„blade runner 2049” i kobiety

Kobiety w tym filmie są wyłącznie prostytutkami, holograficznymi gospodyniami albo twardzielkami, których brutalną śmierć musimy oglądać ze wszystkimi szczegółami.

|
10 Październik 2017, 10:01am

Może Ryan Gosling stał się kiedyś twarzą feministycznych memów z serii „Hey Girl", ale niestety teraz wystąpił w filmie „Blade Runner 1949" — a nie, przepraszam, „2049" — najbardziej przereklamowanym i mizoginistycznym filmie roku. Zebrał prawie same pozytywne recenzje, co mówi więcej na temat braku kobiet w środowisku krytyków filmowych, niż o sukcesie filmu. Streszczę wam jego zalety: wygląda super, bo zdjęcia są piękne, a postać Goslinga – K, ma fajny płaszcz.

Pierwszy „Łowca androidów" też był nieco problematyczny — mowa szczególnie o scenie miłosnej, która w zasadzie jest gwałtem. Coś takiego nie powinno przejść nawet w 1982 roku, a w 2017 tym bardziej musimy wymagać od reżyserów więcej, niż zaoferował nam Denis Villeneuve. Uzbrojony w kolosalny budżet i świetną obsadę Villeneuve stworzył kompletnie beznamiętny, bezsensowny i niezwykle seksistowski film.

W świecie „Blade Runner 2049" kobiety są albo prostytutkami (Mackenzie Davis jako Mariette), albo holograficznymi kurami domowymi jak Joi (Ana de Armas). Joi jest produktem reklamowanym takimi sloganami jak: „Doświadcz radości z Joi", „Wszystko, co chcesz usłyszeć. Wszystko, co chcesz zobaczyć".

Bohaterki mogą być też nieco wredniejszymi i bardziej brutalnymi, silnymi kobietami (Robin Wright jako porucznik Joshi, Sylvia Hoeks jako Luv — prawa ręka Wallace'a, która potrafi skopać tyłek). Niestety, czeka je brutalna śmierć, którą musimy oglądać ze wszystkimi przerażającymi szczegółami. Oczywiście w tym filmie mężczyźni też giną, ale reżyser nie pokazuje nam niepotrzebnie przez dziesiątki sekund, jak wybałuszają oczy w cierpieniu. Mężczyźni giną w szybki, szlachetny sposób, a ich śmierć nie przypomina fantazji fetyszysty.

Żeby nie spoilerować, powiem tylko, że pewna kobieta (Carla Juri jako Doktor Ana Stelline) jest uważana za cenniejszą od innych i zostaje uwięziona w szklanej celi. Jest zinfantylizowana do granic możliwości — żyje we własnym świecie fantazji. Dodam jeszcze, że ostateczna różnica między ludzkimi kobietami, a super-kobietami replikantkami leży w tym, że prawdziwe kobiety mogą rodzić dzieci. Rozumiecie? Jeśli nie rodzicie dzieci to przykro mi, ale nie jesteście prawdziwymi kobietami.

Krista Kosonen i Mackenzie Davis jako prostytutki, „Blade Runner 2049"

Można się upierać, że mizoginia w pierwowzorze Ridleya Scotta była częścią dystopijnego świata, a sequel tylko idzie wytyczoną przez niego ścieżką. Jednak jeśli „2049" próbował pokazać, jak patriarchat rozrasta się wraz z postępem technologicznym, to chyba coś nie wyszło. Zamiast w ogóle zasugerować, że posiadanie przez K holograficznej dziewczyny i pani domu ze snów jest nieco dziwne, film uczłowiecza jej rolę do tego stopnia, że mamy wręcz wierzyć w szczerość ich związku — a przecież składa się na niego tylko łechtanie ego, wymuszanie uczuć i niewolnictwo. To jedyny prawdziwy związek w całym filmie, który sugeruje, że dzięki wrażliwości, uległości i zajmowaniu się domem, Joi jest bardziej ludzka, niż ludzkie kobiety, które stały się twardymi, „męskimi" wojowniczkami albo cynicznymi, brudnymi dziwkami.

Ogromne i zupełnie zagadkowe kamienne posągi szczupłych, nagich kobiet z dużym biustem, rozsiane po pustyni w jednej ze scen są w zasadzie idealną metaforą całego filmu: bez wątpienia wielki, ale tak naprawdę zakurzony i przeterminowany relikt.

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.