czy internet stał się nową ulicą?

Zmienił to, jak się ubieramy. To, jak na siebie patrzymy i to, do czego aspirujemy. Internet pożarł ulicę w całości.

|
16 Marzec 2015, 8:50pm

Takay

W dzisiejszych czasach jesteśmy rozkojarzeni jak nigdy dotąd. Naszą uwagę bez przerwy pochłaniają telefony, a w nich wciąż aktualizowana, niezliczona liczba streamów: Facebook, Instagram, Snapchat, Tumblr, Twitter i cała reszta. W pokazach mody nie chodzi już o oglądanie nowych kreacji. Równie ważne okazuje się cykanie fotek obecnie topowym modelkom, filmowanie finałów. Spójrzmy tylko na szczęściarzy, którzy siedzą w pierwszym rzędzie w wielkim namiocie British Fashion Council. Potrzeba im jedynie dwóch rzeczy, butelki Vitamin Water w jasnym kolorze oraz pęku ładowarek do telefonów wysuwających się spod zajętego przez nich krzesełka. To świat blogerów (i, hm, redaktorów). Z niego właśnie naigrywała się Suzy Menkes w swojej uczciwej ocenie „Cyrku Mody" - bo tak zatytułowała swój post na blogu magazynu T. „Smartfony są takie niesamowite. Na tak wiele różnych sposobów. Nostalgia za czasami, gdy każde zdjęcie nie okrążało całego świata w ciągu nanosekundy, wydaje się więc dość głupia. [Jednak] nie miałam pojęcia, jaką rolę będą pełniły fotografie i inne obrazy. Zwłaszcza w przypadku profesjonalistów branży. Oni przyglądają się pokazom dla własnych celów Żeby kupować, albo napisać reportaże. Ale teraz muszą konkurować z internetowym jury świata mody".

Trzeba zauważyć, że nie dotyczy to wyłącznie tygodnia mody. Zmieniły się nasze metody doświadczania otaczającej nas rzeczywistości. Wszyscy tkwimy w pułapce. Z jednej strony chcielibyśmy sami cieszyć się ulotnymi chwilami, z drugiej pragniemy zachować ją za pomocą naszych telefonów, by następnie podzielić się nią ze światem. Jeśli coś się zdarzyło, ale nie ma tego na Snapchacie, to czy takie wydarzenie naprawdę miało miejsce? Kiedyś uciekaliśmy ku jasnym światłom miast. Szukaliśmy sobie rozrywki na ulicach. Obecnie zwracamy się ku sieciowym superautostradom informacyjnym. One dostarczają nam uciech dla nastolatków. Nawet gdy spędzamy czas z przyjaciółmi - prawdziwymi, tymi których znamy osobiście - każdy z nas i tak spogląda w swoje czarne lustro. Patrzymy w ekrany naszych telefonów jak w kryształowe kule. Odświeżamy i odświeżamy, bez wytchnienia. W nadziej, że wpadną nam nowe aski i share'y. To z pewnością najbardziej wyróżniający się odruch naszych czasów. Nie ma miłości. Są tylko lajki.

Magazyn i-D narodził się jako fanzin o stylu ulicznym. Dokumentował trendy w momencie, gdy rozkwitały w naszych miastach. Byliśmy tam, na ulicy, z punkami i dzieciakami od New Romantic. Rozwijaliśmy się z nimi. Aż do rave'u, pełnego chudzielców indie z Londynu Wschodniego, potem new rave'u. Pojawienie się stylu ulicznego zmieniło na zawsze modę. To, co rozpoczęła fotografia straight up, przekształciło się w rewolucję. Przełom w dziedzinie fotografii realistycznej. Zainicjował go Walter Pfeiffer. Pałeczkę przejęli tacy artyści, jak Wolfgang Tillmans i Juergen Teller. Dzięki nim zaczęliśmy spoglądać na fotografię z zupełnie nowej perspektywy. A także na to, jak się ubieramy. Nasze poglądy na to, co można nazwać „szykownym", obalono w Boże Narodzenie 1992 roku. Nagle i bez ostrzeżenia grunge wdarł się na strony amerykańskiego Vogue'a. Chodzi o cudownie niespodziewany editorial Grunge & Glory. Stworzony przez Stevena Meisela i Grace Coddington. W sesji uczestniczyły modelki Kristen McMenamy, Nadja Auermann i Naomi Campbell.

