nieznana scena z debiutu wesa andersona

Zobaczcie wyciętą scenę z filmu z 1996 roku.

|
gru 14 2017, 9:42am

Screenshot via YouTube

Wes Anderson w swoich filmach zawsze skupiał się na wyrzutkach, co widać już w jego reżyserskim debiucie „Trzech facetów z Teksasu" z 1996 roku. Nieco zapomniany film pokazuje zabawne wybryki trzech kolesi (w jednego z nich wciela się Owen Wilson — to jego pierwsza rola) starających się zostać przestępcami, co nie bardzo im wychodzi. Film nie odniósł wielkiego sukcesu komercyjnego, ale zajmuje wyjątkowe miejsce w sercach krytyków. Dowiodło tego wydanie w prestiżowej kolekcji Criterion w 2008 roku. Przed premierą na Blu-Rayu, która odbędzie się w tym tygodniu, Criterion daje nam kolejną perełkę: wyciętą scenę, której wcześniej nie widzieliśmy.

Trzyminutowy klip przedstawia szybki, komiczny wątek (w końcu to Wes). Zaczyna się od Digana (Owen Wilson) podziwiającego policjanta i zadającego mu mnóstwo zawodowych pytań. Potem stara się mu pomóc złapać człowieka ukrywającego się na podwórku. Niestety zamiast tego policjant wpada na jego krzewy marihuany.

Teraz fani dobrze znają ekscentryczne poczucie humoru Andersona, ale widzowie nie do końca rozumieli „Trzech facetów z Teksasu", gdy film się ukazał. „Nigdy nie byłem bardziej pewny siebie, niż gdy nakręciłem 'Trzech Facetów z Teksasu' i i nigdy nie czułem się mniej pewny siebie, niż podczas premiery", Wes zdradził w wywiadzie z 2009 roku. Podczas tej samej rozmowy wspomniał także pokazy próbne, w których trakcie widzowie opuszczali salę. „Wychodzili grupami, czyli na pewno nie szli do toalety", zażartował.

Na szczęście Wes zrozumiał, jaką wartość ma charakterystyczny urok jego filmu. Podczas pokazu próbnego dostał sporo recenzji z literówkami (np. „suckd" zamiast „sucked", czyli do bani), ale pewien tekst przywrócił mu wiarę w siebie. „Wyglądał jak zarys magisterki. Ta dziewczyna siedziała tam dłużej niż reszta i cytowała teksty. Powiedziałem: 'Właśnie tak wygląda nasz odbiorca docelowy!'".

„Trzech facetów z Teksasu" znajduje się teraz w Criterion Collection, co oznacza, że dołącza do kinowego kanonu, a Anderson znajduje się wśród takich znakomitości, jak Fellini i Godard. Miejmy nadzieję, że dzięki temu wymaże z pamięci niepochlebne recenzje. Teraz już nikt nie wychodzi z jego seansów grupami, ani nawet do toalety.

Artykuł pochodzi z amerykańskiego wydania i-D.

Przeczytaj też: