Reklama

dlaczego wciąż kochamy chloë sevigny?

Od premiery „Gummo" minęło 20 lat, a my wciąż fascynujemy się gwiazdą filmu, Chloë Sevigny. W czym tkwi jej urok?

tekst Philippa Snow
|
20 Wrzesień 2017, 11:16am

Pisanie o uroku Chloë jest równie odkrywcze, co stwierdzenie „woda jest mokra". Dziwnie byłoby jej nie lubić. Chloë Sevigny jest jak awokado i filmy Davida Lyncha, należy do elitarnej kategorii rzeczy i osób uwielbianych przez wszystkich. Ona jest przecież chodzącą wersją albumu The Velvet Underground.

Alice Hines z New Yorkera podsumowała urok Chloë idealnie dopasowaną do naszych czasów metaforą: „Przez lata unikała [mediów społecznościowych], aż dwa miesiące temu namówił ją do tego publicysta. Mimo to już wcześniej była stale obecna w sieci: jej imię i nazwisko pojawiło się w formie hasztaga ponad 12 tys. razy". Innymi słowy, jest osobą, o której się mówi, ale tak naprawdę niewiele wiadomo, a to sprawia, że jest jeszcze ciekawsza.
Wydawałoby się, że nie da się wystąpić w „Gummo" z tekstem „Foot-Foot, ty mały śmierdzielu", a jednocześnie zbudować wokół siebie aurę tajemniczości niczym Greta Garbo. A jednak!

I tak dwie dekady później znów oglądam „Gummo" i zastanawiam się, co tak naprawdę sądzę o jej roli. Jak ktoś może się tak obnażyć i wciąż pozostać enigmą? „Jeśli chodzi o dzieciństwo, to Chloë jest typowym dzieckiem z przedmieść: Darien w stanie Connecticut jest bogatym miastem z 20 tys. mieszkańców, leżącym godzinę jazdy pociągiem od Nowego Jorku", napisała Fortini. „Przed domem, jak wspomina, rósł wielki krzew forsycji. 'To była moja miejscówka', mówi, gdy przejeżdżamy obok gustownych domów w stylu kolonialnym z zadbanymi trawnikami. 'Ciągle pod nim przesiadywałam. Wiesz, było bardzo…' — urywa i gwałtownie zaczyna się śmiać, (...) jakby zdała sobie sprawę z banalności, ironii lub po prostu zwykłej nietypowości tego, co chciała powiedzieć: '...idyllicznie'".

„Gummo" rzuciło naszą bohaterkę w inne, choć równie amerykańskie otoczenie: miasto Xenia w stanie Ohio, które w latach 70. zostało zniszczone przez tornado. Jak w bardzo obrazowej recenzji w New York Timesie napisała Janet Maslin: „Pan Korine już na początku filmu dokonał niespotykanego wyczynu: udało mu się pokazać wszystko, co najgorsze w zaledwie 30 sekund. Dzieci rzucają wulgaryzmami, kamera (...) trzymana w ręku jest niespokojna i szybka, obraz jest ziarnisty. (...) Obsadził amatorów, często dziwacznych, których pogardliwie wystawia nam na pokaz, jak np. prostą kobietę, traktującą lalkę jak dziecko czy albinoskę, która z dumą przyznaje, że jej ulubionymi aktorami są Pamela Anderson i Patrick Swayze".

Jeśli doszukiwać się w filmie jakiejś fabuły,- można powiedzieć, że to historia dwóch chłopców, którzy zabijają koty, a potem sprzedają ich mięso. Inny bohater stręczy swoją niepełnosprawną siostrę. Film jest — jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli — „problematyczny". Chloë gra tlenioną blondynkę, która razem z tlenioną siostrą pokazywane są w różnych niepokojących scenach. Raz zakleja sutki taśmą izolacyjną, innym razem, ubrana w centkowane body, podrywa tenisistę z zespołem nadpobudliwości ruchowej, później podczas deszczu pływa w basenie z dzieciakiem w króliczych uszach na głowie.

„Dorastałem w kinie", powiedział Korine. „Buster Keaton odmienił moje życie. Zrozumiałem, że jest w tym coś tak czystego, zobaczyłem przejmujące piękno, którego nie widziałem nigdy wcześniej — to było coś wielkiego i poruszającego". Ta fascynacja tragicznym pięknem wiele wyjaśnia. „Gummo" jest równie oszałamiające, poetyckie i dobre technicznie, co obraźliwe. Film jest anty-arcydziełem. Tak jak tlenione brwi Chloë, jest piękną katastrofą. Kochamy go, chociaż jednocześnie zatroskani zakrywamy dłonią usta.

Skoro już jesteśmy przy temacie piękna: „Gummo to trudny film", Sevigny powiedziała podczas wywiadu z portalem Indiewire. „To film, do którego nie każdy potrafi się odnieść. Jest niesamowity, zabawny, przekomiczny. Uważam, że to piękny film, od strony wizualnej i tak dalej. Wszystkie dzieciaki, które znam i które go widziały, były zachwycone".

Harmony filmuje Sevigny jak prawdziwą gwiazdę, albo tak jak dwudziestokilkuletni koleś może nagrywać dziewczynę, za którą szaleje. Może to jedno i to samo. W książce Charliego Foxa pt. „This Young Monster" znajduje się świetny tekst, traktujący m.in. o „Gummo", Chloë i Harmonym. Fox opisuje film jako „zepsutą poezję… tkwiącą w dziwny sposób między strachem i nietrzeźwością". Chloë z kolei jest jego zdaniem „naćpaną rozpustnicą". W najsłynniejszej scenie jej postaci, Chloë w spowolnionym tempie zwiesza głowę i oblizuje usta do dźwięku dzieci śpiewających Budy Holly na zajechanej kasecie. Chociaż zabrzmi to dziwnie, jest to typowo hollywoodzki obrazek, chociaż przepuszczony przez ponury filtr.