Punk miał zmienić świat. Teraz jest motywem przewodnim gali Met Ball. Pretekstem, żeby Miley Cyrus mogła sobie postawić włosy do góry. Żeby Kim Kardashian mogła przebrać się za sofę.

Dziś wydaje się, że ulica straciła całkowicie rebelianckiego ducha. Punk miał zmienić świat. Teraz jest motywem przewodnim gali Met Ball. Pretekstem, żeby Miley Cyrus mogła sobie postawić włosy do góry. Żeby Kim Kardashian mogła przebrać się za sofę. Styl ulicy zmienił się w po prostu kolejny styl. Odhaczony punkt raportu o trendach w tym sezonie.

Odnotowaliśmy więc, że moda znalazła inspiracje w ulicznym stylu londyńskich punków. Gdzie zatem była, gdy w Chicago narodził się i wkrótce upadł seapunk? Stało się to parę lat temu. U szczytu dominacji postinternetowej estetyki w sztuce, modzie i muzyce. Estetyki pokolenia ludzi, którzy „mieli dostęp do Internetu, kiedy byli dziećmi". Jak ujęła to Grimes. Mało znany muzyk, używający pseudonimu Lil Internet, zapoczątkował (krótkotrwały) globalny ruch. Zupełnie przypadkowo. Wystarczyło, że napisał na Twitterze o „seapunkowej skórzanej kurtce z pąklami uczepionymi tam, gdzie powinny być guziki". Followerzy sami dopowiedzieli sobie resztę. I tak wynaleźli seapunk. Wkrótce potem na Tumblerze zaroiło się od akwamarynowych włosów ufarbowanych metodą dip dye. Tańczących delfinów. I tropikalnych, psychodelicznych t-shirtów. Radio BBC 1 ogłosiło True Love Fantasy Unicorn Kida „najgorętszym nagraniem świata". Nawet, jeśli szybko wycofało się z tych deklaracji. Turkus wyszedł już z mody, ale seapunkowa fala zdołała podmyć mainstream. Można było to zaobserwować w 2012 roku. Mieliśmy komputerowo-piasczyste plaże ilustrujące występ Rihanny w Saturday Night Live, gdzie zaśpiewała Diamonds i rojące się od rekinów wody w teledysku Azealii Banks do Atlantis. A także podwodny świat pokrytego meduzami i ślimakami morskimi Tumblera Charlotte Free. Co mówimy dziś w klubie, kiedy zdarza nam się być na haju? Że jesteśmy „rozfalowani" (anglojęzyczny slang, w oryginale wavy - przyp. tłum.)!

Ulica straciła już status wrót do przyszłości mody. Dziś trendy rodzą się w Internecie. I tam rozchodzi się ich popularność. Dziewczyny i chłopaki z Tumblera znajdują się w samym sercu hiperkolorowych kultur młodzieżowych z całej planety. W Tokio rezyduje Hirari Ikeda. W Chicago Molly Soda. W Los Angeles Niki Takesh. Spójrzmy chociażby na wyróżniające się spośród tłumu gwiazdy pop naszych czasów. Jedną z nich jest Frank Ocean - najpopularniejszy młody talent będący dzieckiem rewolucji spod znaku darmowych mixtape'ów i Tumblera przeprowadzonej przez kolektyw Odd Future. Za drugi jaskrawy przykład uznajmy Grimes. Entuzjastycznie podchodzącą do sieci riot grrrl, wiecznie zmieniającą kolor włosów. Oboje wkradli się na nasze ekrany właśnie za sprawą Tumblera. Pokazali nam swoje własne światy. Za pomocą szczerych do bólu, odsłaniających wszystko blogów. W sieci wypuszczali także też własnym sumptem darmową muzykę. O ich charakterze wiele mówi nieprzeciętny teledysk Grimes do utworu Genesis. Wyreżyserowany zresztą osobiście przez tę artystkę. Wydaje się, że w tym wideo Grimes wciela w życie serię nastoletnich fantazji. Bawi się wielkim mieczem rodem z anime na pustyni, W Los Angeles tańczy ze striptizerką/raperką Brooke Candy odzianą w srebrną, fragmentaryczną zbroję. Owija sobie węża-albinosa wokół szyi. Nie ma w tym żadnej zwartej narracji. To tylko postępujące po sobie wizualizacje rodem z sieciowej rzeczywistości. Teledysk do Genesis przypomina w tym klip do Video Games Lany Del Rey. Składający się z sekwencji przedstawiających w jakości lo-fi kalifornijskich skaterów i przewracającą się Paz de la Huertę.

