fot. Monika Kmita dla Sirène

poznajcie monikę powalisz, matkę „belfra”

Scenarzystka „Belfra” opowiada o kulisach pracy nad serialem i nowej kampanii okularów Sirène.

|
paź 28 2017, 9:59pm

fot. Monika Kmita dla Sirène

Z teatrem Monika Powalisz rozstała się ostatecznie w 2008 roku, żeby zająć się tworzeniem scenariuszy. Jej marzenie o wejściu do świata filmu i telewizji okazało się idealnym wyborem, a scenariusz napisany wspólnie z Jakubem Żulczykiem dał początek jednemu z największych sukcesów polskiej telewizji ostatnich lat – „Belfrowi". Postanowiliśmy się spotkać z Moniką i dowiedzieć, co zmienia się w życiu kogoś, kto z twórcy kultury staje się twórcą popkultury w jej najbardziej zasięgowym wydaniu, czyli telewizji. Czy udział w kampanii okularów Sirène uważa z kolei za pierwszy krok w stronę światła reflektorów? Czy chce zostać rozpoznawalną „twarzą"?

Masz wrażenie, że zaczynasz być rozpoznawalna? Stajesz się „twarzą", „marką"?
Mogę stać się „twarzą", ale nie chciałabym stać się osobą publiczną, która jest wzywana do odpowiedzi na każdy temat, bo strasznie nie lubię tego robić. Nie oznacza to, że nie mam poglądów politycznych czy światopoglądu, ale uważam, że istnieje pewna sfera prywatności, którą chcę zachować dla siebie.

Nie chcę wypowiadać się na każdy ważny czy bieżący temat, bo czuję, że w obliczu upadku autorytetów współcześni eksperci, a raczej dyżurni „wypowiadacze", niewiele mają do powiedzenia. Praca z obróbką miału jakoś nie bardzo mnie pociąga. Posiadam wiedzę, ale w wąskich zakresach i w nich mogę się wypowiadać – uważam, że to lepsze podejście, niż wymądrzanie się na każdy temat. Na moim wallu na Facebooku nie znajdziesz poglądów czy politycznych komentarzy – są zdarzenia, anegdoty, krótkie opisy, czasami dialogi – głównie dla tych, którzy mnie znają osobiście.

Ostatnio pojawiłaś się w kampanii okularów Sirène, jak to się stało?
Założyciele Sirène, Joanna i Kamil, to moi wieloletni przyjaciele. Było to bardzo miłe doświadczenie, bo wynikło zupełnie spontanicznie – zrobiłam sobie selfie w okularach Black Venus, które zdobyło dużo lajków na Instagramie podczas imprezy inaugurującej wejście tej marki na rynek.

Na zdjęciach dla Sirène wydajesz się niesamowicie naturalna, jesteś po prostu sobą.
Tak właśnie było. Mogłam być sobą w tej kampanii i pokazać, że to z czym wiele kobiet ma kłopot w naszym kraju, czyli wiek, nie musi być problemem. Kobietom po 40-tce włącza się czerwone światełko z tyłu głowy, że trzeba poprawić to i tamto. Moim zdaniem nie trzeba. Wiele kobiet wpada w pułapkę wieku. A z pułapek trudno się wyzwolić, podobnie jak z konwenansów, schematów i przekonania, że „inni" na pewno widzą i wiedzą lepiej.

No właśnie, kampania Sirène pokazuje najlepiej, że wystarczy mocna osobowość, wtedy makijaż może być prosty, bo najważniejszy nadal jest człowiek.
Na zdjęciach dla Sirène nie mam prawie żadnego makijażu, nie ukrywam tego, jak wyglądam i nie stylizuję się na kogoś, kim nie jestem. To było bardzo przyjemne doświadczenie, bo mogłam użyczyć swojej twarzy na własnych warunkach, a na dodatek zrobiłam to dla przyjaciół, których cenię i lubię.

Rozpoznawalność wiąże się też z określonymi oczekiwaniami, różnymi w stosunku do mężczyzn i kobiet.
Przez całe życie pracuję z mężczyznami i konfrontuję się z nimi, chociaż nie uważam, że zawód scenarzystki jest zawodem typowo męskim. Praca w damsko-męskich zespołach jest bardzo kreatywna, ale w związku z tym, że pracuję wyłącznie z facetami, mam czasem poczucie, że bywam zbyt „męska". Może efektem tego jest fakt, że nie lubię kreowania swojego „kobiecego" wizerunku. Cenię styl „no make-up", nie noszę szpilek, nie eksponuje swojego wydatnego biustu, chociaż wszystko to potrafię (śmiech). Uważam, że moja kobiecość nie powinna być postrzegana przez pryzmat rozmiaru stanika, ale moją inteligencję. Lubię, kiedy mężczyźni patrzą mi prosto w oczy.

