Reklama

wszystkie nieprzespane noce: michał huszcza

Michał Huszcza, jeden z głównych bohaterów „Wszystkich nieprzespanych nocy”, zdradza nam, jak to jest grać samego siebie.

tekst Mateusz Góra
|
03 Listopad 2016, 10:00am

Michał Huszcza ostatnio zajmuje się literaturą i wymyślaniem prac w razie, gdyby pojawiała się możliwość zrealizowania wystawy. Wyjechał z Warszawy do rodzinnego miasta po zakończeniu zdjęć do „Wszystkich nieprzespanych nocy", żeby na plaży w Łazach założyć swoje biuro. Teraz wrócił, aby złapać dystans do tego, co napisał i spróbować to za jakiś czas wydać. W oczekiwaniu na moment, kiedy zobaczymy go razem z Krzysztofem Bagińskim na ekranie w nowym filmie Michała Marczaka, postanowiliśmy porozmawiać z Michałem o wcielaniu się w samego siebie i szalonych nocach spędzonych na imprezowaniu.

Jak poznałeś Michała?
Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że dobrze się rozumiemy. Potem Michał zadzwonił i poprosił, czy mógłbym do niego wpaść. Wtedy tak naprawdę zaczęła się rozmowa o filmie i poczuliśmy, że mamy coś wspólnego, coś zaskoczyło. Pojawiła się między nami relacja.

Przy okazji „Wszystkich nieprzespanych nocy" powraca dyskusja o tym, gdzie leży granica między filmem dokumentalnym a fikcją. W jaki sposób ty odbierałeś to, co działo się w czasie kręcenia?
Spotkaliśmy się z Michałem w takim momencie, kiedy miałem zajawkę na mokumenty, fałszywe dokumenty a poza tym miałem sen proroczy na temat tego wydarzenia. W moim życiu pewne rzeczy przychodzą we właściwym momencie - tak było też z tym filmem. Wydaje mi się, że osiągnęliśmy taki stan, kiedy mogliśmy powiedzieć coś wprost o tym, jaka jest rzeczywistość. Miałem nadzieje, że zrobimy film interaktywny. Kiedy puściłem go znajomym często przerywaliśmy, piliśmy piwo i gadaliśmy o życiu. To wcale nie zabiło przeżycia, jakim jest seans, wracaliśmy do niego z takim samym zainteresowaniem.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Wszystkie nieprzespane noce" są w jakiś sposób rozwinięciem tego, co Michał robił wcześniej. Znałeś jego wcześniejsze filmy zanim zaczęliście razem pracować?
Widziałem „Fuck For Forest". Pomijając zawartość filmu ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że w końcu pojawił się polski twórca, o którym piszą zagraniczne magazyny, które na co dzień czytam. Byłem bardzo ciekawy, kto to jest.

Wróćmy na chwilę do momentu, kiedy zaczęliście nagrywać. W założeniu Michała chodziło o to, żebyś był sobą w takim stopniu, jak to tylko możliwe. Jak udało ci się zachować naturalność?
Kiedy pojawia się człowiek z kamerą i zaczyna mnie kręcić, to mam wrażenie, że skanuje mój obraz. Może więc moje podejście jest futurystyczne? Mógłbym powiedzieć, że nie zwracałem uwagi na kamerę, ale tak naprawdę w wielu sytuacjach trudno o spontaniczność. Bardziej liczył się ciężar spojrzeń między nami. Na planie potrzebna była szczerość, więc przełamywałem tę granicę.

A czy nie miałeś wrażenia, że kreujesz siebie od nowa?
Trzeba być naprawdę mocno zaciętym, żeby zbyt mocno kreować swój wizerunek na ekranie, ale ja jestem chyba na to zbyt leniwy. Interesuje mnie to, nad czym nie mamy kontroli.

To nie był zwykły plan zdjęciowy, często improwizowaliście i chyba po prostu się bawiliście dobrze razem ze sobą.
Zazwyczaj w ogóle nie mieliśmy wrażenia, że za chwilę będziemy kręcili. Michał przyjeżdżał z kamerami, które sam skonstruował na potrzeby filmu, do nas, tworzyliśmy atmosferę i gadaliśmy o różnych sprawach. Potem nadchodził moment, kiedy wychodziliśmy na miasto i włączaliśmy kamery, wszystko działo się spontanicznie lub mniej. Czekaliśmy na uczucie, gdy wszyscy wiemy, dokąd zmierza scena. Czasami tylko po to, żeby to zepsuć. Często rozumieliśmy się bez słów i razem odpływaliśmy w akcje.

Jesteś w stanie z tego strumienia wspomnień wydobyć jakieś jedno konkretne?
Pamiętam, jak w jednym klubie dziewczyna zaczęła dawać nam sygnały, że coś jest nie tak. Była z kolesiami, którzy wyglądali, jakby mogli mieć broń. Lataliśmy za nią z google translate, ponieważ nie mówiła po polsku. Wszystko skończyło się dobrze, ale cała ekipa czuła, że ci goście mogą zrobić nam krzywdę. Po wyjściu gadaliśmy o tym i każdy był pewny, że zaraz wyjmą spluwę. Szczególnie jeden, który handlował bursztynami.

Czy w twoim nastawieniu do życia coś się zmieniło, kiedy zobaczyłeś je na ekranie?
W niektórych kwestiach jestem bardziej dojrzały. Taki specyficzny proces obserwowania siebie w tym wieku na pewno odegrał rolę, której teraz nie jestem w stanie powtórzyć. Czuję mocniej ten okres, kiedy stajemy się dorośli. We „Wszystkich nieprzespanych nocach" widzę siebie na ekranie w takich sytuacjach, w których w życiu nie chciałbym siebie widzieć. Dostrzegam głównie swój wredny charakter.

Jeździliście z filmem na różne festiwale. Podszedł kiedyś ktoś do was i powiedział: „tak, czułem kiedyś to samo"?
Tak, ludzie z całego świata mówią nam te wszystkie wielkie słowa. Jeden chłopak z Meksyku albo Argentyny był zaraz po ślubie i wspomniał, że już tęskni za czasem, kiedy bujał się po mieście ze swoim przyjacielem. Zrobiliśmy sobie zdjęcie.

Zgodziłbyś się zagrać w kolejnym filmie Michała?
Pewnie, czas nagrać coś nowego. To było świetne doświadczenie.  

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcie: Karol Grygoruk

Tagged:
Wywiady
wszystkie nieprzespane noce
Michał Huszcza