W Internecie naprawdę zderzają się ze sobą różne kultury. Artyści, projektanci mody i muzycy z każdego zakątka Ziemi tworzą swoje własne sieci znajomości oraz przyjacielskie układy. Bezustannie komunikują się, wpływając wzajemnie na swoje estetyki. Zupełnie, jak w złotej erze kultury klubowej. Na ulicach nie dzieje się zaś zbyt wiele. Kultury młodzieżowe są wszędzie. Dzieci Tumblera komunikują się z podobnie myślącymi znajomymi przez wi-fi. Nie muszą szwendać się z nimi po tej samej ulicy. Nie potrzebują też swoich własnych fanzinów. Zastępują im je tysiące blogów.

Moda zawsze podąża w tym kierunku, który obrała sobie młodzież. Nie trzeba szukać daleko, by przekonać się o prawdziwości tego stwierdzenia. Wystarczy spojrzeć na akcję #DIESELREBOOT wdrożoną przez Nicolę Formichettiego. To było jedno z największych przedsięwzięć rebrandingowych w najnowszej historii mody, a wszystko kręciło się wokół interaktywnego Tumblera Diesel. Dochodziło w jego ramach do specyficznej formy crowdsourcingu reklam. Pasującego do firmy znanej z ikonicznych/kontrowersyjnych kampanii Be Stupid!.

Ale, co by nie powiedzieć, to nowojorski duet Proenza Schouler może z pewnością ubiegać się o tytuł mistrzów cyfrowego marketingu. Zaczęło się od cyklu hipnotycznych wideo na YouTubie. Dla marki nakręcił je Harmony Korine, reżyser Spring Breakers. Później ukazał się film modowy Desert Tide. Nakręcony w wirtualnej rzeczywistości Second Life. Kolejnym dokonaniem marki na tym polu był mash-upowy film Pretty, Paid, Proenza autorstwa Jeanette Hayes i Jen Brill. Artystki połączyły w nim chicagowską muzykę drill w wykonaniu raperki Katie Got Bandz - będącej zarazem internetowym fenomenem - z nagraniami wideo nakręconymi w jakości lo-fi. Wróćmy jednak do głównego wątku. Za najlepszy przykład posłuży nam bowiem kolekcja Proenza Schouler na sezon wiosna/lato 13. Odwzorowywała ona Internet poprzez wykorzystanie nadruków w postaci kolorowych fotografii. Podczas rozmów na zapleczu projektanci Jack McCollough i Lazaro Hernandez przyznali, że Tumblr był dla nich ważną inspiracją przy tworzeniu tego pokazu. Poszli nawet o krok dalej. Zamówili kampanię wideo, którą wykonali David Sims i artysta glitchowy Eddie Wheel. Jeszcze wierniej odzwierciedlała ona nasyconą kolorami, wielowarstwową estetykę Tumblera.

