prawdziwa kate moss

Wydaje wam się, że wiecie wszystko o Kate Moss? Otóż nie. Wykopaliśmy rozmowę i-D z 1998 roku z 24-letnią modelką i przyznajemy, że dużo się od tamtego czasu zmieniło.

tekst i-D Staff
|
kwi 5 2017, 3:55pm

Każdy zna Kate Moss, prawda? To ta chuda laska z londyńskiego Croydon, która zarobiła miliony, pozując do zdjęć u Calvina Kleina. Dziewczyna o wątłej twarzy ze słynnym lekkim zezem jest ulubienicą całej branży, która ma przecież obsesję na punkcie perfekcji. Bierze wolne, żeby zagrać kickboxingową lesbijkę, promując Primal Scream. Trzyma się z Liamem, Patsy, Anną Friel, Marianne Faithful, a jej faceci to same znane ciacha. To wszystko czyni Kate Moss jedyną supermodelką, która jest przy okazji super fajna. Latająca po świecie supergwiazda, nadal świecąca najjaśniej mimo dziesięcioletniej już kariery. Wszyscy znamy Kate Moss, nie? Otóż nie.

Widzicie, Kate jest dość bystra. Nie w takim sensie, że gdyby nie wystrzeliła w stratosferę, dając innym strzelać fotki, to kończyłaby właśnie doktorat na temat inżynierii jądrowej (co w sumie w wieku 24 lat mogło właśnie robić kilku jej znajomych z ławki). Bystra za to w taki sposób, że mimo wysoko płatnej pracy i znanego na całym świecie wizerunku, Kate Moss (prawdziwa Kate Moss, stojąca za perfekcyjnie stworzoną postacią z wybiegu) jest wyjątkowo dobra w trzymaniu się z dala od świateł reflektorów. Czy znacie ją zatem na serio? „Naprawdę boję się wywiadów", mówi Kate. Jest wtorkowy poranek. Ta nasza pogawędka była już przekładana więcej razy niż Kate zrywała z Johnnym Deppem. Wycieczki do Paryża last minute, padająca komórka, kiedy miała zadzwonić i dać znać o zmianie planów, chora asystentka albo sama Kate ku rozpaczy wszystkich dookoła, po prostu brak odzewu — mogę tak wymieniać bez końca. Tydzień wcześniej byłem w Nowym Jorku, a ona przewijała się co chwilę obok mnie - przyklejona na 6-metrowych billboardach reklamuje super fajną parę nowych okularów CK. U mnie w łazience zerka z butli szamponu L'Oreal w swoich kozakach. Włączam telewizję: o, znowu jest i spogląda z pożądaniem na Elvisa w reklamie telefonów komórkowych Mercury. Jak na osobę, przed którą nie da się uciec, wydaje się niemożliwie ciężka do wytropienia. A jednak! Wreszcie jest przede mną, siedzi w domu z filiżanką herbaty, paczką szlugów i swoim dziecinnym piskliwym głosem, o brzmieniu pomiędzy uczennicą z ogólniaka a panną reprezentującą klasę średnią Manhattanu. Jest ożywiona, urocza, promienieje… i uderzająco często uważa, że coś jest „niesamowite" albo „fajne".

Kate Moss prowadzi fantastyczny tryb życia. Chcecie, żeby w wyczerpujący sposób opisała swój żywot? Nie liczcie na to. Pamiętajcie, że się boi. Robimy przecież wywiad. „Sposób, w jaki dziennikarz może oceniać osobę naprawdę mnie przeraża", mówi, między słowami dając do zrozumienia: „nie szarżuj", a po części ujawniając głęboko zakorzenioną niepewność, co wydaje się nieco dziwne, biorąc pod uwagę jej status bezkonkurencyjnego bóstwa naszych czasów nie do ruszenia i nie do podrobienia. „Zaczęłam udzielać wywiadów, kiedy miałam 17 lat i podpisałam umowę z Calvinem. Czasami wywiady mogą dotyczyć głębokich kwestii, a ja na to odpowiadam: Serio, ja po prostu wykonuję swoją pracę". Rzecz w tym, że wykonuje tę pracę od 14 roku życia, co znaczy, że ludzie są ciekawi jej życiowych filozofii, odkąd ledwo co zakończyła dojrzewać. Nie ma znaczenia, jak bardzo jesteś stabilny psychicznie, albo chroniony, to może w pewnym stopniu namieszać w głowie. Sprawiło, że Kate jest bardzo obronnie nastawiona.

