fotoszop osobowości, czyli witajcie w sieci

„W Internecie nie pisze się ołówkiem, tylko atramentem". Dzisiejszy internauta nie sięga po atrament, żeby zdradzić rozmiar miseczki swojej dziewczyny, jej niemieckie korzenie, albo fakt, że jest suką. Współczesny internet to szansa, żeby się narodzić...

tekst i-D Staff
|
25 Marzec 2015, 5:10pm

Społecznościówki pokroju Facebooka InstagramaTwittera czy Tumblra to miejsca, w których można pokazać światu swoje mocno wyretuszowane „ja". Użytkownicy chwalą się na nich swoim (rzekomo) fantastycznym życiem. Na Fejsie mam aż 1136 znajomych - większości nigdy nie spotkałam w realu. Obsesyjnie kolekcjonuję lajki. Oznaczam się na budzących zawiść imprezach modowych, żeby udowodnić wszystkim, że faktycznie tam byłam, nawet jeśli w rzeczywistości musiałam się na nie chamsko wprosić. Mogę odtagować zdjęcia, na których wyszłam jak pasztet i promować te, na których wyglądam jak super laska. Z najzajebistszej foty- albo najbardziej bekowej, jeśli taki akurat mam kaprys - robię zdjęcie profilowe, czyli mój wirtualny wizerunek, który pokazuję innym użytkownikom. Mogę wrzucić na swój profil albumy ze zdjęciami, na których robię same fajne rzeczy. Moje statusy dowodzą, że mam o wiele lepsze poczucie humoru, niż to widać w realu. W sieci mam przecież mnóstwo czasu (i laptopa, za którym mogę się schować), żeby wymyślić coś naprawdę błyskotliwego. Tyle w temacie Facebooka. A jest przecież jeszcze Instagram.

Ponad 55 milionów zdjęć trafia dziennie na Instagrama, z czego milion wrzucam ja sama. Instagram wygrał z Fejsem, stając się społecznościówką numer jeden dla młodszego pokolenia internautów. Wreszcie można pokazać światu swój lepszy profil, tuszując braki i podrasowując całą resztę. Instagram to królestwo hasztagów, od #BogateDzieciakiInstagrama, po selfie #poseksie. To jedyne miejsce, w którym możesz się przechwalać i #nieprzepraszać za to. Dzięki dobrodziejstwom filtrów, twoje zachody słońca są bardziej różowe. Możesz sobie powiększyć przerwę między udami, a zdjęcia z pokazów na tygodniu mody wyglądają, jakbyś je zrobiła z pierwszego rzędu (wystarczy, że wytniesz morze głów zasłaniające wybieg). Nie wspominając już o setkach aplikacji, dzięki którym możesz ozdobić swoje fotki takimi super rzeczami, jak tęcze, jednorożce czy brokat!

Czy masz brodę i mieszkasz we wschodnim Londynie? Użyj filtra „1977", żeby ożywić kolor twojej kraciastej koszuli. Chcesz pokazać innym, jaka jesteś cool? Wrzuć na profil kilka zdjęć młodej Kate Moss, kadr ze „Szkoły Czarownic", jakiś batik, parę krzyży i reklamę Versace z 1991 roku. Wiesz, jak zrobić porządek w państwie? Podziel się ze światem selfie, na której gadasz przez telefon z Obamą. Jeśli jesteś popularną celebrytką, pokaż ludziom swoje „prawdziwe" oblicze, robiąc sobie słit focię z rąsi na rozdaniu Oscarów, w towarzystwie wszystkich swoich sławnych ziomków. Pseudocelebryci też powinni tak zrobić. Chociaż galę Oscarową zastąpi pewnie tylne siedzenie w taksówce albo wejście do klubu.

W artykule dla NY Times, aktor James Franco określa selfie celebrytów jako "coś bardzo potężnego, spojrzenie z perspektywy najbardziej uprzywilejowanych ludzi świata." (Sam skorzystał z selfie, żeby przystawiać się do pewnej małolaty w Szkocji.) W przeciwieństwie do zdjęć robionych przez paparazzi, na których sławy zaciskają szczęki, widać im majtki albo ogólnie rzecz biorąc pokazują się z najgorszej strony, selfie dają celebrytom złudzenie kontroli nad własnym wizerunkiem i opinią publiczną. Nieważne, czy jesteś pierwszoligową gwiazdą, czy przeciętniakiem, dobre selfie to niezawodny sposób na lepszy autoportret. Ale czy pozujący staje się przez to choć odrobinę lepszy? 

