czym jest miłość w czasach komputerów?

Czym jest miłość, kiedy wszyscy jesteśmy online? Nasze związki rozgrywają się na oczach wszystkich – od dawnych miłości i eks do rywali. Co się dzieję, gdy już przestaje się układać? Czy społeczeństwo internetowe sprawiło, że miłosne cierpienia są...

tekst Dean Kissick
|
20 Październik 2014, 8:05pm

„Już zawsze będziemy razem/razem w elektrycznych snach" - Giorgio Moroder.

Niedawno kumpel powiedział mi o zjawisku na Instagramie, na które mówi się głębokie lajkowanie. Nigdy o tym nie słyszałem, ale najwyraźniej cieszy się popularnością pośród młodych Casanovów z całego świata. Polega to na tym, że jeśli podoba ci się ktoś na Instagramie, dokopujesz do pierwszego zdjęcia jakie opublikowała ta osoba i zostawiasz lajka. Może dodatkowo jakiś niedwuznaczny komentarz. To naprawdę upiorne, co nie? Ale podobno pokazuje się tym skalę zaangażowania. W końcu trzeba przewinąć myszką tysiące różnych innych fotek. Zgoda, nie da się tego porównać z czołganiem się przez odłamki szkła czy wypuszczaniem flotylli tysiąca statków na wojnę. Jednak w obecnych czasach natychmiastowej gratyfikacji jest to i tak lepsze niż nic.

Miłość jest teraz żarłoczna. Internet łączy nas z każdą osobą na świecie. Chcemy się zadurzać w mnóstwie osób. I zadowala nas wybieranie sobie obiektów uczuć za pomocą najbardziej powierzchownych kryteriów - na podstawie udanych selfie czy ciepłych filtrów nałożonych na zdjęcia. Jeśli ci się ktoś podoba, dziś możesz przeglądać do woli selfie tej osoby. Zaczepić ją na Facebooku. Albo wysyłać jej seks-esemesy nie opuszczając wygodnych czterech ścian swojej sypialni. Acz, jak pokazał rozpętany tego lata skandal z nagimi fotkami Jennifer Lawrence, seksting albo nawet trzymanie na telefonie zdjęć kojarzących się z tą praktyką to ryzykowna sprawa. W przeszłości ludzie utrzymywali swoje życia prywatne jak najbardziej prywatnymi. Choć zawsze istniało plotkarstwo i szeptanie między sobą. I tak, zawsze fascynowały nas też życia ludzi wpływowych, bogatych i sławnych. Ale w dawnych czasach dało się znacznie sprawniej trzymać w szachu domy wydawnicze czy tych, co ordynarnie rozsiewają plotki. Nasza coraz bardziej wymykająca się spod kontroli kultura skandalu w Wielkiej Brytanii narodziła się w latach 60. Dokładnie wraz z aferą Profumo, która rozpętała się w 1961 roku. Zaczęło się od krótkiego romansu Johna Profumo - żonatego mężczyzny i jednocześnie sekretarza stanu ds. wojny w rządzie konserwatystów; z Christine Keller, dziewiętnastolatką marzącą o zostaniu modelką i striptizerką pracującą w londyńskim Soho. Sprawa szybko rozrosła się w uzależniający thriller. W jego fabule znalazło się miejsce dla rosyjskich szpiegów, walk na noże w klubach nocnych i karaibskiego dilera narkotyków obstrzeliwującego dom w Marylebone. Kiedy ta historia wyszła w końcu na jaw, przyczyniła się do sprzedaży milionów gazet i porażki Partii Konserwatywnej w wyborach w 1964 roku.

Obecnie większość młodych ludzi w Wielkiej Brytanii zrywa ze sobą przez esemesy lub wiadomości wysłane online (około 56%). Zwykle wyjaśniają to tym, że technologia czyni rozstawanie się „mniej niezręcznym".