„Ludzie pytają mnie: 'Czy postrzegasz siebie jako ikonę?' Naprawdę myślą, że siedzę sobie i każdego dnia rozmyślam w taki sposób?". Pewnie tak. To częsty błąd. Kiedy osoba staje się sławna (niech to będzie gwiazda filmu, popu, supergwiazda, albo supermodelka) wszyscy chcą jej zajrzeć do głowy. Myśl, że mogą tam nic nie ujrzeć, jest niewyobrażalna. Gorzej, dla dziennikarza jest problemem przy pracy. Dobry tekst powstaje dzięki dobrym sentencjom. Dobre sentencje biorą się z dobrych pytań. Media rzucają kośćmi, mijają start, biorą za to 200 dolarów i zaczynają kolejną kolejkę. Kate nie chce grać w taką grę, woli własne zasady.

Nawet kiedy otworzyła się na czekający świat w swojej prosto zatytułowanej książce „Kate" z 1995 roku, pani Moss nie ujawniła zbyt wiele. „Udzieliłam 27 wywiadów jednego dnia, by promować książkę", gorzko wspomina. Zaznaczyła, że chciała pokazać pracę fotografów i stylistów, którzy pomogli jej stać się tym, kim jest, a nie pokazać swoje wnętrze. „Byłam mięchem gotowym na rzeź. Niektórzy ludzie mówili naprawdę okropne rzeczy, tylko po to, żeby mnie wkurzyć. Byłam wystawiona na atak, a oni się za mnie zabrali".

Jasne, to wszystko różni się od wybiegu czy studia, czyli miejsc, w których Kate serio mówi. Niewielu, z którymi pracowała, powie o niej cokolwiek złego. Większość powraca z tym samym na ustach: jej wszechstronnością. Kate potrafi wyglądać jak wszystko, a oprócz tego wyglądać przepięknie przez cały czas. Może być radosna lub przestraszona, niewinna lub inteligentna, olśniewająca albo grunge'owa, jest elastyczna, łatwa do formowania, perfekcyjna. „Idę po wybiegu, ale to nie jest prawdziwe", tłumaczy. „Oczywiście, że pracuję w imieniu projektantów. Obrazuję ich wizję, nie swoją". Innymi słowy, gdy widzimy ją na pierwszym planie, gdy oglądamy jej majestatyczny chód albo widzimy na zdjęciach na billboardach czy w magazynach, to wcale jej nie widzimy. Możesz znać Kate Moss z jej prac, ale nigdy nie poznasz Kate Moss.

Możliwe, że gdy Kate wyłamuje się z modelingowego trybu, to pokazuje więcej swojej prawdziwej osobowości. Przyjrzyjmy się kampanii One-2-One Mercury. Firma zajmująca się telefonami komórkowymi robiła wszystko, by dotknąć każdej marketingowej niszy i bawiła się politycznymi emocjami (czarna supergwiazda footballu, Ian Wright plotkujący z Martinem Luther Kingiem), nauką (Trevor Bayliss, twórca radiomagnetofonu, rozmawiający z Sir Frankiem Whittlem pseudonim „Silnik turboodrzutowy") oraz slapstickową komedią (Vic Reeves, kultowy komik, rozmawiający ze śmieszkiem i łobuzem Terrym Thomasem). Kiedy Kate wchodzi na nasze ekrany, przekraczając granicę między couture a mainstreamową kulturą i marząc o rozmowie jeden na jeden z Elvisem z 1956 roku, wygląda bezczelnie zawadiacko. Jak każda inna dobrze wyglądająca 20-kilkulatka, próbująca swojego szczęścia.

Przychodzi mi na myśl, jak The Beatles śpiewali o dziewczynie, która ma tylko 17 lat. Sposób, w jaki Kate mówi o 21-letnim Elvisie, jest bardzo podobny. „W wieku 21 lat Elvis był PRZEPIĘKNY", piszczy teraz Kate. Poza konktraktem z korporacją i zobowiązaniami może do woli fantazjować i opowiadać, co jej przyjdzie do głowy. „Pojechałam z kumplem do Memphis. Wybraliśmy się do Graceland. Nie byłam wcześniej wielką fanką Elvisa, ale w muzeum wchodzisz do jego starego biura i widzisz telewizor, wyświetlający nagranie, na którym wraca z wojska i zwraca się do każdego 'sir' i jest tak czarujący i… aaach! Od tego momentu byłam całkowicie zauroczona. Kupiłam jego wszystkie płyty. 'Comeback special' i inne. Jest fantastyczny!".

Kiedy Kate rozkręca się i trajkocze o swoich ulubionych rzeczach, nieskrępowana zarzucając mnie gradem szybkich pocisków, złożonych z jej ulubionych przymiotników („fajne", „zabawne"), to trudno jej przerwać. „Kiedyś zdarzyło mi się być stylistką", papla dalej, wspominając zabawny czas, jaki spędziła z fotografem Glenem Luchfordem przy sesji dla magazynu Mirabella. „Naprawdę dobrze się bawiłam. Było fajnie. Powiedziałam: 'Chcę widzieć to w całości i chcę to zobaczyć to albo tamto', a Glen słuchał. Jako modelka nie masz za dużo do powiedzenia. Dwa tygodnie później znowu zrobiłam z nim sesję, tym razem pozowałam. Powiedziałam w którymś momencie: 'Glen, nie możemy tego zrobić w taki sposób?', a on odkrzyknął 'Zamknij się'. Wszystko było po staremu".

