sam mcknight wspomina 40 lat swojej wyczesanej kariery

Brytyjski stylista fryzur Sam McKnight przez ostatnie 40 lat czesał, zaplatał, kręcił i tapirował najsłynniejsze włosy współczesnego świata. Opowiedział nam, jak od wybiegów, przez magazyny, po kampanie reklamowe i wiele więcej układał swoją karierę...

tekst Steve Salter
|
12 Grudzień 2014, 11:45am

Geniuszem, który kryje się za gładką fryzurą księżnej Diany, utlenioną i ostrzyżoną na chłopaka czupryną Agyness Deyn i loczkami z okładki albumu Bedtime Stories Madonny, jest Sam McKnight. Stylista fryzur, który niejedną modelkę uczynił supermodelką, a fryzury „na czerwony dywan" praktycznie wynalazł na nowo. Odkąd został zawodowym fryzjerem, a zanim zaczął czesać najsłynniejsze włosy tego świata, jego kariera przez lata nabierała kształtów wraz ze współczesnym show-biznesem i światem mody. Szykowne, seksowne i przykuwające uwagę fryzury przygotowywał już dla wszystkich marek, od Chanel po Vivienne Westwood, i uczynił je swoją specjalnością. Sam posiada wyjątkowy talent (olbrzymie portfolio to potwierdzi), ale jeszcze bardziej niebanalną osobowość. Uczesał już prawie wszystkich, teraz zaprasza nas do wiecznie kwitnącego ogrodu swojej pasji i na przechadzkę po swoim Instagramie.

Jak znalazłeś się w branży fryzjerskiej?
Zupełnie przez przypadek. Mój przyjaciel prowadził salon fryzjerski w Szkocji, czasami mu pomagałem. Później, gdy pojechałem na wakacje do Londynu, postanowiłem tam zamieszkać i zacząłem pracować w innych salonach.

Co przyciągnęło cię do Londynu?
To, jak wiele tu się działo. Londyn lat 70. był dzikim, bardzo ekscytującym miastem. Kręcił mnie David Bowie, ale w domu w Szkocji nie miałem szansy spotkać nic i nikogo podobnego. W tych czasach cała Wielka Brytania tkwiła w zapaści, brakowało prądu, wszędzie było ciemno. Londyn jednak wciąż funkcjonował na wysokich obrotach.

Włosy pozwalały ci uciec od szarej codzienności?
W pewnym sensie tak, ale dla mnie - młodego Brytyjczyka - ubrania, włosy i muzyka zawsze były ważne. Fryzura w niektórych kręgach stanowiła wręcz sprawę kluczową.

Twoje najwcześniejsze wspomnienie związane z włosami?
Jako nastolatek miałem niesamowicie długie włosy i - jak większość brytyjskich nastolatków - byłem z nich dumny i dużo z nimi eksperymentowałem. Jako naród robimy z włosami dużo więcej, niż może się wydawać - wszystko zaczyna się w bardzo młodym wieku. 

Co było pierwszym przełomem w twojej karierze?
Pracowałem w małym salonie fryzjerskim w sklepie Miss Selfridge na rogu Beak Street i Regent Street. Później przeniosłem się do Elizabeth Arden na Bond Street, a pod koniec lat 70. do Molton Brown.

Jak na początku kariery pracowało ci się dla takiej legendy jak Molton Brown?
Tam się działo! Było niesamowicie! Mieliśmy do dyspozycji cały budynek - pięć pięter, z organiczną restauracją na samej górze. Panowało tam też dużo bardziej naturalne, lżejsze podejście do włosów niż w innych salonach - bez tapirowania i ostrej geometrii.

Musieliście przyciągać tłumy młodych londyńczyków.
Dokładnie tak. Byliśmy ulubionym salonem redaktorek „Vogue'a", którego biuro mieściło się za rogiem. Nasi fryzjerzy pracowali na sesjach, ja też tam szybko trafiłem, bo zawsze byłem chętny do asystowania.

Kiedy postanowiłeś rozpocząć pracę na własny rachunek?
Kilka razy na sesje byłem wysyłany sam, aż zdałem sobie sprawę, że wolę pracować przy zdjęciach niż w salonie fryzjerskim. Pierwszą sesję zdjęciową zrobiłem w 1977 roku, od 1980 pracowałem już tylko w ten sposób.

Włosy Gisele Bündchen są niesamowite. Wielką przyjemnością jest praca z Lindą Evangelistą. Z Kate Moss też. Uwielbiam ją przemieniać, jest jak kameleon.

Co pociągało cię w fotografii?
To było po prostu dużo bardziej ekscytujące. Zamiast pracować jak na taśmie fabrycznej - strzyc 10 klientek dziennie - wszystko kręciło się wokół tworzenia, współpracy i zespołu. To zupełnie inne doświadczenie. Uwielbiałem wypuszczać modelkę na plan i nadawać jej fryzurze ostateczny kształt już przed obiektywem.

Gdy oglądasz swoje portfolio, współpracę z kim najlepiej wspominasz?
Na początku lat 80. miałem wielkie szczęście pracować z Irvingiem Pennem i Dennisem Peelem dla amerykańskiego „Vogue'a", od którego przyjmowaliśmy naprawdę poważne wyzwania. Pracowałem też dużo z Patrickiem Demarchelierem, Stevenem Meiselem, Billem Kingiem i Richardem Avedonem na początku jego kariery.

