Reklama

nowy sezon „twin peaks” niszczy wszystko, co lubicie

W starym „Twin Peaks” David Lynch stworzył nowatorską formę serialu. W nowej odsłonie jakimś cudem wykreował jeszcze bardziej pokręconą, psychodeliczną operę mydlaną.

tekst Philippa Snow
|
29 Czerwiec 2017, 12:25pm

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Kyle MacLachlan nie byłby tak idealnym aktorem dla Lyncha, gdyby nie jego twarz. Twarz bardzo specyficzna, amerykańska, piękna i nieskazitelna — jednocześnie wyglądająca, jakby należała do gwiazdy opery mydlanej i wielkiego kina, pospolita i niezwykle idealna jednocześnie. Jej obecność w obrzydliwej scenie wydaje się przewrotna.

W 1994 roku Rich Cihen napisał o Cooperze w Rolling Stone: „Jest chłopcem z sąsiedztwa, pod warunkiem, że chłopak z waszej okolicy spędza dużo czasu samotnie w piwnicy". W pierwszych dwóch sezonach „Twin Peaks" miał około trzydziestki i był świeżą wisienką na szczycie zgniłego tortu. W kontynuacji „Twin Peaks" stał się kolejną, dziwną propozycją reżysera, już bez tak wyraźnego zarysu.

A co gdyby ten chłopiec z sąsiedztwa spędził dwie dekady w piwnicy, a piwnica nie znajdowała się pod domem, ale w innym wymiarze? Co, gdyby to wcale nie była piwnica, tylko Czarna Chata? Tak jak agent Cooper, „Twin Peaks" dało sobie wystarczająco długi urlop, by jej złowieszczy, amerykański podtekst zmienił się w coś zupełnie innego, a potem powrócił w postaci wątku rozdwojenia (a nawet roztrojenia) jaźni.

Najnowszy sezon w mniejszym stopniu jest komedią, a w większym dramatem, który mógłby przyjść do głowy komuś z halucynacjami, wyjątkowo ujaranemu i bezrobotnemu. W połowie jest pięknym, poważnym serialem, a w połowie zaskakującym, telenowelowym bełkotem. Nikt się tego nie spodziewał. Większość fanów Lyncha oczekiwała poważnego powrotu do wszystkiego, co wynalazły pierwsze sezony: poważnej, kinowej formy sztuki w telewizji.

„Bez 'Twin Peaks' i jego wielkiego wybuchu poszerzającego możliwości telewizji, połowa waszych ulubionych seriali by nie powstała", napisał James Parker z The Atlantic. „Przed Lynchem i Frostem po prostu nie istniał serial wciągający, wizualnie i muzycznie kompletny, stworzony jak powieść z mocną, głęboką strukturą, wgryzający się w mózg widza... Tego serialu nie oglądało się [jednym okiem] tak jak 'Prawników z Miasta Aniołów' czy 'Napisała: Morderstwo'. Wciągało się w niego w psychodeliczny sposób, byliśmy gotowi przenieść się w inne miejsce. Wchodzisz albo wychodzisz — to była zero-jedynkowa decyzja... Co niezwykłe, od tamtej pory stało się to normą".

W 1990 roku Lynch dał nam rozbudowaną, rozwijającą się historię o gwałcie i morderstwie nastolatki oraz o agencie, który został wysłany do pipidówy, by rozwikłać tajemnicę. W grę wchodziły mniej realistyczne, bardziej abstrakcyjne elementy, ale sedno sprawy było ludzkie i mroczne. Niepokoiło widza w ten sam sposób, co życie niepokoi żyjących. Teraz, po „Detektywie" i mroczniejszym, odważniejszym mainstreamie, Lynch dał nam inną wersję naszego ukochanego agenta z Twin Peaks, bliższego dawnemu stylowi telewizji.

Coop uwięziony w ciele Dougiego Jonesa (uzależnionego od hazardu, prostytutek mężczyzny z przedmieścia, który pracuje w firmie ubezpieczeniowej i akurat wygląda zupełnie jak Cooper) jest wręcz w stanie katatonii. Został obdarty z całego człowieczeństwa i musi od nowa uczyć się podstaw egzystencji. To lynchowska parodia wizerunku nieszczęśliwego ojca z sitcomu —ma syna nazwanego „Sonny Jim" i żonę „Janey-E". Jeśli doszukujecie się głębszego sensu, jest także każdym patriarchą, który zdobył wyższe stanowisko i lepszą rodzinę, niż na to zasługuje. Założę się, że widok Coopera jako prawie niemego Dougiego, wygrywającego na tuzinie automatów w kasynie, przypomni wam inną, słynną postać ojca.