Cara Delevingne nie jest typową dziewczyną z socjety. Wręcz przeciwnie, to raczej megagwiazda social media. Z milionami oddanych odbiorców na Twitterze, Tumblerze i Instagramie. A nie bierzemy tu pod uwagę fanowskich kont. Nawet jej słynna ze swej apetyczności przestrzeń pomiędzy udami modelki - czyli w języku popkultury thigh gap - doczekała się własnego profilu na Twitterze. Nosi nazwę @CarasThighGap. Jak brzmi zamieszczone na koncie bio? „@Caradelevingne ćwiczy codziennie, żebym mogła być tak doskonała... Cara też followuje!". Sekret jej sukcesu nie tkwi wyłącznie w oszałamiającej urodzie. W dużej mierze doprowadziła ją do niego obsesja na punkcie selfie i selfie-filmków. Zapewniają one bezpośredni wgląd w jej bardzo aspiracyjny styl życia. W latach 90 supermodelki przeniosły się ze stron magazynów na strony prasy plotkarskiej. A dziś najpopularniejsze modelki dokonują następnego przeskoku. Z tym, że emigrują z prasy plotkarskiej na swoje własne profile w mediach społecznościowych.

Wystarczy po prostu cyknąć sobie fotkę. Najlepiej mnóstwo fotek. Następnie podzielić się nimi ze światem. I kto wie, może zaprowadzi cię to na prawdziwy wybieg?

Jeśli na polu fotografii istnieje jakiś znak naszych czasów, z pewnością jest nim selfie. Uliczne straigh-upy i triumf fotografii realistycznej zmieniły sposób, w jaki robimy sobie zdjęcia. Ale obecnie przeszliśmy już przez proces narodzin fotek profilowych oraz kultury udostępniania zdjęć. Do uwieczniania siebie używamy także zupełnie innych urządzeń. Nic dziwnego, że poszło za tym kolejne przeobrażenie w tej dziedzinie. Wybiegiem dla modnych nastolatek nie jest już główna ulica miasta. Tę pozycję straciły także kluby. Dziewczyny prezentują się teraz na tle swoich sypialni (jak potrzebujesz sobie potańczyć przy demonstracji własnej garderoby, zawsze możesz puścić jakiś miks z Soundclouda). Wystarczy po prostu cyknąć sobie fotkę. Najlepiej mnóstwo fotek. Następnie podzielić się nimi ze światem. I kto wie, może zaprowadzi cię to na prawdziwy wybieg? Wywiady, które przeprowadziliśmy ostatnio ze specjalistami od castingów, zdradziły nam pewną prawdę. Większość akcji typu „casting uliczny" sprowadza się obecnie do stalkingu na Facebooku.

To jeszcze nie wszystko. Załóżmy, że ktoś ci się podoba. Dziś możesz przejrzeć sobie jego/jej selfie na Facebooku. Zaczepić za pomocą narzędzi tego portalu. Pobawić się w seksting. Nie musisz nawet wychodzić ze swojego pokoju. Nic nie stoi ci na przeszkodzie. A skoro tak, to czemu by nie wysłać przez Snapchat zdjęcia swoich majtek osobie, którą kochasz? Przypomnijmy sobie jeden z największych kinowych blockbusterów lata, Bling Ring w reżyserii Sophie Coppoli. Jest on ekranową adaptacją prawdziwej historii. Która mówi wiele o naszych czasach. Bohaterowie filmu to grupa nastolatków z Hollywood. Z początku stalkowali oni przez Internet swoich ulubionych celebrytów. A potem zaczęli włamywać się do ich domów. Rezydencję Paris Hilton najechali aż sześć razy! Przebierali się tam w ich błyszczące ciuszki. Kręcili się po pokojach i fotografowali się. Aresztowano ich tylko i wyłącznie przez własną głupotę. Bo postowali zdjęcia z „włamów" na Facebooku. Było to zresztą doskonałym przykładem teatru na miarę XXI wieku. Nastolatki wymyśliły sobie sieciowe tożsamości. Dzięki którym na moment wcielały się w rolę celebrytki-milionerki od blichtru i sekstaśm... Może do tego właśnie wszyscy aspirujemy? Przyjmijmy, że kogoś naprawdę kochasz... Czemu by nie nakręcić razem sekstaśmy? Tak doszły do sławy niektóre z wielkich gwiazd. Chociażby Paris albo Kim. To kolejny z licznych aspektów selfie-kultury.

Dziś wszyscy jesteśmy Narcyzami. Przeglądamy się w sadzawkach, zauroczeni własnymi odbiciami. Zakochujemy się w naszych własnych wodnych wizerunkach. 

A retusz zniekształcił nasz ogląd tego, czym powinno się cechować piękne zdjęcie. Zgoda, niektóre nastolatki dążą do tego, by wyglądać jak modelki. Lecz inne pragną upodobnić się do lalek lub postaci z kreskówek. Nie zawsze tak było. Kult Żywych Lalek to zjawisko, któremu z pewnością warto się przyjrzeć. Powstał on z połączenia selfie-filmików rodem z YouTube'a i radykalnego przeobrażenia własnego wizerunku.

Żywe Lalki narodziły się w odległej Odessie, na Ukrainie. Objawiły się światu pod koniec 2011 roku. Pierwszą z nich była Valeria Lukyanova, 27-letnia eteryczna blondynka, która postanowiła stać się realnym wcieleniem lalki Barbie. Za nią nadeszła Anastasiya Shpagina, 20-latka, która przemieniła się w mieszkającą w lesie bajkową księżniczkę z Japonii. Ciężko uznać je za dobry wzór do naśladowania. Valeria komponuje i wykonuje „duchowe opery". Wierzy, że posiadła zdolność astralnej projekcji i wychodzenia z własnego ciała. Rzekomo obserwują ją ukraińskie służby specjalne (ostatnio dopisała zaś do katalogu osiągnięć sesję zdjęciową dla magazynu V). Tutoriale makijażu, które Anastasiya publikuje na YouTube, robią się zaś coraz bardziej niepokojące. Filmiki ukazują, jak dziewczyna zmienia się w dosyć upiorne imitacje Lany Del Rey czy Johnny'ego Deppa. A także Hatsune Miku - holograficznej księżniczki japońskiego popu.

W ramach dygresji trzeba dodać, że Hatsune Miku sama w sobie jest dziwną ikoną Internetu. Miku to syntezator śpiewu, który przyjmuje postać mangowego, trójwymiarowego hologramu. A zarazem nieprzeciętnie popularna gwiazda pop. Wyprzedaje koncerty na stadionach. Cieszy się szaloną lojalnością fanów. Co daje do myślenia. Może w przyszłości większość naszych ikon nie będzie naprawdę istniała?

W Wielkiej Brytanii najbardziej znaną Żywą Lalką jest Venus Palermo. 16-latka pochodzenia szwajcarsko-węgierskiego, która przeobraziła się w małą, japońską uczennicę. Niedawno wystąpiła w talk show ITV - Daybreak. Takie debiuty w telewizji można uznać za rytuał przejścia. Na YouTube możemy zobaczyć, jak prezenter ukraińskiego talk show prawie doprowadza Anastasiyę do łez wraz z kpiącą z niej publicznością. Jednak Venus ukazała się telewidzom jako żywe wcielenie słodkości i beztroski. Dziewczynka usiadła u boku wspierającej jej matki. Wyglądającej jak kreskówkowa wersja Lindsey Wixson. Venus odpowiadała z ogromną uprzejmością na pytaniaHelen Fospero. Która oznajmiła: „Byłabym przerażona, gdyby moja córka postanowiła zrobić ze sobą coś takiego". Venus nie przejęła się za bardzo tą deklaracją.

Ale zaraz, czy właśnie nie o to chodziło od zawsze w stylu ulicznym i w nastoletnim buncie? O przerażenie własnych rodziców... a przynajmniej nadmiernie opalonych prezenterek telewizji śniadaniowej?

Kredyty


Tekst: Dean Kissick
Zdjęcie: Takay