goldenboy: jestem instagramowym tatuatorem

Razem z Zalando słuchamy fascynującej opowieści o dziarach w Polsce i na Ukrainie, tatuatorskiej drodze i poszukiwaniach własnego stylu. Swoją historię zdradza nam Kirill aka Goldenboy.

|
gru 4 2017, 4:49pm

„To się zaczęło po wybuchu wojny. Był kryzys. Ludzie nie mieli pieniędzy, a fajnie było wyglądać lepiej od innych, nie mając na sobie Gucci – tak pojawiła się moda na tatuaże”, mówi Kirill.
Na Ukrainie, gdzie do tej pory dziary kojarzyły się z wojskiem albo więzieniem — surowe, mocne grafiki przedstawiające drut kolczasty albo hasła pisane cyrylicą stały się wyznacznikiem alternatywnego looku. „Taką stylówkę na początku tworzyło może 10 ziomków, którzy tatuowali się nawzajem. Wokół nich powstał prawdziwy hype”. Najpierw w Kijowie, chwilę później w całym kraju, aż wreszcie z modą na post soviet, death core, ekstremalne raveʼy, ukraińskie dziary przebiły się na Zachód, tworząc nowy progresywny nurt w tatuażu.

Kirill ma na sobie ubrania Zalando, fot. Dawid Grzelak

„Kijów to dziś miasto, które dyktuje trendy, tam jest prawdziwy underground. I nie mówię tu o 'tajnych miejscówkach', jak w Warszawie, gdzie spotkasz modelki i celebrytów”, uśmiecha się. „Tam w nielegalnych klubach bawią się normalne dzieciaki. Kocham Kijów, to specyficzne miasto, żeby otworzy w nim fajne miejsce nie trzeba szukać, bo tam po prostu jest klimatycznie. Jeden z takich klubów znajdował się na terenie szpitala w nieczynnym budynku, do którego przechodziło się przez główną bramę. To miejsce jakby nie działało, a działało. I skończyło się równie gwałtownie, jak powstało — był nalot, faceci w maskach, którzy zabierali telefony i bili ludzi”.Kiedy zastanawiamy się, jak to się stało, że młode pokolenie Ukraińców zaczęło żyć kulturą alternatywną we wszystkich możliwych przejawach, dochodzimy do zaskakujących wniosków — z powodu wojny. Ekstremalne doświadczenia, brak perspektyw na stałą pracę i stabilizację, potrzeba odreagowania sprawiły, że duża część młodego pokolenia szuka realizacji w sztuce. „To są DJe, tatuatorzy, graficy, fotografowie, skejci... tam każdy coś robi”, puentuje Kirill.

Tylko że wszystko, co autentyczne, szybko się kończy — Kijów stał się główną destynacją technoturystów z Zachodu, a razem z nimi pojawiają się pieniądze, które diametralnie zmieniają atmosferę i zasady. „Właściwie dawnej Cxemy już nie ma (cykl słynnych ukraińskich rave'ów — przyp. red.). To była impreza dla lokalsów, a teraz zmieniła się w biznes”. Przez to, jak przyznaje Kirill, stracili wiarygodność. „Odeszło wiele osób, które od początku współpracowały, zmieniła się publiczność. Prawdziwe techno musi być demokratyczne — dla ludzi”, dodaje.

Wszystko to, co w Kijowie było na początku oszałamiającą przygodą, z czasem okazało się destrukcyjne. „Moja mama chciała, żebym zmienił środowisko, powiedziała, że zapłaci mi za studia i tak przyjechałem do Polski”. Paradoksalnie dopiero tu Kirill złapał dystans i zaczął poważnie myśleć o tatuażu.

„Mój początek był bardzo dziwny, zawsze jarałem się dziarami, nawet nie chodziło o to, że chciałem je mieć, ale interesowałem się nimi. Śledziłem artystów w sieci. W dodatku od dziecka rysowałem, ale nigdy nie łączyłem tych rzeczy. Wydawało mi się, że tatuowanie jest bardzo skomplikowane”.