A czy masz czasem dość Pawła Zawadzkiego?
Pawła? Nie, nie mam. Zakończenie pierwszego sezonu, który wymyśliliśmy wraz z Kubą Żulczykiem, zakładało pracę nad bohaterem w sezonie drugim. Zawadzkiego kształtują i warunkują przede wszystkim okoliczności. W drugim sezonie zostaje rzucony w zupełnie nowe środowisko, do wrocławskiego liceum społecznego, w którym dzieciaki są inne, niż te w Dobrowicach. Dlatego bohater w drugim sezonie staje się trochę innym Pawłem Zawadzkim. Dzięki temu pisanie kolejnego sezonu było jak pisanie zupełnie nowego scenariusza, choć bohater wciąż jest niby ten sam.

Stworzenie go zajęło wam podobno aż rok.
Podobno panuje branżowy pogląd, że to najdłużej powstający scenariusz polskiego serialu (śmiech) – chodzi oczywiście o sezon pierwszy. Zaczęliśmy pracę w roku 2011. Początkowo, przez pierwszy rok właśnie, pracowaliśmy z Kubą bez żadnego producenta i pomocy - przy kuchennym stole, nie mając pojęcia o tym, co będzie dalej. Tak działa ryzyko zawodowe (śmiech).

Mówiłaś, że zaczęliście pracę, bo bardzo chcieliście w końcu zobaczyć dobry polski serial.
Trzeba pamiętać, że wtedy jeszcze nie było „Watachy" czy „Paktu". Pierwszy sezon „Belfra" naprawdę powstał dawno temu – minęło już 5 lat. To oznacza, że ten scenariusz jest starszy niż moje pierworodne dziecko. Zaczęliśmy pisać na głodzie - oglądaliśmy dużo zagranicznych seriali i mieliśmy poczucie, że chcielibyśmy w końcu zobaczyć historię, która rozgrywa się tu i teraz. Nie chcieliśmy udawać, że jesteśmy w Ameryce, czy Skandynawii. Zależało nam na polskiej perspektywie.

Na napisanie drugiego sezonu nie mieliście tyle czasu.
Moim zdaniem drugi sezon powstał w dobrym, profesjonalnym tempie. Usiedliśmy do niego w styczniu zeszłego roku, mieliśmy trzy miesiące na wymyślenie story, a potem zaczęliśmy pracę nad poszczególnymi odcinkami, ale też z założeniem, że mamy dodatkowych dwóch scenarzystów, a odcinków jest osiem. Tempo i sposób pracy były więc diametralnie inne. Do zespołu dołączył Bartek Ignaciuk, który przy pierwszym sezonie robił scriptdoctoring [konsultował scenariusz i wnosił poprawki - przyp. red.] oraz Wojtek Bockenheim – producent kreatywny.

Dlaczego akurat zdecydowaliście się stworzyć serial, a nie zaczęliście od scenariusza filmowego?
Wzięło się to z naszego przekonania, że w Polsce wciąż pokutuje kino autorskie, w którym reżyser jest odpowiedzialny za pisanie scenariusza. Rezultaty są różne - czasem lepsze, czasem gorsze. Ten schemat zaczął się już jednak wyczerpywać i reżyserzy młodego pokolenia sami dostrzegają, że scenarzyści są jednak do czegoś potrzebni. Nadal jednak rzadko teamy stricte scenariuszowe piszą fabuły. Najczęściej to pary: reżyser plus scenarzysta.

Z kolei w przypadku serialu naturalne jest, że pisze się go w zespole - czasem w dwu, a czasem kilkuosobowym, w zależności od ilości i długości odcinków. Praca nad serialem jest pracą zespołową, bo inaczej po prostu tak duża produkcja nie może powstać. Praca nad fabułą może dla odmiany być zadaniem dla jednej osoby, choć to niebywale trudne zadanie...

Nie masz ochoty napisać scenariusza do innego serialu?
Właśnie to robię! Pracuję teraz w dwóch różnych teamach, rozwijając pomysły na dwa kolejne seriale, ale na razie nie mogę o tym mówić.

A dlaczego Strzępka i Demirski, a nie Powalisz i Żulczyk stworzyli „Artystów"? Do tej pory działałaś głównie w teatrze, temat wydaje się dla ciebie naturalny, a jednak zdecydowaliście się na serial kryminalny.
Strzępka i Demirski wszystko robią razem - są małżeństwem i mają dziecko, a my z Kubą nie (śmiech). Rozstałam się z teatrem definitywnie w 2008 roku i nie wierzę w powroty. Od początku chcieliśmy, żeby „Belfer" nie był serialem hermetycznym, środowiskowym. W naszym idealistycznym założeniu myśleliśmy o tym, żeby odnieść sukces komercyjny. Ten scenariusz jest sumą naszych doświadczeń, tego, co nas pociąga w popkulturze. Wybraliśmy konwencję kryminalną, bo wydawała nam się najbardziej nośna. Kiedy zaczęliśmy zastanawiać się, jakiego serialu w ogóle dawno w Polsce nie było, to właśnie takiego. Mieliśmy telenowele czy seriale obyczajowe, które przenosi się na nasz grunt z zagranicznych formatów, ale brakowało porządnego serialu kryminalnego osadzonego w polskich realiach.

