młodzi, gniewni, zbuntowani

Amerykańskie, znudzone dzieciaki lat 80. w obiektywie fotografki Sage Sohier, w erze PI (przed internetem).

tekst Oliver Lunn
|
29 Październik 2015, 11:20am

Młodzieńcza nuda wyglądała nieco inaczej w latach 70. i na początku 80. A konkretnie: wtedy nie było jeszcze smartfonów. Dzieciaki wychodziły na dwór, piły, paliły i  patrzyły się przed siebie. Najwyraźniej nuda nie przerażała ich tak bardzo, jak dzisiejszych nastolatków. Oni nie mieli Instagramów z mnóstwem śmiesznych memów, żeby umilić sobie czekanie na autobus. Nie mieli Facebooka informującego ich o wszystkich super wydarzeniach, nie mieli też Google Maps, które pokierowałoby ich do domu kumpla mieszkającego na przedmieściach.

Dziś, młodzieńczą nudę doskonale oddaje obraz nastolatka ze spuszczoną głową, wlepiającego wzrok w ekran swojego smartfona, skutecznie zwalczając bezbarwność codziennego życia. Jednak w latach 80. taka walka wyglądała zupełnie inaczej, zupełnie jak na zdjęciach Sage Sohier. W jej fotograficznej serii pt. Americans Seen, dzieciaki gapią się poza kadr, bez celu i żadnych rzeczy, które można byłoby porobić, zatracone we własnym świecie. Śmiecą, piją na ulicach, opierają się o płoty. Sohier, która miała wówczas niecałe 30 lat, wyruszyła na fotograficzny podbój kilku amerykańskich okolic, uzbrojona w aparat średnioformatowy w celu uchwycenia codzienności dzieciaków sprzed ery internetu. Rozmawiamy z nią o niewinności lat 80., młodzieńczej nudzie i jej doświadczeniach związanych z odkrywaniem nie zawsze bezpiecznych dzielnic. 

Jaka idea kryje się za serią Americans Seen?
Byłam młodą fotografką przed trzydziestką i szukałam ludzi do zdjęć. Nie miałam nic konkretnego na myśli, ale w trakcie wywoływania klisz stało się jasne, że jedne rzeczy interesują mnie bardziej od innych. Mimo że robiłam przeróżne zdjęcia, wszystkie zbiegły się w jakiś sposób w całość, pokazującą pewną wizję Ameryki i ludzi. Niektóre okolice Massachusetts odkrywałam po raz pierwszy i zakochałam się w nich od strony wizualnej: górzyste tereny, dwupiętrowe budynki... Rzeczy, których nie było w stanie Virginia, gdzie dorastałam.

Zrobiłaś zdjęcia wielu nastolatkom i ze sposobu, w jaki spędzają czas, czuć znudzenie w powietrzu.
Tak, to był czas poprzedzający cyfrową erę, nie było komórek, więc dzieciaki się nudziły, a to sprawiało, że wynajdowały sobie rzeczy do roboty. Dzieci się bawiły, nastolatki bujały się razem, pijąc i paląc. Tego dziś się nie widuje. W sensie nie w ten sam sposób, dziś ludzie są zajęci swoimi smartfonami, co jest i złe i dobre. Myślę, że to duża strata, ale z drugiej strony fajnie jest widzieć, że dzieciaki aż tak się nie nudzą. Trudniej być fotografem w dzisiejszych czasach, bo nie można się po prostu włóczyć i napotykać ludzi na zewnątrz w ten sam sposób.

Jeśli chodzi o większość tych zdjęć, zainteresowało mnie to, że czasem ma się wrażenie, że dzieciaki trochę grają. Wszystko wygląda naturalnie, ale wydaje się, że oni tworzą coś w stylu performance'u, sami dla siebie. I myślę, że w te gorące, letnie dni, kiedy byli znudzeni, to właśnie wtedy powstawał najciekawszy teatr.

Na jednym zdjęciu widać grupkę nastolatek, palących przed drzwiami na południu Bostonu, każda zatopiona w swych własnych myślach. Czy one w ogóle zwróciły na ciebie uwagę?
Zanim zrobiłam zdjęcie, siedziały tam dokładnie w ten sam sposób, paląc i rozmawiając. Myślę, że spędziłam z nimi jakieś 5-10 minut i przy trzecim, czwartym zdjęciu przybierały swoje wcześniejsze, naturalne pozy. Mówiłam im z pewnością: „Nie musicie patrzeć w aparat, chcę was uchwycić w naturalny sposób". Ogólnie zawsze pytam o pozwolenie, zanim zrobię zdjęcie. Wtedy pracowałam na średnioformatówce - dużym aparatem z fleszem, więc nie chciałam się skradać.

