asystenci

Praca w branży to marzenie wielu, ale droga na szczyty jest długa, kręta i niezupełnie formalna. Tu średnia ocen, dyplomy i skończone kursy schodzą na drugi plan, a najważniejsze obok talentu stają się doświadczenie, zaangażowanie i pokora.

tekst Basia Czyżewska
|
04 Maj 2016, 9:25am

Borys Synak
Asystent fotografki Zuzy Krajewskiej.

Jak zacząłeś swoją asystenturę?
Wszystko potoczyło się tak samo niespodziewanie, jak z moją fotografią. Zainspirował mnie nią mój przyjaciel, z którym do dzisiaj razem pracujemy. Pierwszym krokiem było konto na dość popularnym dla początkujących portalu maxmodels.pl, gdzie poznałem makeupistkę. To właśnie ona powiedziała mi, jakie są możliwości współpracy tutaj — z kim i przy jakich sesjach można pracować.

Długo się nie zastanawiałem i zadzwoniłem do managera jednego ze studiów fotograficznych w Warszawie, pytając o możliwość współpracy. Mimo braku gwarancji pracy postanowiłem przyjechać i spróbować.
W tamtym momencie przeniosłem się z branży ogrodnictwa do świata wielkiej fotografii.
Po trzech miesiącach już zaczynałem staż, później pracę na stanowisku asystenta w Studio Tęcza, skąd trafiłem „pod skrzydła" Zuzy Krajewskiej.

Dlaczego właśnie Zuza Krajewska stała się twoją mentorką?
Zuza od początku była na liście osób, z którymi chciałem pracować.
Cenię ją za wiedzę, kreatywność, wyczucie estetyki, konsekwencję oraz siłę charakteru. Wiesz jak jest, pracując z pewnymi osobami czujesz swojego rodzaju „chemię". Tak było i w tym przypadku. Jeżeli pracujesz przy rzeczach, którymi się jarasz i przy tym rozwijasz się, to praca daje Ci olbrzymią siłę i energię. A moda i portret w wykonaniu Zuzy to jest to, co jest mi bardzo bliskie.

Na czym dokładnie polega twoja praca?
Zuza kiedyś powiedziała: „Super się nam pracuje, bo mogę się skupić na obrazku". Zajmuję się wszystkimi detalami, tak aby nasza praca przebiegała właśnie w ten sposób.

Najważniejsze zasady obowiązujące dobrego asystenta to według ciebie...
Tu bardziej chodzi o życiowe dewizy, którymi kieruję się w pracy. Jeżeli coś robić to na 120%, dlatego solidność i profesjonalizm w połączeniu z pokorą stanowią idealny zestaw cech potrzebny do tej pracy.

Opisz swoje największe asystenckie wyzwanie do tej pory.
Zazwyczaj dużym wyzwaniem są sesje wyjazdowe. Jedną z nich była kampania realizowana dla polskiej marki pod koniec zeszłego roku w Wietnamie. Napięty grafik, realizacja filmu plus duża ilość zdjęć do wykonania, 5 przelotów, jet lag, życie na walizkach, 3 aparaty, a w międzyczasie jeszcze dopadł nas tajfun.

Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłeś się od Zuzy?
Olbrzymi warsztat i doświadczenie, ale Zuza ma swój specyficzny, bardzo konkretny styl pracy. Za każdym razem czymś mnie zaskakuje, zwłaszcza tym, jak patrzy na człowieka. Myślę, że to jest najważniejsza rzecz, jakiej się od niej nauczyłem.


Ewelina Droździuk, 25 lat
Asystentka stylistów Magdy Jagnickiej i Michała Kusia.

