Reklama

​zofia domalik o swoim debiucie w cannes

Ma dopiero 21 lat i studiuje aktorstwo w warszawskiej Akademii Teatralnej, a już trafiła do Cannes. Pojawiła się w filmie Grzegorza Mołdy „Koniec widzenia”, który znalazł się jako jedyny polski film w oficjalnej selekcji tegorocznego festiwalu.

tekst i-D Polska
|
23 Maj 2017, 2:15pm

„Koniec widzenia" to kameralna opowieść o Marcie, młodej dziewczynie uwikłanej w tragiczny konflikt między dwoma ukochanymi mężczyznami: ojcem i chłopakiem, który trafia do więzienia za przemyt narkotyków. Marta nie wierzy w jego winę, ale kiedy odkrywa, w jaki sposób trafił za kraty, musi podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. Zofia, która wcieliła się w jej rolę opowiada nam o tym, dlaczego została aktorką i kogo chciałaby spotkać na czerwonym dywanie.

Cieszysz się?
Bardzo. Cannes to festiwal-legenda. Do tej pory wydawał mi się nieosiągalny.

„Koniec widzenia" to jedyny polski film na 70. festiwalu w Cannes. A jednocześnie to szkolna etiuda z Gdyńskiej Szkoły Filmowej. To były zdjęcia, jak przystało na studenckie filmy, kręcone w stylu guerilla? (niskobudżetowe produkcje, w charakteryzujące się zdjęciami robionymi spontanicznie, bez pozwoleń, przygotowań i planu - przyp.red).
Zupełnie nie, chociaż rzeczywiście tego typu produkcje z reguły są bardzo niskobudżetowe. Grałam wcześniej w kilku szkolnych etiudach, przywykłam do tego, że organizowane są na wariackich papierach. Bardzo często panował tam chaos, wiecznie na coś trzeba było czekać, a potem to czekanie nadrabiać i przedłużać zdjęcia o kolejne dni. Tutaj organizacja była idealna. Grzesiek Mołda miał wszystko dokładnie przemyślane. Zanim zaczęliśmy zdjęcia, razem z Erykiem Kulmem, który w filmie gra mojego chłopaka mieliśmy wiele prób.

Chociaż w filmie macie mało wspólnych scen, bo na samym początku twój filmowy chłopak trafia do więzienia.
Grześkowi zależało na tym, żeby relacja między tymi bohaterami była na tyle mocna, żeby widz zrozumiał co dzieje się w głowie bohaterki, kiedy staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu.

Skoro już jesteśmy przy najważniejszych życiowych decyzjach, muszę zapytać o twoją rodzinę. Twoja mama, Ewa Telega, to uznana aktorka z dziesiątkami ról na swoim koncie. Ojciec, Andrzej Domalik, to świetny reżyser. Miałaś kiedyś jakiś inny pomysł na życie?
Chyba dopiero na studiach w Akademii Teatralnej poczułam naprawdę, że chcę być aktorką. Wcześniej bardzo długo mówiłam rodzicom, że pójdę na dziennikarstwo i będę pracowała w telewizji informacyjnej albo w radiu. Wydawało mi się, że się buntuje i robię wszystkim na złość, chociaż tak naprawdę w tym śnie o dziennikarstwie chodziło o to, żeby też móc pracować z kamerą, tylko trochę inaczej.

Dzieciaki, które chcą robić na złość rodzicom, wybierają bardziej hardkorowe rzeczy niż telewizja informacyjna.
Bardziej niż o bycie zbuntowaną chodziło o to, żeby uciec od tego, co otaczało mnie właściwie od urodzenia. Mój tata jest reżyserem, mama aktorką, moim ojcem chrzestnym jest Jan Nowicki, większość moich cioć i wujków, którzy przychodzili do nas do domu to aktorzy. Wiedziałam, że już na samym starcie będę miała przesrane. Będą mnie porównywać, patrzeć na mnie inaczej niż na koleżanki i kolegów ze studiów.

Dlaczego jednak zostałaś aktorką?
Zakochałam się w tej robocie, kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowa „kamera poszła, akcja!" A żeby podkreślić, że była to miłość wyjątkowa i bezwarunkowa, dodam, że był to plan serialu „Plebania". Mimo to wpadłam jak śliwka w kompot.

