czy spontaniczność w świecie gejów jeszcze istnieje?

Wszystko wskazuje na to, że aplikacje, takie jak Grindr, pozbawiły gejów cudownego dreszczyku emocji, który towarzyszy zdobywaniu nowego partnera.

tekst Amrou Al-Kadhi
|
07 Październik 2016, 4:15pm

Kiedy byłem nastolatkiem, zdecydowałem się porzucić Bliski Wschód i przyjechać do Londynu. W Dubaju - gdzie dorastałem - homoseksualizm jest nielegalny, a doświadczenia w tym mieście ograniczały się do łażenia po centrach handlowych, w których na każdym rogu znajdywały się punkty informacyjne. Kiedy wracam pamięcią do tych czasów (a robię to raczej rzadko), przytłacza mnie uczucie klaustrofobii: nie chodzi tylko o fakt, że przestrzeń dla gejów praktycznie nie istnieje, ale także o to, że nie ma nawet ulic, po których można by się włóczyć, ani miejsc, w których można się zatracić. A dla mnie to właśnie tworzy ekscytujące, żywe miasto. Gdy tam wracam, randkowa aplikacja dla gejów Grindr daje nadzieję: jeśli jesteś dyskretny i (działasz bezpiecznie), alternatywny świat, inny od okropnej rzeczywistości pełnej klimatyzowanych centrów handlowych, staje przed tobą otworem.

Jako, że w Dubaju miejski krajobraz jest wysoce zhomogenizowany, Grindr, może być dla geja ciekawą alternatywą. Jeśli jednak chodzi o Londyn, to apka rujnuje to, co najbardziej kocham w tym mieście. Po tym, jak wyznałem, że jestem homo i opuściłem swój rodzinny dom, ulice nowego miasta były dla mnie niczym plac zabaw, wachlarz różnych możliwości, gdzie nagle mogę przeżyć surrealistyczne doświadczenia, a bezcelowe włóczenie się po mieście może doprowadzić do poznania nowych ludzi i rzeczy. Grindr usiłuje przenieść ten proces szwędania się na płaszczyznę cyfrową, gdzie jako użytkownik możesz się „poruszać" po mieście i „wpadać" na kolesi, którzy są dosłownie gdzieś za rogiem. I proszę, oto na co wpadłem, gdy się tak włóczyłem po wirtualnym świecie: „Tylko biali kolesie. Żadnych terrorystów, żółtków, ciapatych, ciotek" albo „Interesują mnie tylko: WYSPORTOWANI KOLESIE, gładcy, z umięśnionymi tyłkami i udami … ŻADNYCH: chłopczyków, gości z zapadniętymi klatami przypominającymi 'stojaki na płyty zapakowane w mokre papierowe torby' i BEZ OWŁOSIENIA". Oba cytaty zostały zaczerpnięte z profili na Grindrze. 

Zupełnie inaczej niż w miejskich labiryntach, które nadal zaskakują, Grindr daje użytkownikom niepowtarzalną szansę zaplanowania swoich doświadczeń. Musisz wybrać konkretną grupę, do której należysz, na przykład: czy jesteś „Clean-Cut" (gładko ogolony, zdrowo się odżywia i ogólnie „fit"), a może „Bear" (owłosiony misiek), „Geek" (wyalienowany dziwak), czy też „Jock" (arogancki mięśniak, który umawia się tylko z podobnymi do siebie). Masz więc szansę w sprecyzowany, chociaż niekiedy dosyć obraźliwy sposób, określić swoje preferencje. Aplikacja dodatkowo umożliwia ustawienie filtra, za pomocą którego wyszukuje ci kolesi o określonym wzroście, wadze, wieku, pochodzeniu etnicznym i typie budowy ciała.

Podczas, gdy określanie swoich seksualnych preferencji, może być odbierane, jako wirtualna wolność, to jednak efekty stosowania tych filtrów są zgoła odmienne. Potrzeba zdefiniowania samego siebie w tak prymitywny sposób prowadzi często do uczucia izolacji. Cóż, może nie gdy jesteś białym cis-płciowym, męskim mięśniakiem, ale kiedy twojej tożsamości nie da się tak łatwo zaszufladkować, rodzą się pewnego rodzaju problemy. Weźmy na przykład drag queen i geja pochodzącego z Iraku, któremu na Grinderze ludzie wysyłają wiele nienawistnych wiadomości, za to, że jest rzekomo „zbyt ciotowaty i zbyt azjatycki, aby chcieć go zaliczyć" (bezpośredni cytat), czyli w skrócie za to, że „nie wpasowuje się" w większość popularnych kategorii. Transseksualny użytkownik aplikacji, który chce pozostać anonimowy, zwierzył mi się ze swoich doświadczeń, wyjaśniając, że „wielu z transpłciowych użytkowników nie zaznacza opcji 'transgender', aby siebie zaszufladkować, ponieważ wtedy są traktowani, jak gorsi i wymaga się od nich, aby byli ulegli i na wszystko się zgadzali".