Jak zaczęłaś swoją asystenturę?
Przez długi czas wysyłałam maile do stylistów. Moim marzeniem było zostać jednym z nich, ale najpierw chciałam nabrać doświadczenia jako asystentka. Minął miesiąc, a w mojej skrzynce zero odpowiedzi. Postanowiłam więc wcielić w życie plan B i zagadać do kilku, akurat padło na pokaz Roberta Kupisza.
Wymyśliłam genialny patent. Wydrukowałam swoje CV, list motywacyjny oraz portfolio na malutkich karteczkach wielkości telefonu komórkowego, a następnie spięłam je ze sobą, tworząc mini książeczkę. Miała idealnie mieścić się w kopertówce.
Stało się! Odważyłam się zagadać do kilku stylistów i miałam szczęście - akurat ktoś szukał asystenta. Nie minął tydzień, a ja rozpoczęłam swój staż w redakcji Glamour. Wszystko działo się małymi kroczkami. Od sesji do sesji, poprzez przysłowiowe - przynieś, zanieś, pozamiataj. W końcu moja praca i zaangażowanie spodobały się stylistce — Magdzie Jagnickiej. Tak po ok. 2-3 miesiącach stażu w redakcji stałam się jej osobistą asystentką, pomagam przy sesjach. A gdy w redakcji jako szef działu pojawił się Michał Kuś, asystuję mu przy każdej modowej sesji do magazynu.

Na czym dokładnie polega twoja praca?
Jest to głównie praca fizyczna. Wiadomo, trzeba się wykazać znajomością trendów, projektantów, butików, ale to asystent wykonuje całą brudną robotę.
Moja praca przed planem sesji czy reklamy zaczyna się już na kilka dni przed. Najpierw reaserch, później wysyłanie maili do projektantów i domów mody, następnie wypożyczanie.
Zbieram rzeczy z całego miasta - z butików, showroomów, a potem zawieźć do biura i przygotować rzeczy. Nie mogą leżeć na kupie, jak w lumpeksie! Gdy stylista przeprowadzi wstępną selekcję, muszę wszystko spakować i przetransportować na plan zdjęciowy (ponowny zastępnik siłowni). Tam wszystko rozwieszam na wieszaki, segreguję i prasuję, tak aby Michał albo Magda mogli skupić się tylko i wyłącznie na tworzeniu stylizacji.
W trakcie sesji muszę być czujna, zwłaszcza gdy wymagane są poprawki, upięcia, przebiórki. Często się zdarza, że czegoś brakuje. Wówczas zostaję wysyłana po dodatkowe wypożyczenia w miasto. Najgorsze z całego procesu są zwroty. Wszystko trzeba posegregować, oddać, zanieść do pralni.

Opisz swoje największe asystenckie wyzwanie do tej pory.
Zwroty - to dla mnie największe wyzwanie. Szczególnie gdy oddaję rzeczy nie w umówionym terminie, bądź nie w idealnym stanie. Panie w sklepach zawsze przysparzają mnie o szybsze bicie serca, dokładnie oglądając zwracane produkty. Ja to nazywam „dietą asystenta" - spalanie mi rośnie x100 !
Znalezienie zagubionej rzeczy - taki problem pojawia się dość często i zawsze jest to trudny orzech do zgryzienia. Najciężej jest, gdy mam się przekopać przez samochód służbowy Magdy! Cały bagażnik i tył auta jest zapełniony po brzegi! A gdzieś tam wśród tych rzeczy mam odnaleźć jedną, zagubioną (śmiech). Przedzieranie się przez ten wyjątkowy składzik stylisty za każdym razem jest dla mnie wyzwaniem.
Kumulacja — najgorzej jest, gdy w jednym tygodniu nałożą się na siebie 3-4 zlecenia. Wówczas ja, jako asystentka, mam ręce pełne roboty. Oscyluję pomiędzy wypożyczeniami, zwrotami a samą obecnością na planie, szczególnie gdy asystuję dwójce stylistów.

Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłaś się od Magdy i Michała?
Nie mogę tutaj wyszczególnić jednej rzeczy. Tak naprawdę od Magdy i Michała nauczyłam się wszystkiego. Dwa lata temu skończyłam studia budowlane z tytułem mgr inż. i swoją przyszłość miałam spędzić w „kaloszach" na budowie. Zajmowałam się już stylizacją, prowadziłam bloga modowego. Nie miałam jednak wykształcenia w tym kierunku, więc szczerze mogę porównać ich dwójkę do profesorów katedry mody, wykładających na uczelni, którą jest dla mnie redakcja i sesje, na których asystuję. Każde z nich ma zupełnie inny styl i wymaga innego przygotowania. Cieszę się, że mogę z nimi pracować, bo od każdego uczę się czegoś zupełnie innego - odmiennego podejścia do trendów, mody. Super jest obserwować, jak pracują na planie zdjęciowym - zarządzają i komunikują się z całym zespołem.

Marcel Borowski
Asystent fotografa Kuby Dąbrowskiego.

Jak zacząłeś swoją asystenturę?
Skończyłem liceum, szczęśliwie dostałem się na ITF w Opawie, najdłuższe dotąd wakacje postanowiłem spędzić aktywnie. Przyszedłem do dużego studia, gdzie było wtedy dużo roboty, a byłem niezorganizowanym nastolatkiem.
Bardzo chciałem już pracować. Uczyć się niezależności, a jednocześnie robić coś związanego z fotografią, która była mi najbliższa.

Dlaczego właśnie Kuba Dąbrowski stał się twoim mentorem?
Bardzo lubiłem fotografie Kuby. Na pierwszej sesji, przy której razem pracowaliśmy, nie wiedziałem, kim jest. Chyba nie dostałem jego nazwiska w planie pracy, a nie znałem go też wcześniej osobiście. Pamiętam, że po zdjęciach zapomniał swojego iPoda i kiedy po niego wrócił chwilę porozmawialiśmy. Obaj jesteśmy z Białegostoku, on w Opawie był 10 lat wcześniej, ja wtedy zaczynałem tam studiować. Przy następnych sesjach Kuba brał mnie.

Na czym dokładnie polega twoja praca?
Kiedy jesteś asystentem przychodzisz do studia pierwszy i wychodzisz z sesji ostatni. Przygotowujesz przestrzeń, rozstawiasz lampy według idei fotografa, pilnujesz plików i backupów i zajmujesz się wszelką robotą, „którą trzeba zrobić" na planie: utrzymywaniem czystości, pilnowaniem, żeby niczego nie brakowało produkcji ani klientowi. To trochę połączenie dyżurnego, oświetleniowca i asystenta produkcji z planu filmowego.

Najważniejsze zasady obowiązujące dobrego asystenta to według ciebie…
Nie wiem, czy jestem wystarczająco dobrym asystentem, żeby takie zasady tworzyć, ale według mnie najważniejsze to mieć na planie oczy dookoła głowy, wyprzedzać myśli fotografa, zawsze szukać „patentu" na rozwiązanie problemu i przyznawać się do błędów. Dodałbym też, że dobrze przychodzić na zdjęcia wyspanym. Plany fotograficzne miewają nienormowany czas pracy, a wymagają dużego skupienia.

Opisz swoje największe asystenckie wyzwanie do tej pory.
Nie pamiętam niczego konkretnego. Praca asystenta z zasady nie należy do najlżejszych. Często trzeba wstać przed świtem, przenieść coś ciężkiego, wejść na wysoką drabinę. Dla mnie wyzwaniem samym w sobie była jednoczesna praca i organizacja sobie życia. Przyjechałem do Warszawy z innej rzeczywistości, przed chwilą skończyłem szkołę, wstawałem późno, opuszczałem mnóstwo lekcji. Nagle muszę wstawać czasem o 5 rano, pracować fizycznie cały dzień, mieszkać sam. W dodatku optymalnie byłoby wolne dnie spędzać na własnym rozwoju, nie na odpoczywaniu. Pierwszy rok asystowania przeleciał mi w totalnym amoku.

Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłaś się od Kuby?
Oglądam bloga Kuby i widzę zdjęcia Moniki i Józka w porannym świetle (partnerki i synka Kuby — przyp. red.), napisy z mokotowskich bloków, a potem fashion weeka w Paryżu. Jest bardzo uniwersalny, a jednocześnie nie potrzebuje odchodzić od własnego stylu. Mimo że Kuba wychował się w dokumentalnym nurcie, uważam go za najbardziej kreatywnego fotografa, z jakim pracowałem. Potrafi oglądać małe rzeczy jak wielkie. Każda osoba, którą fotografuje, jest równie ważna. Zauważyłem, że efekt zdjęć zależy od zaangażowania całej ekipy, ale to Kuba swoim oddaniem i pozytywnym nastawieniem wszystkich nastraja do pracy. Jest też jednym z niewielu fotografów, którzy pytają o szczerą opinię, dzięki temu ja też zawsze mogę zapytać, co on sądzi o moich zdjęciach.