Zawsze mnie to zastanawiało: co właściwie takiego wyjątkowego jest w tym zawodzie?
Nagle, w sekundę, jesteś w innym świecie. W „Plebanii" graliśmy siebie, czyli dzieciaki. Miałam 15 lat, wiedziałam, że to nie jest żadna wielka sztuka, ale mimo to pozwalało się oderwać od swojego życia. Miałam w liceum dużo problemów, uwielbiałam to, że jadę na plan i nagle wszystko po prostu znika. Poza tym to też wyglądało na bardzo przyjemny lifestyle. Bycie na planie, siedzenie w tych barobusach, ciągłe przebywanie w ekipie. Jeśli trafisz na fajnych ludzi, to przy tej intensywności pracy musisz się z nimi zaprzyjaźnić, robi się z tego trochę druga rodzina.

Chciałam zobaczyć jak to wygląda naprawdę, nie w serialu, tylko w teatrze, prawdziwym filmie, gdzie trzeba zagrać coś bardzo na poważnie. Kiedy trafiłam do Akademii Teatralnej, znowu, okazało się, że to nie takie proste. Na pierwszym roku zastanawiałam się, czy wytrzymam to psychicznie. Bycie aktorem polega na tym, że jesteś ciągle, bez przerwy oceniany. I ciągle ktoś każe ci coś poprawiać.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Umiesz oddzielić pracę od życia poza nią?
No właśnie nie. Więc jeśli ktoś mówi ci, że grasz słabo, to myślisz o sobie, że jesteś słaby, całościowo. Ja jestem perfekcjonistką, więc długo myślałam o sobie, że jestem beznadziejna, kompletnie drewniana. Myślałam, że jeśli nie dam rady, to zajmę się dietetyką. Nie wiem czemu. Wkręciłam się wtedy w zdrowe żywienie i tak dalej, ale dość szybko mi na szczęście przeszło.

Wolisz teatr czy kino?
To jest bardzo trudne pytanie. Teatr jest o tyle piękniejszy, że jest ulotny. Jak umarła Danuta Szaflarska, zorientowałam się, że nigdy nie widziałam jej w teatrze. I, że już nigdy nie będę mogła jej tam zobaczyć. Plan filmowy to jest świetna energia, ale teatr to magia. Za każdym razem jest inaczej, za każdym razem możesz coś poprawić. W filmie właściwie nie wiesz, czy to, co robisz, jest dobre czy złe - reżyser mówi ci, że macie dobry dubel i kręcisz dalej. Ale uwielbiam ten filmowy światek. Dlatego tak się cieszę na wyjazd do Cannes. Nie chodzi tylko o kontakty zawodowe czy ten czerwony dywan. Na festiwalach poznaje się zawsze fantastycznych ludzi, którzy kochają dokładnie to samo. Czuję się goła, jak chociaż raz w tygodniu nie obejrzę dobrej sztuki, filmu albo serialu.

Co oglądasz?
Absolutnie uwielbiam „The Knick". Wszystko tam jest znakomite: scenariusz, reżyseria, zdjęcia i Clive Owen. Ostatnio obejrzałam „Miasteczko Twin Peaks" i „Breaking Bad".

Kogo chciałabyś najbardziej spotkać w Cannes?
Po pierwsze: Pedro Almodóvar. Dlaczego? Bo to Pedro Almodóvar. Nie trzeba chyba mówić nic więcej. Po drugie Cristiana Mungiu, którego uważam za znakomitego reżyseria i szanuję to, że kiedy zaproponowali mu Hollywood, on grzecznie podziękował i powiedział, że jeszcze chwilę chciałby zostać w Rumunii, a potem zobaczy.

Ty wyjechałabyś od razu?
Ameryka bardzo mnie pociąga, ale też nigdy nie chciałabym się tam przeprowadzić. Wiem, że z moim akcentem do końca życia grałabym tam rosyjskie prostytutki i agentki KGB. W porywach sprzątaczki z Europy Wschodniej. Najbardziej oczywiście chciałabym, pewnie tak samo jak ty, zobaczyć Monicę Belluci. Byłam dzieckiem, jak zobaczyłam ją w „Malenie", ale zakochałam się w niej od razu. Była wtedy podobna do mojej mamy, więc był w tym też jakiś dodatkowy, psychologiczny poziom uwielbienia. Ale nawet jeśli ich nie zobaczę i tak będę szczęśliwa. Aktorzy marzą o Cannes całe życie, mi udało się tam trafić już na początku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Bartek Janiszewski
Zdjęcia: Karol Grygoruk