Profile na portalach społecznościowych to wirtualne CV, w którym przedstawiamy siebie z najlepszej strony, żeby dostać wymarzoną robotę albo miejsce na uniwerku. Ale co tak naprawdę daje nam Facebook? Wirtualną podjarkę po otrzymaniu paru lajków? I jak to się ma do życia w realu? 

Profile na portalach społecznościowych to wirtualne CV, w którym przedstawiamy siebie z najlepszej strony, żeby dostać wymarzoną robotę albo miejsce na uniwerku. Ale co tak naprawdę daje nam Facebook? Wirtualną podjarkę po otrzymaniu paru lajków? I jak to się ma do życia w realu? Potencjalny pracodawca albo wykładowca uniwersytecki może podczas rozmowy zapytać o książkę, o której ściemniałeś w swoim życiorysie. Fejsbukowe kłamstwa też mogą wyjść na jaw, tym bardziej, że w realu nie możesz się schować za zdjęciem Gwen Stefani ze świętą kropką na czole albo filtrem Amaro. Co więcej, próbując sprzedać innym swój odpicowany wizerunek, mimowolnie obnażasz własne braki. Robiąc śmieszne miny na zdjęciach, wyglądasz na zabawnego gościa. Jednocześnie widać, że desperacko starasz się być zabawny, albo że twoje poczucie własnej wartości zależy od tego, czy inni uważają cię za zabawnego. To samo dotyczy osobników, którzy do słit foci robią dzióbki, stroszą piórka albo strzelają seksowne pozy. Jak na dłoni widać ich brak pewności siebie i potrzebę potwierdzania własnej atrakcyjności. A nawet jeśli tak nie jest, to ludzie oglądający te zdjęcia na pewno tak właśnie pomyślą.

Na filmiku, który zeszłego lata zrobił furorę w sieci, grafik Shimi Cohen rozprawia o zagrożeniach płynących ze społecznościówek. Poznawanie ludzi nigdy nie było tak łatwe, bo dziś wystarczy jedno kliknięcie, żeby się zaprzyjaźnić. Jednak według Cohena, paradoksalnie portale społecznościowe sprawiają, że jesteśmy coraz bardziej samotni, bo prawdziwą miłość i trwałe przyjaźnie wyparło lajkowanie i udostępnianie fotek. "U większości ludzi", utrzymuje Cohen," liczba zażyłych znajomości nie przekracza 150." Tymczasem na fejsie mamy tysiące znajomych. Czy jakość ustępuje miejsca ilości? Czy próbujemy sami przed sobą zgrywać bardziej towarzyskich, niż w istocie jesteśmy? Nie wiem. Sama korzystam z portali społecznościowych, żeby pielęgnować bliskie przyjaźnie, a nie szukać ich wirtualnych substytutów. Jednocześnie liczba osób, z którymi gadam w sieci jest nieporównanie większa od tej w realu. Nic dziwnego, skoro wystarczy się zalogować, żebym mogła sobie pogadać z kim chcę i kiedy chcę.

Cohen w jednym z pewnością ma rację. Autopromocja lepiej wychodzi w sieci, gdzie można edytować i usuwać te elementy własnej osobowości, których nie da się wykasować w realu. Większość z nas nigdy nie dorówna swoim wirtualnym alter ego. Blado będziemy wypadać także przy innych użytkownikach. To kolejna pułapka społecznościówek.

W epoce reality show w stylu Big Brother, Redtube czy Z kamerą u Kardashianów, podglądactwo nie jest już niczym zdrożnym. Pewnie dlatego bez skrupułów zaglądamy na cudze profile na Instagramie. Gorzej, jeśli to, co tam widzimy, jest bardziej kolorowe i błyszczące, niż nasz profil. Nieuchronnie tracimy pewność siebie, czujemy się gorsi i dopada nas strach przed wykluczeniem z życia towarzyskiego. Zgoda, media społecznościowe to dobry sposób na pokazanie się światu z lepszej strony. Ale nie stajemy się przez to ani trochę lepsi.

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock

Tagged:
Internet
spoleczenstwo
media społecznościowe