Od tego czasu koncepcja prywatności powoli obumiera. Chcemy publicznie upokarzać naszych polityków. A w zamian oni snują plany dotyczące rozległych operacji mających na celu szpiegowanie całego świata. Co ważniejsze, seks-skandale z udziałem celebrytów i modowe faux pas stały się naszą ulubioną formą rozrywki. To samo w sobie pokazuje, że wszyscy mają w nosie prywatność. I nic już nie jest świętością.

Dziś, w tej epoce narcyzmu, obsceniczności i tchórzostwa, żyjemy publicznie jak nigdy wcześniej. Każdy bez ustanku promuje swoją osobę i flirtuje z kim się da. A to dlatego, że Internet wydaje się stworzony na miarę pod samouwielbienie, pożądanie i fantazje.

Spójrzmy na produkcję pod tytułem Piraci Modelingowego Obiegu Ibizy: Na brzegach Cipriani. Wszystko wskazuje, że zażyłość między Justinem Bieberem a Mirandą Kerr miała swój początek na pokazie Victoria's Secret w 2012 roku. W trakcie imprezy ta parka flirtowała zawzięcie przed kamerami - ona w odsłaniającym wiele zielonym gorsecie obwieszonym biżuterią, on w kampowej i wybitnie nietwarzowej kosmo-kamizelce rodem z przyszłości. Świat mody aż puchł wtedy od plotek o ich rzekomym romansie. A może nawet nie rzekomym, kto to wie? A tego lata byliśmy świadkami walki w obronie honoru modelki. Żądny zemsty Orlando Bloom podobno „przesadził" luksusową sofę, by spuścić lanie kanadyjskiemu gwiazdorowi pop. Po wszystkim Bieber, jak zwykle pozbawiony krzty skruchy, przeniósł walkę na Instagram. W bardzo niefajnym i zdecydowanie niezbyt dżentelmeńskim stylu. Najpierw zamieścił zdjęcie Mirandy Kerr w bikini - prędko skasowane. A potem drugie, przedstawiające płaczącego Orlando Blooma. Podpisane bezczelną emotką przedstawiająca koronę.

Puenta jest jednak taka: w mediach społecznościowych istnieje pewna etykieta i Justin Bieber się do niej nie zastosował. Po pierwsze, nigdy nie przechwalaj się po czyimś rozstaniu. Bo inaczej niechybnie przytrafią ci się złe rzeczy. Po drugie: nigdy nie knuj pusząc się tym jak paw.

Te wszystkie internetowe relikty po nieudanych związkach stają się przedłużeniem twojej własnej osoby. Sięganie do nich to jak kurczowe trzymanie się przeszłości. Przedłużanie bólu. Niemniej w jakimś sensie te złe uczucia są niesamowicie ważne.

Internet zmienił też dramatycznie sposób, w jaki szukamy partnerów. W 2031 roku już 50% nowych związków w Wielkiej Brytanii rozpocznie się w sieci. Przynajmniej według wróżbitów romantyczności pracujących dla portalu randkowego eHarmony. 38% relacji zawiąże się poprzez serwisy randkowe lub służące swataniu, a następne 12% na innych stronach (jak Facebook czy Instagram). Największym zmartwieniem jest w tym przypadku to, czy w przyszłości będziemy w ogóle w stanie poznawać się w prawdziwy świecie? A może będziemy musieli polegać całkowicie na technologii? Już teraz spora liczba młodych mężczyzn z Londynu ma okropne podejście do rozmawiania z młodymi kobietami. Są zbyt nieśmiali, zbyt wystraszeni perspektywą odrzucenia. Zostawanie w domu, by spróbować coś zdziałać za pomocą jakiejś nowej apki, z pewnością nie wyostrzy ich realnych umiejętności uwodzenia. Owszem, może podnieść ich pewność siebie. Ale zastanawiam się, czy chłopcy którzy zwracają się ku apkom nie szukają miłości dokładnie tam, gdzie jej nie znajdą?