Nowy „Twin Peaks" to ciężki seans. Jest o wiele mniej ugładzony niż poprzednie dwa sezony i rozwleka pauzy w jeszcze trudniejszą do wytrzymania, kościelną ciszę — jak w złych operach mydlanych, ale także jak na złych rozmowach kwalifikacyjnych, kiepskich randkach i w złych scenariuszach. Aktorzy często mówią, jakby ktoś trzymał ich na muszce. W jednej ze scen dialogi zostały nagrane z daleka i ledwo je słuchać. W serialu znajdują się wszystkie okropne efekty, które Lynch uwielbia — efekty specjalne rodem z programów o zjawiskach paranormalnych. Garmonbozia — blada substancja reprezentująca „ból i cierpienie" — nadal wygląda jak lekko zmiksowana kukurydza w sosie. Twarz Agenta Coopera nadal przypomina Kena, ale tym razem dołączono do niego okropne peruki, sztuczną opaleniznę, źle skrojoną, przydużą, limonkową marynarkę i wstrętne koszule w nadruk ze skórą węża. Elegancki styl najlepszego współczesnego serialu został przejechany przez rozpędzonego pick-upa.

Jest to także telenowela, która wygląda jakby napisał ją android albo algorytm — i mówię to jako komplement! Trzeci sezon „Twin Peaks" przypomina przyszłość: jest dziwny, chaotyczny, trudny do pojęcia, zupełnie jakby kosmici próbowali odtworzyć naszą telewizję sprzed ery „Twin Peaks". W 1990 roku ten serial był czymś nie do pomyślenia. W 2017 roku to hipsterski obiekt kultu. Lynch wrócił do idei swojego serialu jako szoku kulturowego, który przez kulturę niską stał się kulturą wysoką, kinem podzielonym na odcinki w formie telenoweli, prestiżową telewizją w idealne nieidealnym wyobrażeniu telewizji według zboczeńca.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

W postaci Dougiego Jonesa zauważyłam innego męża, w którego wcielał się Kyle MacLachlan, z nieco mniej artystycznego gatunku — Treya MacDougala z „Seksu w wielkim mieście". Mężczyznę, który na niespodziewane oświadczyny odpowiada ćwierkającym „no w porządeczku". Treya, który sądzi, że wręczenie kartonowego dziecka żonie niemogącej zajść w ciążę, jest „zabawne — nie śmieszne, jak 'ha ha', ale wciąż zabawne". Granie dosłownie sflaczałego białego Anglosasa, zachowującego się jak mały dzieciak, nie brzmi jak marzenie każdego aktora. Trzeba przyznać, że MacLachlanowi udaje się zmienić niedoskonałość w doskonałość i tak jak Lynch przekształca ją w wiarygodną perwersję. „Seks w wielkim mieście", mimo opinii krytyków, był kolejną prestiżową propozycją telewizji, również nie zawsze trzymającą się realizmu. Ciekawe, czy Lynch kiedyś go oglądał. W końcu nawet szwedzki mistrz kina Ingmar Bergman nie przegapił żadnego odcinka. Może dlatego, że po „Twin Peaks" w tak zwanych grzesznych przyjemnościach telewizji serialach nie było zbyt wiele poczucia winy ani przyjemności.

„Spokojne oczekiwanie na kolejną porcję gładkiej, prestiżowej telewizji, takiej, jaka jest teraz powszechna, jest wręcz obrazą dla surowego kunsztu i magii Davida Lyncha", kończył się tekst Parkera w The Atlantic, na niedługo przed startem nowego sezonu.

Gdy David Foster Wallace próbował zdefiniować co jest lynchowskie, a co nie, napisał: „Tak jak terminy 'postmodernistyczny' czy 'pornograficzny', 'lynchowski ' jest jednym z tych słów, które da się zdefiniować dopiero bezpośrednio — czyli gdy już to zobaczymy".

Dalej próbuje uchwycić esencję terminu, sprowadzając go do „dekonstrukcji dziwnej ironii banału". Dlatego naturalnym posunięciem było wprowadzenie kulejącego dziwaka do pozornie idealnej rodziny z ugładzonego, amerykańskiego snu.

W pierwszych sezonach Lynch rzucił wyzwanie widzowi. Sprawił, że zaczął traktować telewizję jako medium godne szacunku. W trzecim sezonie sprawia, że boimy się jej powtarzalności, fałszu i wartości rodzinnych w domu, w którym wszyscy mają puste oczy. Ostatni odcinek był marzycielską, statyczną wędrówką do samego jądra bomby i przypominała koszmar tak bardzo, że dwa razy musiałam odezwać się na głos, żeby się upewnić, że to jawa. Po jego emisji czułam się jak po masowej halucynacji, którą wyświetlają na kiepskich kanałach, albo po tym, jak ktoś uderzy się w głowę, zemdleje lub obudzi się i zrozumie, że to był tylko sen, tyle że bardziej przypominający zerkanie w otchłań piekła.

Nigdy wcześniej w telewizji nie pojawiło się coś, przypominającego ten godzinny odcinek. Efekt jest tym mocniejszy, bo od siedmiu tygodni byliśmy zanurzeni w czymś nawiązującym do tego, co znaliśmy, nawet jeśli w sposób dziki i nienaturalny. Coop w końcu wróci i nie będzie już Dougiem, a my nie będziemy już w miejscu, które rozpoznajemy. Będzie jednocześnie lepiej i gorzej. Komiczna opera mydlana Lyncha nas uśpiła, a potem zrobiła nam sieczkę z mózgu i wrzuciła nas do horroru. Znowu.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Philippa Snow