Ta „normalność" niestety coraz mniej nakręca Kate. „Z pewnością pokazy stają się coraz nudniejsze", mówi, choć oczywiście są aspekty jej pracy, które wciąż ją ekscytują. „Dostaję kopa od rzeczy, które są inne. Zrobiłam sesję dla Harper's Bazaar na Kubie, to był pierwszy raz, kiedy amerykański magazyn zrobił tam sesję, byłam też na pierwszej okładce rosyjskiego Vogue'a". I już jej nie ma, przemierzyła pół świata w jednej wypowiedzi, tak samo, jak jej twarz, która okleja cały glob po jednej tylko sesji zdjęciowej. Skala billboardowej dominacji Kate jest zatrważająca. W sumie mimo że ciągle gadamy o pannie Moss, twarzy odrodzenia brytyjskiej mody, Królowej Fajnej Brytanii itd., a mało kto poza mieszkańcami tej małej wyspy wie, że Kate jest Brytyjką. W Stanach jest twarzą Calvina Kleina i kropka. Jedynie, gdy się uśmiecha i odkrywa swoje wyraźnie nieamerykańskie, krzywe zęby, jakiś Jankes może zacząć zastanawiać się nad jej pochodzeniem.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Jestem dumna z bycia Brytyjką", oznajmia. „Ale na planie nie śpiewam hymnu. I dlaczego miałabym się przejmować tym, skąd pochodzę według ludzi patrzących na bilbord?". W rzeczy samej, dlaczego? Krajowe czy lokalne bariery dotyczące projektantów i mody zostały obalone w latach 80., gdy Ralph Lauren, Calvin Klein, Gucci etc. wykorzystali swoje znane marki i zaczęli wypuszczać te same kampanie na cały świat. Przez lata 90. i teraz gdy zbliżamy się do początku XXI wieku, ten ideał stylu — „jeden wygląd dla wszystkich" — wpycha się bezpardonowo na każdą większą ulicę. To świat, w którym bojówki Gapa rządzą, casualowy wygląd jest super, gdzie wszyscy są karmieni tymi samymi ideami i mają takie same aspiracje (zabawnie, biorąc pod uwagę, że coraz więcej z nich prawdopodobnie będzie chciało być jak Kate). Nowa globalna kultura zwyczajności rozmywa nawet granice wieku. Kate przyznaje: „Mogę ubrać mamę w moje ciuchy i to nie będzie wyglądało niewłaściwie. Mogę pójść na zakupy z Marianne i przymierzyć z nią tę samą sukienkę. Nie wiem dlaczego, ale ludzie noszą po prostu takie same rzeczy. To się stało codziennym oficjalnym strojem. Nikt już się nie stroi, co jest smutne".

No jasne, wiemy, że Kate Moss lubi się wystroić — jakby nie patrzeć za to jej właśnie płacą. Kiedy jednak słucham jej pełnego pasji szczebiotania, to widzę kobietę, której misją jest przywrócenie indywidualizmu do zainteresowań mainstreamu. „Moim zdaniem serio fajnie jest ubrać się na obiad albo na… no wiesz, ubierać się specjalnie na różne okazje". Nadmiernie akcentuje „ubierać się" niczym małe dziecko, wymieniające listę swoich ulubionych rzeczy. „Ubieranie się jest fajne. Bez tego jest nudno. Dzięki temu wszystko jest fajne. Ubrania są fajne, wstawanie jest fajne, a pójście do łóżka jest bardziej interesujące". Ach tak? „Tak. Nie przepadam za spaniem. Zawsze miałam na tym punkcie fobię, bo boję się, że coś mnie ominie. Taka dziecinna sprawa. Nadal z tego nie wyrosłam. Jest coraz lepiej, bo potrafię już powiedzieć 'nie', mogę powiedzieć, że nie wychodzę, ale nawet gdy zostaję w domu, to nie lubię się kłaść spać. Piję herbatę i jem tosty".

