nadzy hipisi z lat 80. okiem jamesa herberta

„W erotyce interesuje mnie pewnego rodzaju delikatność, wręcz smutek”.

tekst Sarah Moroz; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
07 Wrzesień 2017, 10:22am

Właściwie James Herbert nie jest fotografem. Jego zmysłowe zdjęcia są nierozerwalnie powiązane z filmami: w 1989 roku wyświetlił na ścianie kilka filmów krótkometrażowych i analizował je klatka po klatce. Niektóre z ujęć sfotografował i wywołał w formacie 41×51 cm, a potem część z nich opublikował w 1992 roku. Herbert nakręcił około czterdziestu krótkich metraży i cztery niezależne filmy pełnometrażowe, wszystkie angażują aktorów-amatorów i w niezwykły sposób pokazują nagość

Dziś Herbert w swoim jasno oświetlonym studiu na Bushwick (dzielnicy Brooklynu) maluje ogromne płótna wzorowane na zdjęciach nagich par, które znajduje w internecie. Zasiadamy obok nich i zaczynamy rozmowę na ciałai, eksperymentów i młodej kultury.

Niedługo odbędzie się wernisaż wystawy twoich fotografii, a jednak siedzimy wśród obrazów. Jak te dwie dziedziny przeplatają się w twoim życiu?
Całe życie malowałem, ale na drugim miejscu były film i fotografia. Film mną zawładnął. Nakręciłem wiele krótkich form na taśmie 60 mm w Athens w Georgii. Widać w nich południowy klimat i światło, wilgoć. Potem wkręciłem się w podróże do Włoch i kręcenie dłuższych filmów na 35 mm. Przez dziewięć miesięcy malowałem, a przez trzy kręciłem filmy. Potem zrobiło się z tego dziewięć miesięcy filmu i trzy malowania. Jestem dość zorganizowaną osobą i oddzielam te dziedziny.

Jedynym stałym elementem mojej twórczości jest nagość. Nawet w pełnometrażowych filmach, które są wyświetlane na festiwalu Sundance i w Toronto, wszyscy są nadzy. Poza jedną przepiękną dziewczyną w niebieskiej sukience [w filmie „Speedy Boys" z 1999 roku]. Byłem malarzem, który kręcił filmy, potem stałem się malującym filmowcem. A teraz po prostu maluję, od jakichś dziesięciu lat.

Czy gdy kręciłeś filmy, zamierzałeś potem wydobywać z nich pojedyncze klatki?
Nie, nie zamierzałem szukać nieruchomych obrazów, które były zamkniętą całością i miały własne znaczenie. To nadeszło później, spontanicznie. Uwielbiam prace, które są dziełem przypadku. Jestem zdyscyplinowany w kwestii „dobra, zaczynamy, teraz będziemy pracować", ale jeśli chodzi o sam proces gromadzenia zdjęć, działam bardzo intuicyjnie, na wyczucie.
W oryginalnej formie te filmy nie były zbyt interesujące, to tylko podglądanie pięknych, młodych ludzi. Przejrzałem mnóstwo taśm za pomocą projektora na korbkę i analizowałem każde ujęcie. Zastanawiałem się, czy tego chciałem.

Dlaczego postanowiłeś skupić się na kulturze młodych i obrałeś ją za temat?
Gdy miałem 20 lat, trwała era hipisów. Dużo nagości, dużo działań w grupach — dziś wiemy, że nie było to takie mądre, jak nam się wtedy wydawało, ale ludzie wyglądali przepięknie i spędzali wspólnie czas. Łatwo było namówić ich do występu w filmach.

Wcześniej, gdy byłem nastolatkiem, fotografowałem przyjaciół pływających nago. Moje zainteresowanie kulturą młodzieżową zaczęło się, gdy sam do niej należałem. Nigdy już z niej nie wyrosłem, więc można powiedzieć, że to wręcz zahamowanie rozwoju (śmiech). Z drugiej strony podobało mi się całe spektrum — pokazanie niewinności, dorastania, zmian i fizycznego wyglądu pewnej grupy wiekowej. Dlatego zostałem przy tym temacie. Sądzę, że artyści w zasadzie podchodzą do życia jak do martwej natury. Cokolwiek napotkają w środowisku, może stać się obrazem. Czymże jest sam temat, jeśli nie drogą do zdjęcia?

Czy przed początkiem zdjęć masz w głowie konkretny pomysł?
Nie pomysł, lecz klimat. Chcę, żeby sama idea obrazu powstała w trakcie. Ten proces zaczyna się od fundamentu, zwykłego pociągu: „To jest ładne". Pożądanie pojawia się, gdy widzisz coś, co ci się podoba. Może to być brzoskwinia albo człowiek. Gdy artyści udają, że nie interesuje ich piękno, bo mają konceptualną fanaberię, która jest ponad to… Interesuje mnie pewnego rodzaju delikatność, wręcz smutek w erotyce. Nie sądzę, że to wydarza się przed moimi oczami. Pojawia się dopiero przy odkryciu tej stopklatki — wtedy to zauważam. Proces twórczy jest dla mnie bardzo ważny, bo to dla mnie jedyny sposób na odkrycie czegoś. Muszę się wybrać w podróż i to nie wycieczkę objazdową — muszę błądzić z plecakiem.

Czy według ciebie fascynacja kulturą młodzieżową jest ponadczasowa czy tymczasowa? Czy sposób, w jaki wyrażałeś swoją wizję w latach 80. różni się od twojego dzisiejszego podejścia?
Sądzę, że kultura młodzieżowa ukształtowała amerykańską wrażliwość. Na przykład „Teenage Lust" Larry'ego Clarka, pełna nagich, niecenzuralnych zdjęć… Ta książka nie zostałaby dziś wydana, może nawet zostałaby skrytykowana pod kątem kwestii prawnych. To były inne czasy — hipisi, młodzież, rozkwit beztroski i uwolnienie się od zmartwień — w ogólno pojętej kulturze zachodziły zmiany.

Teraz wszystko jest bardziej uporządkowane, sztywne, ubrane, a nagość jest już inna. Szczególnie w świecie sztuki nagość nie jest uważana za coś mądrego. Taki sam stereotyp dotyczy nastolatków: uważa się, że nie są zbyt rozgarnięci. Tkwi w tym jakieś uprzedzenie — przecież oni jeszcze nie mogli się nauczyć pewnych rzeczy. A jednak z drugiej strony bycie przeciwieństwem intelektualisty ma swój urok.

Chodzi o intuicję.
Tak, która w moim przypadku jest powiązana z podejściem i procesem twórczym. Współpracuję z młodymi ludźmi częściowo z ciekawości. „Zdjęcie musi być zdjęciem twórcy. Odbija wzmocnioną, powiększoną naturę twórcy. To właśnie on, nowy, w odświeżonej młodości", tak stwierdził Wallace Stevens, którego kocham. „Odświeżona młodość" — zabawne i nieco ironiczne.

Czy w twoich filmach występują profesjonaliści?
Nie. Nie mogłem współpracować z tancerzami ani aktorami ze zbyt dominującą prezencją sceniczną. Wydawało się to sztuczne, a oni za bardzo się starali. Nigdy nie chciałem reżyserować. Niektórzy po prostu naturalnie potrafią usiąść na krześle i wstać ze wspaniałą gracją.

Wystawę „James Herbert" można podziwiać w nowojorskiej Gitterman Gallery od 7 września do 4 listopada 2017 roku.

Przeczytaj też:

Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim wydaniu i-D.