Wszystko zmieniło przypadkowe spotkanie w Warszawie. „Siedziałem kiedyś w barze i zobaczyłem chłopaków. Mieli dziary w widocznych miejscach, np. logo Wu-Tang Clanu na głowie — byłem zajarany — to był wtedy naprawdę rzadki widok. Nie wiem, jak to się stało, bo zazwyczaj jestem nieśmiały, ale podszedłem i zacząłem rozmawiać z chłopakami. Tak poznałem Jana Stankiewicza”. Tego samego wieczoru Kirill został zaproszony do studia, żeby zobaczyć tatuowanie z bliska. „Jest tyle dzieciaków zajaranych dziarami a nikt nie daje im szansy. Takie rzeczy się raczej nie dzieją, miałem farta!”, śmieje się.



Zanim został Goldenboyem miał kilka tatuaży zrobionych przez kolegów. Jego pierwsza dziara — butelka Coli – do dziś pozostała niedokończona. „Jest dość creepy, w sumie się nie wstydzę, ale jak kolega chciał skończyć, to powiedziałem, że lepiej nie”. Chodziło o styl i ... bezpieczeństwo. „Nie można tatuować na kanapie, w złych warunkach. Niby punk rock, ale to nie jest fajne, możesz zarazić milionem chorób, np. żółtaczką — a tego się nie wyleczy ”.

Do tej pory ma ponad 70 dziar. Niektóre są znaczące, np. inspirowane kulturą więzienną symbole: gwiazda na kolanie — znak, że nie będzie przed nikim klękał i napis cyrylicą „rab”, który znaczy tyle, co sługa, ale dla Kirilla jest żartem: „Czytasz od tyłu i masz bar, proste”. W innych chodzi o konwencję.



Na początku w swoich pracach kładłem nacisk na hip-hop, trap life: samochody, automaty, pistolety, pieniądze, narkotyki... to było coś nowego, moja charakterystyczna stylówa”. Z tego okresu pochodzą dolary, które znajomy wytatuował mu pod oczami. „To była 15-minutowa decyzja. Do miasta przyjechał mój kolega, mamy taki zwyczaj, że jak się spotykamy to tatuujemy się nawzajem. Jechałem do niego tramwajem i zastanawiałem się, co to może być... pomyślałem, że może coś na głowie, ale pod włosami. Zadzwoniłem i opowiedziałem, to miał być żart, ale on zareagował od razu — fajny! Kiedy przyjechałem do studia miał rozłożony sprzęt. No i wyszedłem z dolarami”. Kiedy pytam, czy lubi swój groźny look, Kirill odpowiada bardzo szybko: „Nie planuję zarysować się do końca, trzeba zostawić trochę przestrzeni, nie chcę wyglądać zbyt agresywnie, już teraz ludzie reagują na mnie różnie. Tzn. w Polsce, bo na Ukrainie czuję się bardziej swobodnie”.

„W porównaniu ze Wschodem, Polska jest bardziej konserwatywna. Tu działa wielu super tatuatorów, którzy mają swoją estetykę, dobrze się w niej czują i rzadko z niej wychodzą”.
Kirill eksperymentuje, jakiś czas temu poczuł, że wyrósł z trapu — estetyki, która była jego znakiem rozpoznawczym. „To nie było już prawdziwe, patrzyłem na moje tatuaże i widziałem tylko prostą ilustrację. Poczułem że jestem już gdzie indziej”.

Szukając swojej formy wyrazu, wrócił na Ukrainę. „Przez trzy miesiące byłem w Kijowie, żeby uczyć się od najbardziej progresywnych”. Kirill pokazuje instagramowy profil @yar.put — kolorowe dziarki przypominają kalkomanie albo naklejki. „Tu chodzi o to, żeby złamać granice tradycyjnego wschodniego tatuażu, np. więziennego”. Zamiast czarnych róż — egzotyczne owoce. Zamiast czarnej linii — seledynowy gradient. To tumblerowa kraina łagodności, odtrutka na świat przemocy.„Uważam, że tatuaż jest pewnego rodzaju narzędziem, daje mi możliwość nie tylko narysować fajny obrazek na ciele, ale też powiedzieć o czymś, nauczyć swoich followersów czegoś albo o coś ich zapytać. Dać im trochę miłości i dobra przez ekran iPhona”.„Przez ekran?", dopytuję. „Jestem instagramowym tatuatorem, to znaczy, że moim płótnem jest feed na Instagramie bardziej niż ciało człowieka. I wcale się tego nie wstydzę”.

Sprawdź też: