jestem trochę grafomanem

„Nigdy nie miałem koszulki żadnego zespołu, za szybko to się zmieniało” – Błażej Król, znany do niedawna jako połowa duetu UL/KR, opowiada o nowej płycie, problemach z pracą z ludźmi i o tym, dlaczego znowu czyta fantastykę. Chociaż jego solowa płyta...

tekst i-D Staff
|
15 Maj 2015, 8:35am

Twoja nowa płyta nosi tytuł Wij. Poprzednia - Nielot. To zwierzęta, które trzymają się blisko ziemi, niezbyt spektakularne - a na swój sposób niepokojące. Jest w tym jakaś metoda?
Kieruję się chwilowym impulsem. Nigdy nie chcę, żeby nazwa była określeniem utworu. W mojej głowie pojawia się słowo, zastanawiam się nad nim, googluję. Ale dla mnie zarówno muzyka, jak i słowa zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy pojawia się słuchacz, który filtruje je przez swoje życie czy doświadczenia. Nie lubię mówić o tekstach, wolę o nich rozmawiać. Fajnie, gdy ktoś mi opowiada, jak je rozumie - nawet jeśli ta interpretacja w ogóle mi się nie podoba. Tak samo jest z tytułami. Teraz o tym wspomniałeś… i rzeczywiście, od dwóch lat coraz mniej lecę, skupiłem się na pracy, rodzinie. Zaczynanie dnia od blanta czy browara mi nie służy… Ale wracając do tematu: dla mnie ważne jest zderzenie słuchacza z materiałem, idea pojawia się po fakcie.

Czyli tworzenie jest bardziej intuicyjne? Nie ma miejsca na „co autor miał na myśli"?
Tak, o to mi chodzi. Nie mam wielkiego studia, z moją żoną Iwoną tworzymy w miejscu, w którym jemy i śpimy. Bez osób trzecich - odcięliśmy się od świata. Może to chwilowe, ale czuję, że jest w tym prawda.

Nie odciąłeś się od ludzi zupełnie - masz solowy projekt, ale na koncertach wciąż występujesz z muzykami z krwi i kości.
Praca z Maurycym [Kiebzak-Górskim, drugą połową UL/KR - red.] wyglądała tak, że myśleliśmy podobnie i lecieliśmy, bawiliśmy się. Muzyka i teksty były tego konsekwencją. Gdy zdecydowałem się na solową karierę, zastanawiałem się, jak to robić - grać samemu z laptopem, samplerem? Znalazłem muzyków z innego miasta, żeby wszystko było bardziej spektakularne - ale pomysł się nie sprawdził. Nie umiem pracować z ludźmi. A tu nagle pojawia się Niedźwiedź, którego znam od 15 lat, świetny muzyk - nigdy razem nie graliśmy. Występujemy wspólnie już od roku. Jednak płyty chcę nagrywać sam.

Kiedyś wrzuciłeś do sieci zdjęcie - zdaje się dla żartu - na którym siedzisz sam otoczony sprzętem, trzymając kieliszek czerwonego wina. Czy tak wygląda rzeczywisty proces twojej pracy?
W tej chwili pracuję z producentem Michałem Kupiczem - widzieliśmy się raz, a zrobiliśmy wspólnie dwie płyty. Uwielbiam ludzi, z którymi nie muszę rozmawiać. Mogę sobie być, nie spinać się emocjami. Mamy kontakt przez Facebooka: spoko, dobra, to mi pasuje, a to nie. Michał jest jedyną osobą, którą przez dwa lata zaprosiłem do wspólnego generowania muzycznej struktury… Oprócz mojej żony, która jest pierwszym recenzentem tego, co robię.

Często podkreślasz wpływ żony na twoją twórczość.
Może to frazes, ale bez niej nie byłbym tym, kim jestem! Iwona nie opuściła żadnego koncertu, jest też moim kierowcą i tour managerem. Nagrywam po to, żeby uwolnić się od czegoś, co mi leży na bani, i po to, żeby podobało się moim znajomym, Iwonie, rodzicom.

To nie jest popularne podejście w świecie kul indywidualistów.
Ja też chcę być kul! Uwielbiam występować na scenie, kocham te emocje, rosnące ego. Ale w poniedziałek wracam do pracy, mam trzy dwunastki, od sześciu lat pracuję w Media Markcie - jestem Błażejkiem sprzedawcą. To mi daje równowagę, nie muszę chlać przez tydzień, żeby dojść do siebie - a właśnie o takich rzeczach czytam u innych muzyków. To może być fajne, ale nie dla mnie. Robert Brylewski - którego bardzo szanuję za teksty i muzykę - obudził się ostatnio, mając ileś tam lat, i stwierdził, że brakuje mu na fajki. Ja nie chcę do tego doprowadzić.

Nagrywasz płytę dla żony i znajomych, która nagle ląduje w czołówce rocznego zestawienia „Wyborczej". Czułeś, że na to pracowałeś, czy że to może przypadek?
Dopiero teraz czuję, że na to zapracowałem. Przy pierwszej płycie zrobił się hajp, potem kultura nielubienia tej płyty - ja mam tak samo, jeśli coś jest zbyt wyhajpowane, powstaje problem w odbiorze. Strasznie jarało mnie to, że ktoś wychwytywał w materiale błędy albo zarzucał nam grafomaństwo. Ja z tym grafomaństwem nawet się trochę zgadzam.

No tak - wiem, że nie lubisz, gdy o twoich tekstach mówi się w kontekście poezji. Ale może spróbujmy na odwrót: masz swoich poetyckich, literackich idoli?
Z poezji to nie. Ale uwielbiam kupować książki. Czytam zazwyczaj 80-100 stron, bo nagle pojawia się coś nowego. Teraz jestem na etapie fantastyki, od której na długo się odwróciłem. Pod koniec podstawówki zaczytywałem się w książkach Terry'ego Pratchetta i Silverberga, porwały mnie „Nowa Fantastyka", tolkieny, Gra Endera. Rano - w dniu w którym, jak się później okazało, umarł Pratchett - znów sięgnąłem po jego Kolor magii. Zaczęło się na nowo. Nawet bym o tym nie pomyślał, bo wcześniej czytaliśmy z Iwoną klasykę albo nowych polskich pisarzy. Gdy kończyłem Nielota, wziąłem się za Houellebecqa, to był ostatni strzał, prawie wpadłem w depresję. Taka bezsilność tam jest pokazana! Aż mi ciary chodziły. I teraz od roku czytam science fiction - chyba żeby odciążyć mózg…

Kredyty


Tekst: Maciek Piasecki
Zdjęcie: Grzegorz Broniatowski

Tagged:
król
muzyka
UL/KR
błażej król
cafe kulturalna