Grindr tworzy wizerunek platformy, która przypomina plac zabaw, gdzie mieszają się różnorodne tożsamości, jednak to mija się z prawdą... Apka wprowadza swoich użytkowników w błąd — to faktycznie plac zabaw, ale pełen obrażających się nawzajem grup. Zupełnie tak jak w prawdziwym świecie, gdzie biali i sprawni cispłciowi mężczyźni mogą robić dosłownie wszystko i uchodzi im to na sucho, tak też grinderowa rzeczywistość niewiele się od tego różni. Ta restrykcyjna kategoryzacja ludzi za pomocą wirtualnej aplikacji, prowadzi do powielania uprzedzeń. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprowadzanie ludzkiego ciała i złożonej tożsamości do sztywnych definicji.

Co gorsza, Grindr odczłowiecza seksualne doświadczenia, traktując je jako swojego rodzaju transakcje. Użytkownicy są zarówno konsumentami, jak i produktami, określają swoje seksualne wymogi i prezentują sami siebie jako pożądane towary. Opiszę wam, jak taka grinderowa „wymiana" w moim przypadku: odkrywam kogoś, lub ktoś mnie, zaczynamy rozmawiać (o ile nie natrafiam na jakiegoś rasistę lub homofoba), dyskutujemy o seksualnych rolach, wymieniamy się zdjęciami twarzy i ciała, jeśli oboje jesteśmy usatysfakcjonowani, ustawiamy się wieczorem na seks. To co jest szokujące, to to, że ten seksualny kontrakt zawsze jest negocjowany z dwuwymiarowym zdjęciem. Za każdym razem, gdy się z kimś takim spotykałem, byłem zaskoczony, że wirtualny awatar przybierał ludzką formę i najczęściej ta nagła przemiana odbierała mi ochotę na seks.

W moim przypadku próba odtworzenia flirtu i chemii pomiędzy dwoma ciałami na za pomocą wymiany zdjęć czy słów nie sprawdza się. Każdy ma swoje „typy" i preferencje, odnośnie tego, kto nas fizycznie pociąga, ale one często ulegają zmianie i mogą sprowadzać się do czynników, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy (na przykład drobiazgów dotyczących mowy ciała). Nasza kultura ma specyfikę konsumencką, a Grindr się w nią wpisuje; eliminuje fizyczny pociąg na rzecz dokładnie dopasowanych do użytkownika doświadczeń.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Chociaż Gindr jest przestrzenią dla gejów, niszczy dreszczyk emocji i spontaniczność związane z fizycznym pociągiem, które kwitną w realnych queerowych miejscówkach. Przed powstaniem cyfrowych platform randkowych społeczności queer nie oddzielały potencjalnych kandydatów ze względu na „obozy" do których należą. Olivia Laing opisuje to w swoich sensacyjnych badaniach „The Lonely City: Adventures in the Art of Being Alone" (Samotne miasto: sztuka bycia samemu). Spogląda na Nowy Jork przed gentryfikacją i gejowskie miejscówki, które przyciągały rzesze różnych mężczyzn, i nie hierarchizowały ich, doceniając dreszczyk emocji przypadkowego spotkania.

Specyfika cyfrowego świata i uczucie, że możemy znaleźć dokładnie to czego szukamy, gdziekolwiek byśmy się nie ruszyli, całkowicie zabija beztroskę. Takie aplikacje, jak Grindr powodują, że duże miasta na Zachodzie, które powinny dawać młodym nieograniczone możliwości, zostały w zasadzie zupełnie pozbawione swojego czaru. Grindr i kultura, jakiej ta apka jest wyznacznikiem, prowadzi do homogenizacji naszych spotkań i sprowadza ich złożoność do oklepanych schematów. Żeby spontaniczność powróciła, musimy pozwolić sobie na improwizację i cieszyć się z wolności wyboru.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Amrou Al-Kadhi
Zdjęcie: Instagram georgedowning_

Tagged:
Kultura
Geje
spoleczenstwo