A jednak, aktorka mimo wszystko wciąż wygląda uroczo, bo taka jest. W końcu to Chloë z „aryjskiego Darien", jak kiedyś sama nazwała swoje rodzinne miasto. Jest w niej też coś z gwiazdy. Może to ten chłodny spokój i luz, które doszlifowała pracując w magazynie Sassy i mieszkając na Brooklynie. Doskonale wiedziała, gdzie w Chinatown można „za dwa dolary kupić chińskie klapki".

Można wywieźć dziewczynę z Connecticut do Ohio i utlenić jej brwi, można pozwolić jej wybrać własne, modne stylizacje z lumpeksów, zupełnie jakby stroiła się do telewizyjnego talk show, ale nie da się jej zmienić we wiarygodną reprezentantkę amerykańskiego marginesu. Wśród naturszczyków z „Gummo" wyróżnia się jeszcze bardziej.
Aktorzy oczywiście mają udawać, że są kimś zupełnie innym. W końcu granie swojego przeciwieństwa jest wyzwaniem. Uwierzymy, że Julia Roberts w filmie jest przeciętną, samotną matką, pod warunkiem, że pozostałe postacie też mają aparycję gwiazd filmowych.

„Gummo" nie da się nazwać fikcją, w pewnych momentach jest wręcz dokumentem. Oglądanie go 20 lat po premierze i po wyniku ostatnich wyborów prezydenckich w USA jest zatrważające. Filmowi można zarzucić brak taktu, chociaż jednakowo jest delikatny. Być może właśnie tak to się kończy, gdy za reżyserię bierze się 23-letni geniusz.

„Nadano mi imię Harmony (Harmonia). To dziwne, ale gdy byłem mały tak mi dokuczano, że po trzynastych urodzinach zmieniłem imię na Harmful (Szkodliwy)", Korine powiedział Rogerowi Ebertowi na festiwalu w Cannes w 1995 roku. „Myślałem, że to mocniejsze imię, więc zmieniłem je w urzędzie, a potem... Chyba się nie przyjęło. W papierach nadal mam na imię Harmful, ale stwierdziłem że wrócę do Harmony'ego". Jak widać ciągle się zmienia, jak Sevigny: bawi się z nami w kotka i myszkę. Muza może być tak naprawdę mentorem w przebraniu. Niewykluczone, że Korine nauczył się swojej dziwacznej pozy właśnie od swojego dawnego obiektu westchnień i współpracowniczki. We wszystkich wczesnych wywiadach kłamał jak z nut, więc o jego prawdziwym życiu wiemy równie mało, co o Sevigny. Nie wiem, co sądzić o nim, o niej, o filmie, sposobie w jaki przedstawił warstwy społeczne, w jaki podgląda bohaterów, ani jaki tak naprawdę miał zamysł.

„To świetne uczucie, gdy ktoś uważa, że może czerpać od ciebie inspirację", Chloë rzuciła w wywiadzie z Guardianem w 2010 roku. „Nie sądzę, że w tym wypadku mężczyzna 'odbiera' coś kobiecie. To może działać w obu kierunkach, oboje możemy się stymulować i pobudzać". W tym samym artykule w odniesieniu do Chloë pada również słowo „przystojna" — mój ulubiony przymiotnik opisujący piękne kobiety.

„[Dzięki artykułowi Jaya McInerneya w New Yorkerze na mój temat] zyskałam dwie rzeczy: dożywotnią prenumeratę i gumową sukienkę od Helmuta Langa", dodała. Musicie przyznać, że to cała Chloë. Moglibyście nawet pojechać z nią do Connecticut, tak jak Fortini i nadal wcale jej nie poznać, rozumiecie?

Gdy oglądałam „Gummo" w 2007 roku z jakiegoś pirackiego DVD z chińską okładką, nie zauważyłam, że Chloë Sevigny uosabia przede wszystkim Chloë Sevigny: dziwnie zmienną postać, która akurat znalazła się w Xenii w Ohio, ale jest równie nietypowa w kontekście Hollywood. Jest po prostu sobą.

W 2015 roku razem z wydawnictwem Rizzoli stworzyła książkę złożoną ze swoich zdjęć, a okładkę pokryła kratką jak z ceraty. Oczywiście. „Wielu fotografów popełniło podstawowy błąd: próbowali sprawić, by Sevigny wyglądała słodko, ładnie", Hines wyjaśniła w swoim artykule. „Żadne z ich zdjęć nie znalazło się w książce. Znalazło się w niej za to zdjęcie Sevigny z utlenionymi brwiami, palącej papierosa na planie 'Gummo'; zdjęcie ze studniówki, przed którą ogoliła głowę; listy od fanów z czasów stażu w magazynie Sassy; ulotka z kultowego, rejwowego butiku Liquid Sky". Na jednej ze stron zdjęcie Chloë pojawia się obok nagłówka „NIENORMALNA". My, fani Sevigny, lepiej byśmy tego nie ujęli. W końcu dlaczego całe życie byłam przekonana, że Kansas Dorotki z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz" leży w Connecticut?