Kim zatem jest Kate Moss? Uzgodniliśmy już wszyscy, że przebiła się do pierwszej linii, jako twarz Second Summer of Love. Teraz, osiem lat później wygląda na to, że Kate woli herbatkę i tosty od kokainy i ecstasy. „Nie łażę na brudne rejwy", oświadcza ze śmiechem. „Ale za to chodzę na imprezy, na których można się spocić. Wybrałam się raz na taką w Cobden Club", mówi i wspomina niedawną urodzinową imprezę kumpeli w Notting Hill w miejscówce, w której każdy chce się znaleźć i jest dostępna tylko dla członków. „Było tam tak parno, że wyglądało jak młodzieżowy klub. W którymś momencie zamieniło się trochę w rejw, ale nie przeszkadzało mi to. Było zabawnie". Dla nas to też jest zabawne. Wścibska publika obserwuje, węszy, łapie następnego dnia tabloidy i czyta o „wychudzonej supermodelce, Kate Moss z jej najnowszym ukochanym", czyli zazwyczaj pierwszym typem, jaki akurat się nawinął przy niej na zdjęciu z imprezy. Dobieranie par wśród celebrytów jest jednym z ulubionych zajęć naszej ogłupiałej nacji, a kto się nadaje do tego lepiej niż Panna Moss?, „Nie, nie spotykam się z Danem MacMillanem" (dziedzicem fortuny wydawnictwa MacMillan), zaprzecza Kate, zbijając kolejne sugestie z uśmiechem. „Nie, nie spotykam się z Evanem Dando" (wokalistą The Lemonheads), śmieje się i przyznaje, że tworzy z nim parę, ale tylko jako rodzice chrzestni dla córki modelki Lucie de la Falaise.

Lista lowelasów ciągle się rozwija, zwłaszcza że przycisk przy relacji z napisem „Johnny Depp" jest wyłączony i wygląda na to, że tak zostanie. „Kiedy jesteś singielką, to wszyscy zakładają, że umawiasz się z pierwszym lepszym facetem, z którym cię widzą", zwierza się Kate. „To strasznie irytujące. 'Z kim ona będzie?' Nie możesz się z nikim pokazać! A jeśli naprawdę kogoś polubisz…", odpływa, rozmyślając na temat presji i kryteriów, jakie narzucane są na prywatne życia supergwiazd. Potem powraca i staje się zwykłą dziewczyną, bo przecież naprawdę jest z Croydon: „To jest serio kurewsko wielka presja".

To jasne, że prawdziwa Kate Moss nie jest osobą, która lubi samotność. „Bycie samemu jest tragiczne", dopowiada, używając słowa „tragiczne" w tak wolny sposób, w jaki zwykliśmy go używać w szkolnych czasach, kiedy liczyli się tylko chłopcy i naklejki z piłkarzami, a prawdziwa tragedia taka jak trójka dzieci zamordowana w Drumcree, była jakąś nudną rzeczą do przeczytania w gazetach. „Fajnie jest być z kimś. Na pewno lepiej niż samemu. Bycie singlem jest fajne przez chwilę, a później staje się nudne. Fajnie jest z kimś móc się pośmiać". Ale czy Kate kiedykolwiek mięknie i robi się ckliwa? „No jasne! Kwiaty sprawiają, że się rozczulam. Są wspaniałe. W sensie, po pierwsze muszę być w kimś zabujana, żeby sprawił, że się rozpływam. Jakikolwiek koleś nie sprawi, że się wzruszę przez parę kwiatków. Są też inne rzeczy do których mam słabość… na przykład filiżanka herbaty o poranku".

Okej, czyli jest zawadiacka. Przynajmniej ustaliliśmy jeden fakt. Potrafi też się z siebie śmiać, ale z drugiej strony nie ma wyboru. W końcu musi przechodzić obok billboardów, reklamujących telewizję, której slogan brzmi: „Czy nie byłoby fajnie, gdyby Kate Moss była gruba?" zarządzono, że jej imię jest własnością publiczną, więc takie epitety są legalne). Musi radzić sobie z robotnikami paplającymi tabloidom o pracy, jaką wykonali podczas wartej 400 tysięcy funtów przebudowie jej luksusowego mieszkania. Musi radzić sobie z pryszczatymi uczniakami z konserwatywnego bractwa, używających zdjęcia jej nagiej pupy (wyrwanego z reklamy Obsession) z podpisem: „Bardziej będzie ci się powodziło u konserwatystów". Na końcu musi uporać się z ludźmi, takimi jak ja, próbującymi ją dopaść, wejść do jej głowy, poznać ją, rozpracować, sprawdzić co ją wkurza, o co jej w ogóle chodzi. Tymczasem, Kate wybiera chytrą możliwość ignorowania tego wszystkiego. „Nie mogę z tym niczego zrobić", wzrusza ramionami. „I na serio, to wszystko i tak jest gówno warte".

Przeczytaj też:

Dlaczego Kate Moss wciąż jest ikoną brytyjskiego stylu?

Gwiazda Zoë Kravitz świeci coraz jaśniej

Kate Moss otwiera własną agencję

Kredyty


Tekst: Tobias Peggs
Zdjęcie: Juergen Teller
Wydanie „The Adult Issue", numer 179, wrzesień 1998 roku