimowości, gdy Martin Margiela jeszcze prowadził swój Maison, ludzie mieli przynajmniej nazwisko - bo przecież nie twarz - do kochania. Gdy chodziliśmy na pokazy jego kolekcji, wiedzieliśmy, że stoi na backstage'u i nawet jeśli nie wychodził na wybieg się ukłonić, to mogliśmy to zrozumieć. Niby go tam nie było, ale jednak był - trochę jak Jezus. Jednak gdy Margiela opuścił swoją firmę, ból po utracie idola stopniowo formował lawinę frustracji - potrzebę osoby, którą fani mogliby podziwiać.

Gdy przekazałem znajomemu plotki o zaangażowaniu nowego projektanta w pokazaną miesiąc temu męską kolekcję Margieli, od razu bardziej mu się spodobała (choć faktycznie była bardzo dobra). Każe mi to zapytać: jak bardzo lubimy modę za ludzi, którzy ją tworzą, a jak bardzo lubimy ją samą? MMM w czasach postmargielizmu jest ciekawym przypadkiem. Przez ostatnie kilka sezonów ludziom naprawdę podobały się ich kolekcje (nawet bardzo), choć nie wiedzieli, kto za nimi stoi. Wiem też, że wielu członkom tego fanklubu podobały się właśnie dzięki anonimowości i konceptualnemu zapachowi, który spowija Maison. Co ciekawe: to nie ruch marketingowy, a tradycja, którą marka pielęgnuje, bo jej założyciel po prostu nie miał parcia na szkło.

Nie tylko świat mody ma desperacką potrzebę nazywania rzeczy - albo marek - po imieniu (i nazwisku). Gdyby Banksy nie podpisywał swoich prac, a zostawiał je zupełnie bezimienne, kto wie, czy stałby się takim fenomenem. Gdy robił się sławny, rozsiano plotkę, że ma drużynę pomocników do malowania miasta w jego imieniu, ale ludzie od razu zaczęli odróżniać naśladowców. Czy właśnie nie tak tworzy się legendy? Jeśli pracujesz w modzie, na pewno masz chociaż jednego znajomego, który pracował w ekipie Margieli - w końcu trudno utrzymać to w sekrecie - ale czasami odnosisz wrażenie, że wolałbyś o tym nie wiedzieć. Za czasów Martina Maison zachowywał swój charakter przez jego nieśmiałość. Gdy odszedł, przekuto ją w beztwarzowość zespołu. I dalej każą ludziom zgadywać.

Nie podważam decyzji Menkes o wskazaniu Matthieu Blazy'ego palcem. Jestem pewien, że cieszył się z komplementów, którymi go obsypała (reszta jego zespołu pewnie trochę mniej). Ale w branży z obsesją na punkcie projektantów - a nie ich zespołów, które wykonują olbrzymią część kolekcji - filozofia MMM jest zdrową alternatywą. Cieszę się, że do ekipy Margieli możemy dopisać Blazy'ego. Mam tylko nadzieję, że ich Maison zachowa wspólnego ducha.

Kredyty


Tekst: Anders Christian Madsen
Zdjęcie: Mitchell Sams

Tagged:
ΜΜΜ
Μόδα
Margiela
suzy menkes
blazy