Zdjęcie: Karolina Zajączkowska

dwa zeta na ukraińskim rejwie

Rozmawiamy z kolektywem Dwa Zeta o wyprawie na Brave Festival do nowej stolicy techno – Kijowa.

|
30 sierpnia 2017, 12:36pm

Zdjęcie: Karolina Zajączkowska

Karolina Zajączkowska i Sławek Zbiok Czajkowskito dwie postaci kryjące się za kolektywem Dwa Zeta. Ostatnio odwiedzili kijowski Brave Festival, ale w wielu wcześniejszych projektach badali kulturę klubową i rejowy klimat imprez techno. Po powrocie z ukraińskiej stolicy wpadli do nas podzielić się zdjęciami i wrażeniami.

Dwa Zeta, dlaczego akurat tak?
Nazwę Dwa Zeta wymyśliła Karolina już wiele lat wcześniej dla swojego alter ego, pod którym projektowała plakaty na imprezy klubowe, za symboliczne dwa złote. Kiedy z jednoosobowego projektu zrobił się tandem, nazwa na tyle nam się podobała, że ją po prostu zostawiliśmy.

Opowiedzcie mi swój mit założycielski.
Dwa Zeta zrodziło się z dość prozaicznej przyczyny – zakochaliśmy się w sobie i nie mogliśmy bez siebie żyć, jak się okazało również artystycznie i zawodowo. Spotkaliśmy się we Wrocławiu, w moim rodzinnym mieście, gdzie Zbiok mieszkał od kilku lat. Choć mieliśmy wspólnych znajomych, nigdy nasze ścieżki się wcześniej nie krzyżowały. Do momentu, gdy Sławek jako kurator nowo powstałej odnogi wystawienniczej BWA Wrocław - Miastoprojekt, będącej przedłużeniem Biennale Sztuki Zewnętrznej Out Of Sth, zaprosił mnie do udziału w wystawie. Oboje warsztatowo zajmowaliśmy się zupełnie różnymi dziedzinami. Ja operuję przeważnie fotografią, a Sławek jest malarzem, grafficiarzem, ilustratorem. Stąd pomysł by pracować w duecie, który może działać w jak najszerszym zakresie się tylko da. Gdzie możemy wszystkie nasze supermoce łączyć, miksować i wykorzystywać. Stworzyliśmy sobie sojusz, w którym wspieramy się wzajemnie i inspirujemy.

Gdzie fotografia i murale się spotykają? Jak stworzyć kolektyw dwóch osób, które na pozór robią odległe od siebie rzeczy?
Murale i fotografia to narzędzia, z których jak się uda, to korzystamy. Najciekawszym założeniem projektu Dwa Zeta jest wzajemne wypychanie się poza przestrzenie, w których jest nam wygodnie. Dla mnie to malarstwo, dla Karoliny fotografia. Wzajemnie poszerzamy pole zainteresowań oraz wykorzystywanych do tego środków. Daje nam to ogromną wolność i frajdę w działaniu. Czasem zrobimy film, czasem zina lub ścianę, kiedy indziej zaprojektujemy ubrania.

Opowiedzcie o tym, co dokładnie robiliście ostatnio na Brave Festival w Kijowie i jak tam trafiliście.
Vova Vorotniov i Yevgen Samborsky są naszymi łącznikami z ukraińską sceną artystyczną i to ich ciepłe słowo sprawiło, że Brave Festival zaprosił nas do programu artystycznego towarzyszącemu występom muzycznym. Jesteśmy dosyć dobrze osadzeni w środowisku artystycznym Kijowa, znamy sporo osób i z podziwem obserwujemy, co dzieje się w stolicy Ukrainy. Brave Festival był to 24-godzinny rave na terenie fabryki budującej kijowskie metro, który przyciągnął publikę z całego świata. W centralnym punkcie terenu festiwalu na 16-metrowej ścianie jednej z hal produkcyjnych stworzyliśmy wielkoformatowy obraz pod tytułem „All Connected (XTC)".

Nie jest to nasza pierwsza realizacja w Kijowie. Jedno z miejsc, które pomalowałem w 2012 roku, potocznie nazywane jest „Podwórkiem Polaka". W zeszłym roku na zaproszenie Yevgenia uczestniczyłem w rezydencji artystycznej w Iwano-Frankowsku, gdzie stworzyłem pracę bedącą metaforą budującej się tożsamości ukraińskiej, przejawiającej się na malowaniu wszystkiego na niebiesko i żółto. Moja praca będąca dość oszczędna w formie (nawiązująca do rysunków Corbusiera) stawała w kontrze do kiczowatych murali. Okazała się wielkim skandalem, a ja zostałem memem w ukraińskim internecie.

