Reklama

aaron taylor-johnson opowiada o „zwierzętach nocy”

Tom Ford nakręcił swój drugi film. Rozmawiamy z jednym z aktorów, który wystąpił w najbardziej wyczekiwanej produkcji tego roku.

tekst Colin Crummy
|
22 Listopad 2016, 2:20pm

Tom Ford jest znany ze swojego zamiłowania do detali, choć może nie do tego stopnia, by prosić swoich aktorów o zaniedbywanie się przez trzy miesiące. Jednak właśnie z taką prośbą zwrócił się do Aarona Taylora-Johnsona w trakcie przygotowań do filmu „Zwierzęta Nocy". „Przed rozpoczęciem zdjęć Tom kazał mi zapuścić włosy, brodę i paznokcie. Miałem obrzydliwe, brudne paznokcie", mówi dwudziestosześciolatek z High Wycombe w Anglii. „Tom miał bardzo sprecyzowaną wizję tych paznokci na ekranie".

Ford wiedział czego chce w „Zwierzętach Nocy". To jego drugi film po świetnie przyjętym „Samotnym Mężczyźnie" z 2009 roku — adaptacji powieści Austina Wrighta, wyprodukowanej i wyreżyserowanej przez projektanta. W rezultacie ekranizacja posiada nieskazitelny styl Forda widoczny w każdym ujęciu: od estetyki noir, po (co zaskakujące) krytykę współczesnego materializmu i braku umiaru. Tak naprawdę, „Zwierzęta Nocy" to opowieść ku przestrodze, pokazująca wagę relacji międzyludzkich. Amy Adams wcieliła się w postać Susan, marszandki z Los Angeles, która otrzymuje maszynopis pierwszej powieści swojego byłego męża (w tej roli Jake Gyllenhaal) pod tytułem „Zwierzęta Nocy".

W opowieści szkatułkowej Forda, Susan zaczyna czytać książkę, która opisuje brutalną historię porwania, gwałtu i morderstwa z rąk miejscowego nieudacznika Raya, zagranego przez umorusanego Taylora-Johnsona. Jest to również alegoria sposobu, w jaki Susan traktowała swojego męża - aspirującego pisarza, co możemy obserwować w scenach z jej wspomnieniami.

Na spotkaniu z i-D Taylor-Johnson wygląda bardziej jak wybiegowy model niż morderca, ubrany w garnitur Toma Forda i koszulę charakterystycznie dla projektanta rozpiętą niemal do pępka. Wysportowany i brodaty Aaron oddalił się nieco od swoich poprzedni ekranowych wcieleń superbohaterów w „Kick-Ass" i „Avengers". Ale w końcu dorósł: wraz z żoną, artystką i reżyserką Sam Taylor-Johnson ma dwie córki oraz dwie pasierbice z poprzedniego związku. Aktor opowiada nam o pracy z projektantem-reżyserem, o tym jak ważne są związki międzyludzkie i dlaczego występuje w tylko jednym filmie rocznie. 

Tom opisał twojego bohatera jako nieudacznika, który myśli, że jest gwiazdą rocka lat 70. Stworzył odzwierciedlającą to stylizację. Czy to pomogło we wcieleniu się w rolę?

Pomocna była współpraca Toma, który zadbał o każdy szczegół. Jest na pewien sposób architektem i lalkarzem, który dokładnie wie, czego chce. Ma przemyślaną każdą sekundę filmu. Osobiście zgolił mi brodę. Chciał stworzyć charakterystyczne dla rockendrolowców lat 70. baczki. Sam wyprostował mi włosy.

Czy to podejście jest cechą charakterystyczną Toma jako reżysera?

Jest bardzo pewny siebie. Jego najlepszą cechą jest to, że jest bardzo zdecydowany. Dokładnie wie czego chce. Tego oczekuje się od reżysera.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Już drugi raz współpracujesz z reżyserem, który wcześniej zajmował się inną branżą. Tom jest związany z modą, a twoja żona — Sam Taylor-Johnson — była artystką, zanim nakręciliście razem „John Lennon. Chłopak znikąd". Czy jest coś charakterystycznego przy takiej współpracy?

Oczywiście. Ktoś taki jak Tom Ford, który świetnie zarządza imperium modowym, wie jak współpracować z innymi. Sztuka sprawia mu przyjemność. Jest przywódcą i reżyserem na planie. To wszystko z niego aż kipi. Ma niesamowitą energię.

A Sam?

Sam jest inna, ponieważ była artystką, a artysta jest również pomysłodawcą i maszyną, która to napędza. Piękne w jej pracy jest to, że dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Jest idealistką i optymistką. Jedyna różnica to planie to fakt, że masz ludzi nad sobą, którzy podejmują decyzje i musisz iść z nimi na kompromisy. Tom też to rozumie, bo nie jest częścią większej firmy — on działa we własnej firmie. On nią jest. Na tej samej zasadzie napisał scenariusz i wyprodukował film. To on musi mieć kontrolę. Tak samo jest z Sam, ona kontroluje i tworzy coś równie niezwykłego i pięknego, jak jej sztuka.

Porównując rozstanie z brutalnym morderstwem film ostrzega przed niszczeniem związków. Czego się nauczyłeś?

Podoba mi się, że Tom podszedł do tego osobiście. Myślę, że zainspirował go fakt, że on i Richard [Buckley] są razem od 30 lat, jest bardzo lojalną osobą. Rozumie, że o taką miłość czy przyjaźń trzeba dbać i nie można jej porzucić. Nikt nie chce skończyć rozżalony po serii złych decyzji. Przedstawił to z bardzo osobistego punktu widzenia. Ich historia miłosna budzi we mnie wiele emocji. Oglądanie jej jest bardzo brutalne — widzimy opowieść przeplataną surowym, materialistycznym stylem życia Susan, którego pragnęła, chociaż nie dał jej szczęścia. W dzisiejszej kulturze napędzanej przez media społecznościowe bardzo łatwo się zatracić i zapomnieć, czego naprawdę się chce.

Czy poznajesz ten materialistyczny świat, w którym porusza się Susan?

Tom specjalnie zbudował dwa różne światy. To zabieg stylistyczny, który ma sprawić, że czujesz surowość świata sztuki, pieniędzy i stylu życia. Na pewno są momenty, w których można poczuć, że wiesz o czym mówi. Każdy ma swój poziom materialistycznych potrzeb, niezależnie czy są to samochody, nieruchomości czy moda.

Co jest twoją materialistyczną potrzebą?

Myślę, że przesadnie im nie ulegam. Czuję, że pewnie stąpam po ziemi, jestem szczęśliwy z moją żoną i dziećmi. Nie dbam o to, gdzie będziemy żyć, dopóki będziemy razem. Nie czuje się przywiązany do materialnych rzeczy ani uzależniony od nich.

Co sprawia, że pewnie stąpasz po ziemi?

Nie ma niczego, co bardziej sprowadza na ziemię, niż zostanie rodzicem i posiadanie dzieci. Nie ma niczego, co bardziej uczy pokory i radości. Kocham to najbardziej na świecie. Gram w jednym filmie rocznie i większość czasu spędzam wożąc dzieci do szkoły i na zajęcia oraz gotując. Zwyczajne, codzienne czynności.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Colin Crummy
Zdjęcie dzięki uprzejmości: Universal Pictures