Dorastałeś jako część niesamowitego pokolenia fotografów, stylistów i makijażystów…
Tak, to naprawdę świetne. Na pewno miałem dużo szczęścia, znalazłem się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, co było dużą częścią mojego sukcesu. Podejmowałem też każde wyzwanie, wykorzystywałem każdą otrzymaną szansę. Byłem tam - gotowy i chętny do pracy - naprawdę zaangażowany. Żyłem tym światem. Pracowaliśmy ciężko i porządnie imprezowaliśmy, jedno i drugie sprawiało nam mnóstwo przyjemności.

Nadal na bieżąco śledzisz trendy, ciężko pracujesz i mocno się bawisz, czy jesteś już zupełnie innym Samem McKnightem?
Zupełnie innym. Cała branża jest teraz dużo poważniejsza - ja też spoważniałem z wiekiem. Najlepiej bawię się już nie na imprezach, a w swoim ogrodzie!

Jak ważna w twojej twórczości jest praca zespołowa?
Cały proces twórczy to współpraca fotografów, fryzjerów, makijażystów i stylistów, którzy się z sobą spierają. Kto ma najsilniejszą wizję - wygrywa. Każdy ma szansę.

Jak życie i praca w Nowym Jorku różnią się od tego w Londynie?
Wyjechałem do Nowego Jorku w 1982 roku i wydawał mi się wspaniale ponury, surowy i mroczny. Ludzie wciąż nosili tam buty na koturnach, a taksówkarze - dzwony. Nie widziałem tego od lat. Trochę pogubiłem się w czasie, ale był to odpowiedni dla mnie moment, bo wszystko zaczynało tworzyć się od nowa. Byłem tam podczas wielkich zmian. Miasto zaczęło się otwierać, kluby i imprezy były naprawdę genialne, jednak wciąż mroczne i niebezpieczne. Czas leciał mi w Nowym Jorku bardzo szybko. Choć spędziłem tam aż 18 lat…

18 lat - wow! Co sprawiło, że jednak wróciłeś do Wielkiej Brytanii?
Dużo podróżowałem. Dzięki Patrickowi Demarchelierowi poznałem księżnę Dianę i przez siedem lat na zmianę zajmowałem się jej włosami oraz fotografowałem na sesjach - miałem wielką frajdę, oglądając całe zjawisko supermodelek. Pod koniec lat 90. zacząłem pracować z Nickiem Knightem i spędzałem coraz więcej czasu w Londynie, aż zakochałem się w tym mieście na nowo. Dzięki takim klubom jak Taboo londyńska scena nocna znów zaczęła tętnić życiem.

Powiedziałeś kiedyś, że w twojej branży nikt się nie starzeje. 40 lat - ta długowieczność cię zaskoczyła?
Uwielbiam wyzwania i mam nadzieję, że dalej będę mógł tworzyć fajne rzeczy. Możliwość pracy z Karlem Lagerfeldem dla Chanel była niesamowitym wyzwaniem i wielką przyjemnością, bo sam Karl jest wielką inspiracją. Wszystko w moim życiu kręci się wokół nowych zadań i członków mojego świetnego zespołu, z którymi nawzajem ciągniemy się do góry. Nie każdemu to się udaje - mam wielkie szczęście, że pracowałem z tymi wszystkimi ludźmi, przez całą karierę otaczali mnie naprawdę inspirujący twórcy.

Od Kate Moss i Naomi Campbell po Liz Hurley i księżnę Dianę - pracowałeś z wieloma niezwykłymi ludźmi. Kto z nich ma najbardziej niesamowite włosy?
Ciężko wskazać jedną osobę! Włosy Gisele Bündchen są naprawdę niesamowite. Wielką przyjemnością zawsze jest praca z Lindą Evangelistą. Z Kate Moss też. Uwielbiam ją przemieniać, jest jak kameleon.

Dla mnie - młodego Brytyjczyka - ubrania, włosy i muzyka zawsze były ważne. Fryzura w niektórych kręgach stanowiła wręcz sprawę kluczową.

Do czyich włosów chciałbyś się kiedyś dobrać?
Muszę powiedzieć, że do królowej, ale to chyba nigdy się nie zdarzy!

Zawsze warto marzyć! Twój Instagram jest jednym z naszych ulubionych.
To świetna zabawa. Porównuję go do starych polaroidów, które robiliśmy na sesjach w latach 80. Dzisiaj proces za kulisami często jest równie ciekawy dla odbiorców jak efekt końcowy, ale to przecież zabawa - miło cieszyć czymś innych ludzi.

Przewijając twój profil, można znaleźć wiele niesamowitych ujęć. Które zdjęcie z pokazów na wiosnę/lato 15 jest twoim ulubionym?
Bardzo miło było spotkać Gisele na pokazie Chanel. Zrobiłem jej i Carze świetne zdjęcie - bardzo zabawne!

Jako dodatek do piękności z backstage'u na Instagramie pokazujesz też swoje inne pasje. Największą przyjemność sprawia ci teraz ogrodnictwo?
Uwielbiam pielęgnować rośliny i to, w jakim cyklu żyje mój ogród. Stało się to moją wielką pasją. Przez okno oglądam szpinak i sałatę, które potem zjem na obiad.

Uprawa warzyw jest twoją ucieczką od szaleństwa modowego świata?
Cały czas otaczają nas ludzie. Moim największym luksusem jest spędzanie czasu samemu - ta odrobina samotności jest bardzo ważna. Codziennie rano przez pół godziny ćwiczę jogę.

Co za luksus!
Dzisiejszym luksusem jest czas dla siebie. Nie są nim dla mnie buty z krokodyla ani wakacje na Seszelach. Luksusem jest chwila spędzona samotnie wśród pięknej przyrody.

@sammcknight1

Kredyty


Tekst Steve Salter

Tagged:
Chanel
Wywiady
uroda
sam mcknight