Tak naprawdę młody mężczyzna może się czuć na Tinderze bardzo samotnie. Lajkujesz wszystkie dziewczyny, a żadna nie lajkuje nigdy ciebie. Ale kiedy zerkniesz na telefon którejś z nich, widzisz że dobrała sobie setki partnerów. I każdy z nich wysyła pikantne wiadomości. Dla przykładu, grupka znudzonych studentów z Orem w stanie Utah stworzyła dla zabawy fałszywe konto. Należało do nieistniejącej dwudziestojednolatki o imieniu Sammy, fanki mrożonych jogurtów. Wyczarowali ją ze zdjęć amerykańskiej Miss Nastolatek. Dzięki tej kreacji zwabili niedawno ponad 70 mężczyzn do tego samego lokaluYoghurtland o 9 wieczorem.

A co by się stało, jeśli zamiast używać komputerów do szukania sobie partnerów, zmienilibyśmy w partnerów same komputery? O tym opowiada fabuła romantycznej komedii science fiction Ona, wyreżyserowanej przez Spike'a Jonze'a. Rozgrywa się ona w niedalekiej przyszłości, gdy pewien samotny mężczyzna zaczyna umawiać się ze swoim systemem operacyjnym. Opowieść zainspirowała „taka bardzo ograniczona interakcja z programem, poprzez czat" - wyjaśnił Spike w wywiadzie dla Telegraph. „A potem wyszła Siri, dokładnie wtedy, kiedy pisałem scenariusz. Uznałem to za dobry omen". Im więcej nasze telefony rozmawiają z nami, tym więcej nadarza się okazji, żeby z nimi poflirtować. Doświadczamy teraz bujnego rozwoju domowej technologii wirtualnej w rozsądnych cenach. Przykładem jest choćby Oculus Rift. Co pozwala przypuszczać, że nierealni chłopacy i dziewczyny będą się stawali coraz bardziej i bardziej pociągający.

Obecnie większość młodych ludzi w Wielkiej Brytanii zrywa ze sobą przez esemesy lub wiadomości wysłane online (około 56%). Zwykle wyjaśniają to tym, że technologia czyni rozstawanie się „mniej niezręcznym". Na pewno pozwala na pozostanie zimnym i oddalonym. Ale w pewnych względach jest to jeszcze bardziej niezręczne. Prawdopodobnie większość z nas doświadczyła tych bezsennych zmierzchów. Koszmarów, płakania przy piosenkach Rihanny i tak dalej. Jednak czasem robi się to dużo, naprawdę dużo gorsze. Strony społecznościowe mogą się zmienić w wielką, czarną chmurę straconych ukochanych. Lata ona za tobą gdziekolwiek byś się nie udał. Ciągle przypomina ci o tym, co utraciłeś.

Badania pokazują, że jeśli ciągle kręcisz się po stronie eks-dziewczyny lub eks-chłopaka po rozstaniu, to znacznie ciężej będzie ci zostawić to za sobą.

To żadna niespodzianka, że strony społecznościowe władają naszymi emocjami, naszymi procesami poznawczymi i nawet naszymi wyobraźniami. W lipcu bieżącego roku opublikowano raport pod tytułem Dowody eksperymentalne na istnienie szerokiej skali zarażeń emocjami poprzez media społecznościowe. Wyjawił on, że podczas jednego tygodnia 2012 roku Facebook przeprowadził masowy eksperyment na 689003 użytkownikach bez informowania ich o tym. Jego celem było zbadanie, czy kontrolowanie ich kanału aktualności może pozwolić na kontrolowanie ich emocji. Oczywiście, że mogło. W raporcie czytamy:

„Te rezultaty wykazują, że emocje wyrażane przez innych ludzi na Facebooku mają wpływ na nasze własne emocje. Co konstytuuje eksperymentalne dowody na istnienie zjawiska masowej skali zarażania emocjami przez strony społecznościowe... Zaobserwowaliśmy także swoisty efekt odstawienia. Badani, których wystawiono na działanie mniejszej ilości nacechowanych emocjonalnie postów pojawiających się w kanale z aktualnościami, byli mniej ekspresyjni przez kilka następnych dni".

W końcu jeżeli cały czas gapisz się w ekran telefonu, skąd możesz wiedzieć, czy miłość twojego życia nie przeszła właśnie obok?

A więc jesteśmy przez nie :) i jesteśmy przez nie :'(. Media spółecznościowe chwytają całość rzeczywistości jak motyla w słoik. To, co dobre i to, co złe. I czemu by nie miały? Społeczeństwo nie składa się wyłącznie ze szczęścia. Życie też, wcale nie. Większość najlepszych piosenek, jakie kiedykolwiek napisano, jest druzgocząco smutna. Tak samo jak wiele najlepszych filmów czy książek. Dziś nasze życie i życia naszych znajomych umieszczamy w sercu tego, co składa się na naszą codzienną porcję rozrywki. Zmieniamy nasze własne życia w absurdalne fabuły rodem z oper mydlanych - więc czemu mielibyśmy nie czuć się przez to fatalnie?

Jeśli twoje dawne obiekty zadurzenia, eks i nieodwzajemnione miłości rozpleniają się po wszystkich sieciach społecznościowych, na pewno nie pomaga to na paranoję. Jednak lepiej nie zrywać tego połączenia, niż odpłynąć od nich gdzieś w dal na zawsze. „Czym jest miłość?" - wyje Haddaway. „Nie rań mnie mała, nie rań mnie, nie rań mnie więcej". Ale może miłość jest właśnie tym ranieniem się. Tak w sumie, czy on nie śpiewał dokładnie o tym? Te wszystkie internetowe relikty po nieudanych związkach stają się przedłużeniem twojej własnej osoby. Sięganie do nich to jak kurczowe trzymanie się przeszłości. Przedłużanie bólu. Niemniej w jakimś sensie te złe uczucia są niesamowicie ważne. Spójrzmy na to, co o miłości powiedział komik Louis CK. W jego sitcomie przekazuje mu te prawdy jego lekarz:

„Wiesz co, nie jestem do końca pewny jak się nazywasz, ale jesteś przykładem klasycznego idioty. Myślisz, że chodzi o spędzanie z nią czasu, całowanie się z nią, dobrą zabawę z nią? Myślisz, że o to właśnie w tym chodziło? Nie, to jest miłość. Tęsknota za nią, bo odeszła. To, kiedy chcesz umrzeć. Masz takie szczęście. Jesteś jak chodzący wiersz. Chciałbyś zamiast tego być jakąś fantazją? Czymś w rodzaju atrakcji w Disneylandzie? Tego chcesz? Naprawdę tego nie widzisz? To jest właśnie ta dobra część. Tego szukałeś przez cały ten czas. Teraz w końcu ściskasz w dłoni ten słodki samorodek miłości. Słodkiej, smutnej miłości. I chcesz go wyrzucić. Coś ci się pomyliło".

Tak więc o to chodzi. Tak naprawdę to, że nagle mamy w bliskim zasięgu każdą osobę z naszej przeszłości lub przyszłości, to najważniejszy element miłości w czasach komputerów. Żyjemy w epoce wielkich możliwości. A miłość czeka tuż za rogiem. Media społecznościowe roją się od fascynujących nieznajomych - jeśli cię to interesuje, naturalnie. A jak nie, to po co marnować czas w sieci wiecznego smutku. Lepiej wyjść na świat i kuć żelazo póki gorące. W końcu jeżeli cały czas gapisz się w ekran telefonu, skąd możesz wiedzieć, czy miłość twojego życia nie przeszła właśnie obok?

@deankissick

Kredyty


Tekst: Dean Kissick

Tagged:
Internet
miłość
spoleczenstwo
komputery