Nie skorzystaliście z rozwiązań, które sprawdziły się zagranicą, stworzyliście coś swojego.
Tak, sukces „Belfra" moim zdaniem polega na tym, że trafiliśmy w moment, kiedy polscy widzowie ruszyli do kin, żeby oglądać polskie filmy, a oglądanie polskich serialów przestało być obciachem. Nie da się ukryć, że 10 lat temu nasza praca w ogóle nie miałaby takiego znaczenia. Widocznie nastąpiła wreszcie koniunkcja odpowiednich planet (śmiech). Nie spodziewaliśmy się takiego sukcesu. Kiedy koleżanki do mnie pisały: „dlaczego Adrian już nie żyje, jak mogłaś go zabić?!", byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że stworzymy silne postaci, które zaczną żyć własnym życiem i staną się memami pojawiającymi się w internecie. Myślę, że siła „Belfra" wynika z potrzeby rodzimego widza, którzy jest już bardzo dobrze wytrenowany na zagranicznych produkcjach, ale teraz chce trenować w polskich warunkach.

Pewnie nie jesteś więc zachwycona, kiedy po raz kolejny słyszysz, że stworzyłaś polskie „Twin Peaks"… Szanuję swojego widza - zakładam, że jest mądry, inteligenty, nie trzeba mu tłumaczyć rzeczywistości. Rolą dobrego scenarzysty jest tak tę rzeczywistość przedstawić, jak widz by jej sobie sam nigdy nie wyobraził. Etykiety są jedynie protezami. Krytycy starający się opisać film czy serial, muszą się do czegoś odwołać i czasem odwołują się do czegoś zupełnie nietrafionego, na zasadzie wolnych skojarzeń, prywatnych odniesień, przeniesienia emocji i łatwych porównań.

Ale z tego wszystkiego postanowiłam ostatnio wrócić do starego „Twin Peaks", które mam jeszcze na kasetach VHS. Według mnie ten serial zupełnie się nie zestarzał, może jedynie jeśli chodzi o efekty specjalne, które teraz mogą nas śmieszyć. Sama struktura opowieści nadal jest bardzo nowoczesna. Po tylu latach to się broni. Wpływ „Twin Peaks" na popkulturę jest tak wielki, że każdy serial zaczynający się od śmierci nastolatki od razu budzi skojarzenia z Lynchem. Od takiego toru myślenia faktycznie trudno uciec, ale my w ogóle o tym nie myśleliśmy podczas pracy.

A gdybyś miała stworzyć „polską odpowiedź" na zagraniczny serial, to byłoby to… W tym roku moją wyobraźnią zawładnął serial „I Love Dick", który przeszedł w Polsce zupełnie bez echa. Moim zdaniem wszystkie kobiety powinny się na niego rzucić. Ja polecam go obu płciom, bo jest pionierski pod względem narracji, prowadzenia postaci, samego formatu. No i tematu – emancypacji emocjonalnej głównej bohaterki, która zakochuje się w artyście, wyzwalając się spod władzy innego artysty. To taka przypowieść o tym, jak mężczyźni blokują siły kreatywne kobiet – czasami świadomie, czasami nieświadomie. Jak bardzo nie potrafią wspierać i jak bardzo potrafią zazdrościć własnym partnerkom.

Może dlatego najbardziej chciałabym napisać scenariusz właśnie o kobietach i seksie w naszym kraju – pokazać to, co się teraz dzieje pomiędzy mężczyznami a kobietami: temat rzeka i biała plama w jednym. Mam wrażenie, że to jest główny brak w naszej popkulturze. Kontekst przemian obyczajowych – tego, co dzieje się obecnie w naszym kraju, ciągle jest pomijany. Myślę, że to byłby strzał w dziesiątkę.

Udało wam się pokazać zupełnie inaczej też inną grupę, z którą do tej pory scenarzyści polskich filmów i seriali mieli problem – nastolatków.
Wiesz co, wydaje mi się, że to jest kwestia „ucha" – pozostawania blisko języka mówionego, slangu, znajomości określonej grupy ludzi. Kiedy pisaliśmy kolejne wersje poszczególnym odcinków, oddawaliśmy je do konsultacji. Trzeba się pilnować, żeby nie używać słów, które wyszły z obiegu, jak na przykład „czerstwe" (śmiech).

Kuba ma dobre ucho przez swoją miłość do muzyki hip-hopowej, rapu i soczystej prozy. Ja z kolei jestem nieustannie trawiona obsesją językową (uśmiech) i zamiłowaniem do związków frazeologicznych. Drugi sezon „Belfra" jest na pewno bardziej neutralny językowo, chociaż pojawiają się w nim przekleństwa. Młodzież z inteligenckich domów również przeklina, ale używa równocześnie zupełnie innego, bardziej specjalistycznego słownictwa. W tym sezonie nie udajemy, że nastolatkowie są głupi i nie znają wyrazów obcych.

Jeśli podobają się wam okulary Moniki, zobaczcie ten i inne wzory w sklepie Sirène. Więcej szczegółów znajdziecie tutaj.