drugie dno „ostatniej rodziny”

Producent najgłośniejszego polskiego filmu tego roku, Leszek Bodzak, zdradził nam sekrety, które zmienią wasze spojrzenie na historię Beksińskich.

tekst Mateusz Góra
|
04 Październik 2016, 11:10am

„Ostatnia rodzina" Jana P. Matuszyńskiego zgarnia kolejne nagrody i przyciąga tłumy do kina. Zastanawiacie się pewnie, jak udało się ekipie wrócić do lat 70. i 80. z taką precyzją. Też byliśmy ciekawi, dlatego poprosiliśmy producenta filmu o kilka smaczków, które zupełnie zmienią wasze podejście do tego, co zobaczycie na ekranie.

Scenariusz „Ostatniej rodziny" czekał kilka lat na reżysera
W 2010 roku scenariusz Roberta Bolesto znalazł się w Konkursie Scenariuszowym Hartley-Merrill. Powstawał kilka lat w oparciu o zachowane materiały audio i wideo, które zostawił Beksiński. Częściowo także w oparciu o felietony, listy, artykuły. Później Robert zaczął poszukiwania reżysera. Po wielu perypetiach spotkał się z Jankiem Matuszyńskim i pozytywnie zaiskrzyło między nimi. Pojawiła się właściwa chemia między scenarzystą a reżyserem. Robert zaufał Jankowi, a Janek uznał, że ten scenariusz będzie idealny na jego debiut fabularny.

Przez pewien czas wszyscy bali się zrobić film o Beksińskich
Scenariusz powstał przed ukazaniem się książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny". Niewątpliwie jednak ta książka podgrzała zainteresowanie Beksińskimi. Przez pewien czas w branży filmowej chyba był lęk wobec tego tematu, chociaż powstał świetny scenariusz. Mnóstwo kontrowersji, plotek i niezdrowych emocji powodowało, że nikt nie chciał zrobić tego filmu. Rozbudzone zainteresowanie Beksińskimi pozwoliło zająć się na poważnie tematem, poderwać ten projekt z miejsca.

Nie dałoby się zrobić tego filmu bez pewnego muzeum...
Część rzeczy Zdzisława wciąż jest w Muzeum Historycznym w Sanoku, jedynym spadkobiercy Beksińskich. Z kolei kopalnią pamiątek po Tomku jest nieoceniony Tomasz Szwan. Wypożyczyliśmy od nich niektóre ubrania i płyty, telewizory, magnetowidy, maszynę do pisania itd. Nie dałoby się zrobić w oparciu o nie całego filmu, ale były bardzo przydatne. Resztę trzeba było znaleźć gdzieś w kraju. Rozmowy z Muzeum były szczególne - nie chodziło o aspekt biznesowy czy filmowy, ale o to, żeby się najpierw poznać, zaufać sobie i zrozumieć.

Ekipa ożywiła świat Beksińskich w skali 1:1
Cały świat, który widzimy w filmie, został starannie odtworzony. Oba mieszkania, Tomka i jego rodziców, zostały zbudowane w hali zdjęciowej na podstawie planów, zdjęć, materiałów wideo. Odwiedzaliśmy wcześniej też mieszkanie Tomka. Mieszkania Zdzisława nie mogliśmy z różnych względów zobaczyć, ale i tak fundamentalnie się zmieniło. Na szczęście pracownia Zdzisława została odtworzona w Muzeum Historycznym w Sanoku. Długo szukaliśmy też rekwizytów z epoki.

Nawet część zdjęć powstała na sprzęcie z epoki
Odtwarzaliśmy nagrania Zdzisława na takim samym sprzęcie, jakiego używał. Kupowaliśmy stare kamery w internecie, które często zacinały się na planie. Do filmu sprytnie wpletliśmy dwa fragmenty z oryginalnych nagrań Beksińskiego. Przypuszczam, że przez fanów Zdzisława zostaną wychwycone. Mamy też nagrania na kamerze 16mm. W filmie mamy też scenę wywiadu Tomka Beksińskiego w „Wieczorze z Wampirem" - tam połączyliśmy oryginalnego Jagielskiego i wkluczowaliśmy w obraz Dawida Ogrodnika w roli Tomka.