Karolina Cieliczka, 23 lata.
Asystuje projektantom marki Bohoboco.

Jak zaczęłaś swoją asystenturę?
Wysłałam CV w odpowiedzi na ogłoszenie z ofertą stażu, szybko zostałam zaproszona na spotkanie i już
po 20 minutach od mojego wyjścia otrzymałam telefon z zaproszeniem na dni próbne. Moja radość była ogromna, tym bardziej, że od zawsze wiedziałam, że właśnie to chcę robić. Wiedziałam też, że nie mogę zmarnować tej szansy.

Dlaczego właśnie Gilbert i Kamil z BOHOBOCO stali się twoimi mentorami?
Wcześniej pomagałam na backstage'u jednego z pokazów marki. Moją uwagę przykuły nie tylko niesamowita kolekcja, ale także forma jej prezentacji i sama organizacja — wszystko dopięte na ostatni guzik i perfekcyjnie zaplanowane.

Na czym dokładnie polega twoja praca?
Mojej roli nie da się przyporządkować do schematycznie zamkniętych obowiązków w ramach konkretnego stanowiska. W zasadzie jestem zaangażowane w realizację projektów na każdym etapie - od momentu powstawania projektu, poprzez jego realizację aż do sprzedaży. Udział w projektowaniu - czyli tworzenie szkiców i rysunków konstrukcyjnych zarówno w sposób tradycyjny, jak i przy użyciu programów komputerowych, następnie wybór tkanin, dodatków, przymiarki i ewentualne poprawki. Oczywiście, jeżeli pomysły wychodzą ode mnie są konsultowane i akceptowane przez twórców marki. Oprócz tego zajmuję się realizacją zamówień, uczestniczę w przygotowywaniu pokazów oraz współpracy z klientami indywidualnymi.
Od początku starałam się też poznać cel i specyfikę pracy osób na wszystkich stanowiskach, by móc ich wesprzeć w razie potrzeby i być łącznikiem między nimi a Gilbertem i Kamilem. W razie potrzeby jestem w stanie zastąpić asystenta biura, obsłużyć sklep internetowy czy skoordynować pracę produkcji. Ta różnorodność zajęć i obowiązków to największa zaleta mojej pracy.

Najważniejsze zasady obowiązujące dobrego asystenta to według ciebie…
Elastyczność i opanowanie. Trzeba być gotowym na niespodziewane i umieć się do tego szybko dostosować.

Opisz swoje największe asystenckie wyzwanie do tej pory.
Myślę, że największym wyzwaniem, choć tak naprawdę w tej pracy ciągle podejmujemy nowe wyzwania, była praca przy pokazie na 5-lecia marki. Kiedy po zaledwie kilku miesiącach pracy nadzorowałam realizację projektów w tym dobierałam tkaniny, współpracowałam z konstruktorami, byłam też modelką (śmiech). Mało snu, dużo nerwów, ciężka praca do ostatniej chwili, ale też ogromna ekscytacja i satysfakcja po zakończonym pokazie.

Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłaś się od Bohoboco?
Klient oczekuje i musi otrzymać produkt najwyższej jakości, w ten sposób buduje się zaufanie i lojalność. To pierwsza (i najważniejsza) zasada, jakiej się nauczyłam od moich mentorów.
Może nas porywać wyobraźnia, ekscytacja własnymi pomysłami, wielka pokusa niczym nieograniczonej artystycznej samorealizacji, ale trzeba pamiętać, że nasza praca ma tylko wtedy sens, kiedy jest doceniona przez klientki - i to one muszą być siłą napędową wyobraźni.

Kolejna bardzo cenna dla mnie lekcja, którą wyniosłam pracując z Gilbertem i Kamilem (i której ciągle się uczę) to zasada złotego środka - pewnego niedającego się łatwo uchwycić, wymykającego spod prostych schematów balansu pomiędzy niczym nieskrępowaną wizją artystyczną a oczekiwaniami klientek. To bardzo subiektywna kwestia, ale wydaje mi się, że właśnie ona w głównym stopniu decyduje o sukcesie kolekcji, a w konsekwencji całej marki.