Sławek Zbiok Czajkowski, „All Connected (XTC)"

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Kijów to obecnie obok Berlina najbardziej oczywiste miejsce wędrówek wszystkich fanów techno. Jak wy się tam odnaleźliście? Jak wygląda słynne zagłębie rejwu?
Kijów jest miejscem, gdzie różne środowiska trzymają się, blisko współpracują, samoorganizują się. Czuć w ich działaniu determinację, ale też dekadencję. Porównując Warszawę do Kijowa, uderzająca jest skala zaangażowania ludzi i rozmach, z jakim działają. Jeśli organizują rave, to na dwa tysiące ludzi z kosmiczną scenografią. Kiedy się ubierają, to bez zahamowań. A kiedy się bawią, to po bandzie. Kijów to przepiękne różnorodne miasto położone na wzgórzu, z ogromnym blokowiskiem znanym z teledysków na lewym brzegu Dniepru. Możesz tam znaleźć masę pofabrycznych przestrzeni, całe kwartały hal fabrycznych, zakładów przemysłowych, w większości w dobrym stanie.

To jednak nie jest wasz pierwszy projekt związany z kulturą klubową. Współpracowaliście z DOOM3K przy kolekcji poświęconej egalitarnemu charakterowi klubów. Co jest w nich takiego inspirującego dla naszego pokolenia?
Z kulturą klubową jesteśmy związani od lat. Jeszcze do niedawna grałam jako DJ BAN i organizowałam ze znajomymi cykle mikro imprez, jak Loud&Clear czy Hydro Ghetto. Zbiok wywodzi się bardziej ze strony środowiska techno-punk, mieszkał w Londynie, chodził na nielegalne rejwy, gdzie grali znajomi ze squatów i gdzie malował ściany jako scenografie imprez.

Szukaliśmy dla siebie alternatywy dla wrocławskich klubów puszczających hity z radia, chcieliśmy grać i słuchać to, co nam się podoba. Mieć swoje miejsce, zapraszać interesujących DJów i producentów z całej Polski i świata, choć wielokrotnie dokładaliśmy do interesu. Przy okazji tworzyła się wokół tego fajna społeczność, przychodzili artyści, muzycy, zwykli entuzjaści. Atmosfera sprzyjała wolnej wymianie myśli i idei, każdy był mile widziany.

Czym jest dla was rejw?
Rejw to nie tylko muzyka (która spełnia w nim określoną funkcję), ale wolna przestrzeń do eksperymentów i poczucia totalnej wolności. Gdy narasta rozczarowanie młodych otaczającą ich rzeczywistością, daje możliwość zatopienia się na moment w fantazji, w kontrze do tego, co poza nim. Na Ukrainie wybrzmiało to ze zdwojoną siłą po Majdanie, w Polsce też daje się odczuć napięcie, chociaż innego rodzaju. Wtedy pojawia się dążenie do jego rozładowania. Do tego dochodzi naturalna potrzeba spotkania drugiego człowieka offline.

Sam, pisząc przewodniki po imprezach techno, zderzałem się najczęściej z problemem braku zdjęć. Kluby wprowadzają zakazy, ludzie nie chcą być fotografowani w czasie rejwu. Jak wam się udaje robić zdjęcia? Jakie są zasady, których przestrzegacie?
Zdjęcia przy okazji spotkań towarzyskich robiłam jeszcze przed erą smartfonową (od 2007), głównie swoim znajomym, na kliszy, publikując je potem na blogu lub w wydanych niskim nakładem książkach. Były czymś pomiędzy moją własną wypowiedzią artystyczną, a kroniką towarzyską, świadkiem naszej mikro historii. Wydaje mi się, że wraz z rozwojem social mediów i upowszechnieniem aparatów, staliśmy się bardziej wyczuleni na swój wizerunek i prywatność, stąd może wynikać ogólna niechęć do bycia fotografowanym. Między tobą a fotografowanym człowiekiem musi zaistnieć porozumienie, obopólna zgoda. Im większe jest pomiędzy wami zaufanie, tym większa szansa, że zdjęcie powstanie.

Niedługo w Zielonej Górze pokażecie projekt „Nobody Club", który opisujecie: „to klub powstały z myślą o wszystkich, dla których nie ma nadziei. [...] Łączy nas chęć nieustannego regresu i poczucie bezradności w szarej strefie". Jak myślicie, z czego bierze się zagubienie naszego pokolenia w rzeczywistości?
Trudno jest mówić o całym pokoleniu, żeby nie popaść w stereotypizację i banał. Poruszamy tematy, które bezpośrednio w nas uderzają. Jeśli ktoś z naszym odczuciem się utożsami, to dobrze (lub źle dla ogólnego społecznego dobrostanu). Bliska nam jest myśl, że przesyt informacji i akceleracja technologiczna niesie za sobą ogromny koszt społeczny. Z własnej perspektywy trudno nad tym strumieniem zapanować, wszystko jest nagle tak bardzo blisko, że staje się trudnym do rozszyfrowania szumem. Uciekamy w ciche zakątki, które paradoksalnie bywają bardzo głośnie.