Na nowo przywrócono też do życia miejsca z przeszłości
Nie mogliśmy tego filmu realizować w naturalnych wnętrzach i plenerach - ich już po prostu nie ma. Pomiędzy blokami, w których mieszkał Tomek i reszta rodziny, nie ma już takiej samej ścieżki, wszystko wygląda teraz inaczej. Połączyliśmy więc pracę scenograficzną z pracą grafików komputerowych. W Konstancinie na łące zbudowaliśmy fragmenty chodnika, otoczyliśmy go blue boxami. Potem na podstawie archiwalnych zdjęć wkleiliśmy w odpowiednie miejsca bloki. Podczas festiwalu w Locarno ludzie pytali, gdzie są jeszcze takie osiedla w Polsce. Nie mogli uwierzyć, że to wszystko zostało stworzone komputerowo. „Ostatnia Rodzina" jest naszpikowana efektami specjalnymi, których nie widać i jesteśmy z tego dumni.

Twórcy są szczególnie dumni z jednej, wyjątkowo trudnej sekwencji
Myślę, że po scenie katastrofy lotniczej każdy będzie się zastanawiał, jak w ogóle można było ją nakręcić. Przy odpowiednim przygotowaniu, nastawieniu i precyzji można jednak w ramach średniego budżetu zrobić coś naprawdę fantastycznego. W scenariuszu była tak napisana, że każdy, kto się z nim stykał, mówił po prostu: „nie da się". Cała scena jest w jednym ujęciu - od momentu, kiedy jesteśmy z Tomkiem, potem z samolotem zaczyna coś się dziać aż do momentu, kiedy pasażerowie wybiegają z wraku na łąkę. Pierwszym, najbardziej oczywistym sposobem zrobienia tej sceny, stosowanym w Hollywood, jest zbudowanie wnętrza samolotu w studiu i poruszanie go na platformie hydraulicznej, co było poza naszym zasięgiem budżetowym. Wykorzystaliśmy więc inne dostępne nam możliwości i udało się. Mogę tylko zdradzić, że pomógł nam w tym tir, naczepa i tor na Żeraniu (śmiech).

Dodatkowym utrudnieniem był dokładnie obliczony czas każdej sceny
Cały film jest oparty na długich ujęciach. Od początku było wiadomo, że cięcia montażowe nie uratują ewentualnych wpadek. Trzeba było zrealizować do perfekcji każdą scenę - wchodziła w całości albo przepadała. Cały film został dokładnie wymetrowany przed zdjęciami - rozpisaliśmy trwanie każdej sceny, żeby zmieścić całość w dwóch godzinach. Pierwsze dni na planie były przez to najtrudniejsze. Aktorzy i reżyser musieli ustalić każdy szczegół poruszania się aktorów i tempo dialogów. Pierwsza scena, którą kręciliśmy, czyli odwiedziny rodziców w mieszkaniu Tomka, miała trwać 1,5 minuty. Przy pierwszej próbie trwała 3 minuty. Oczywiście aktorzy powiedzieli na początku, że tego się po prostu nie da zagrać o połowę krócej. Po dwóch, trzech godzinach powtarzania ktoś krzyknął, że jest minuta i 35 sekund, rozległy się brawa. Na tym właśnie to polegało - chodziło o perfekcyjne odegranie sceny tak, żeby pojawiły się odpowiednie emocje i równocześnie odpowiedni czas trwania.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

I rozrastająca się ścieżka dźwiękowa
Tak naprawdę Robert Bolesto już na etapie scenariusza wymyślił częściowo muzykę do tego filmu. W dużej mierze Janek wykorzystał jego sugestie, ale okazało się, że potrzeba tej muzyki w filmie dużo więcej, więc musiał dodać też sporo od siebie. Muzyka w filmie pojawia się tylko w momentach, kiedy słuchają jej bohaterowie. To powodowało, że musieliśmy wykorzystać wyłącznie oryginalne nagrania, które są droższe niż covery. Z paroma wyjątkami udało się pozyskać do filmu wszystkie utwory, na których nam zależało.

Najważniejsze były jednak emocje między aktorami
Przyjęliśmy założenie, że aktorzy mają być jak rodzina. Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik nie znali się przed rozpoczęciem przygotowań do filmu. Dawid znał się za to z teatru z Olą Konieczną. Znajomości prywatne przestały mieć szybko znaczenie, bo aktorzy stworzyli na potrzeby tego filmu autonomiczną relację. To stało się samoistnie. Bardzo często rozmawiali ze sobą i z Jankiem po prostu o życiu. Zostali rodziną - pewnie w jakimś sensie na zawsze.

Co zaowocowało wieloma improwizowanymi scenami
Niektóre sytuacje na planie były improwizowane i ostatecznie pojawiły się w filmie. Tak było ze sceną wycieczki rodziny Beksińskich na zamek. Reżyser dał aktorom kamerę i powiedział: „Kręćcie się".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Hubert Komerski/Aurum Film

Tagged:
sztuka
ostatnia rodzina