Gilbert to tytan pracy, mistrz organizacji (i dyscypliny), z dużym instynktem biznesowym, od którego codziennie uczę się nie tylko tajników mody jako działalności artystycznej, ale także biznesowej i technicznej. Kamil wnosi nieoceniony wkład w rozwój mojej wrażliwości estetycznej, pobudza kreatywność, pokazuje jak łączyć różne style, a jednocześnie uświadamia, że we wszystkim należy zachować odpowiedni koloryt subtelności bez niepotrzebnej, krzykliwej czy wymuszonej ekstrawagancji.

Iza Kućmierowska, 34 lata
Jest asystentką makijażysty Wilsona.

Jak zaczęłaś swoją asystenturę?
To długa historia, na 30 urodziny dostałam od męża wymarzoną szkołę makijażu (uśmiech). Oczywiście udało mi się ją skończyć z wyróżnieniem, ale cały czas miałam wielki niedosyt. Więc wzięłam wolne z postanowieniem, że znajdę nauczyciela i inspirację. Kupiłam prasę z modowymi sesjami. Pierwsze co zobaczyłam to kampania dla Reserved z Freyą w Szkocji i pomyślałam, że to najpiękniejszy makijaż, jaki widziałam w życiu i ktoś, kto go wykonał będzie mnie uczył. Zrobiłam research tylko nie mogłam nigdzie znaleźć Wilsona (teraz już wiem, że to pseudonim) trafiłam na Warsaw Creatives (agencja reprezentująca Wilsona — przyp.red.) i z duszą na ramieniu zadzwoniłam z pytaniem, czy Wilson przypadkiem nie szuka asystentki. Okazało się, że niekoniecznie, ale się nie poddawałam. Dzwoniłam regularnie przez 3 miesiące (uśmiech). W końcu usłyszałam, że nie ma szans na asystenturę. Ale po około tygodniu zadzwonił telefon i po drugiej stronie usłyszałam Wilsona. Powiedział, że jeśli muszę i jestem taka uparta to zapraszam na pierwszy dzień do kościoła na pokaz Zienia. Po odłożeniu słuchawki skakałam ze szczęścia. To było niesamowite, poczułam, że moje marzenie z dzieciństwa zaczyna się spełniać. Dalej już się samo potoczyło.

Wilson ma wielkie serce, jest jedna z najważniejszych osób, jakie poznałam w życiu.

Na czym polega twoja praca ?
Od razu puścił mnie na głęboką wodę, na pierwszym pokazie pozwolił mi malować, stał obok i spokojnie pokazywał i tłumaczył co mam robić. Oprócz tego do moich obowiązków należy czyszczenie pędzli i kosmetyków, ogólnie utrzymywanie czystości, Pilnowanie na planie czy makijaż wygląda dobrze podczas zdjęć, kiedy w tym samym czasie Wilson maluje następną modelkę. A w sytuacjach, kiedy jest dużo pracy (wiele osób) dostaję do pomalowanie część z nich.

Najważniejsze zasady obowiązujące dobrego asystenta to według ciebie...
Pracowitość, pracowitość i jeszcze raz pracowitość. Bardzo ważna jest pokora, takt i punktualność oraz chęć rozwoju.

Opisz swoje największe wyzwanie asystenckie do tej pory?
Kiedyś asystowałam Wilsonowi przy zagranicznej reklamie żelu pod prysznic, gdzie ciało musiało wyglądać nienagannie. Podczas każdego ujęcia podkład był zmywany z całego ciała i za każdym razem trzeba było malować od nowa. Pamiętam, że miałam odciski na rękach.

Najważniejsza rzecz, jakiej nauczyłaś się od Wilsona?
Sposobu patrzenia na kobietę i jej skórę. To, że nie można się poddawać, tylko próbować do skutku. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć! Jeśli widzisz, że coś jest nie tak, to lepiej wszystko wytrzeć i zacząć od nowa. Wilson zawsze mnie motywował do działania, zawsze mi powtarzał: „Hipcia musisz robić dużo swoich rzeczy". Szczerze mówił, co myśli o moich pracach, co jest w nich spoko a co słabe. Jestem mu bardzo wdzięczna za wszystko, jest moim mentorem i mistrzem!

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Grzegorz Broniatowski

Tagged:
opinie
polska moda