Miałaś wtedy niecałe 30 lat, uważasz, że było ci wówczas łatwiej zaczepiać te wszystkie dzieciaki?
To dobre pytanie, akurat dużo o tym myślałam jako starsza fotografka. Młodzi ludzie nie mają ze mną raczej problemu, ale teraz jest inaczej, bo oni wszyscy są świadomi internetu, YouTube'a, wtedy były czysta niewinność. Mniej było w tym paranoi i strachu, jak teraz, a zwłaszcza w Ameryce, gdzie ludzie się boją, że ich dzieci zostaną porwane. Te zdjęcia traktuję jako kolaborację, a ludzie chętnie ze mną współpracowali. Gdy pytali mnie „w jakim celu?", odpowiadałam „jestem fotografką artystyczną i robię projekt o ludziach, którzy razem spędzają czas na dworze". Większość nie wiedziała za bardzo, o co dokładnie chodzi, ale nikt nie miał nic przeciwko. 

A czy utożsamiałaś się z tymi nastolatkami? Być może z refleksyjnego punktu widzenia?
O tak, na pewno. Te zdjęcia są tak samo o nich, jak i o mnie. To bardzo dziwna współpraca, która w pewnym sensie jest moim prawdziwym odbiciem mnie i moich uczuć. No i oczywiście każdy z osobna widzi w nich coś odrębnego. Zawsze mnie dziwi, gdy ktoś z moich znajomych ogląda któreś z nich i mówi: „ojej, to takie smutne!", a ja myślę sobie „to nie jest smutne zdjęcie!" Ludzie widzą w fotografiach swoje własne doświadczenia, w tym właśnie tkwi ich siła.

Zdjęcia pochodzą z końca lat 70. i początku 80. Jakie są twoje główne wspomnienia z tego okresu, jak wspominasz okolice?
Wtedy urzekało mnie piękno rzeczy, które wcale niekoniecznie są piękne: murowane budynki, pustostany, pnie drzew, kosze do koszykówki. Były dla mnie cudowną scenerią do tych zdjęć. Chodzenie i szukanie tych ludzi było naprawdę czymś, a ja miałam przywilej zgubienia się, który już mi nie przysługuje. To jest zabawne, bo przecież z łatwością mogę nie włączać GPS-a, ale oczywiście to robię. Wtedy było się z miastem sam na sam, można było się zgubić i odkryć nowe rzeczy, to było wspaniałe. 

Czy kiedykolwiek się bałaś, chodząc całkiem sama po dość niebezpiecznych dzielnicach?
Bałam się. Był jeden raz, kiedy nastoletnie dzieciaki podeszły do mnie i złapały za mój aparat, ja jednak mocno za niego trzymałam. Potem zobaczyli starszych i coś do nich zawołali, to było groźne, ale nie aż tak bardzo. Było takie zdjęcie chłopców pijących piwo, wtedy też się trochę bałam. To było na południu Bostonu, a ja myślałam sobie: „Sage, nie powinnaś tego robić, to nie jest super mądre". Ale nie mogłam się powstrzymać, bo oni byli niesamowicie pociągający. Byli też trochę sprośni, a ja musiałam sobie z tym poradzić, byłam wtedy młodą kobietą, więc nie było to dla mnie do końca komfortowe. Ale to było ok, jest coś w byciu samej na ulicy i lekkim poczuciu zagubienia. W pewnym sensie popychało mnie to do odkrywania nowych rzeczy. Najprzyjemniejszą rzeczą w byciu fotografką dla mnie, nie jest sam produkt, który jest oczywiście ważny, ale poznawania tych wszystkich, wspaniałych, dziwnych ludzi. Jestem wdzięczna, że fotografia pozwoliła mi dostać się do ich życia w tak cudowny sposób.

Album autorstwa Sage Sohier pt. Americans Seen zostanie wydany w 2016 roku przez Nazraeli Press.

Zobacz też: Młodzi Irlandczycy w dobie kryzysu.

Kredyty


Tekst: Oliver Lunn 
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Sage Sohier

Tagged:
Kultura
młodość
ameryka
lata 80.
sage sohier