artur rojek: nie kręcą mnie zespoły, które ładnie się noszą

Krótki przewodnik po emocjonalnym świecie Artura Rojka.

tekst i-D Staff
|
06 Kwiecień 2016, 1:15pm

Jest szefem festiwalu, pisze, produkuje muzykę, śpiewa. Przylgnęła do niego łatka chłopaka ze Śląska i jednego z najbardziej obytych muzycznie ludzi w kraju. My odkrywamy delikatne oblicze Rojka i pytamy o momenty oraz emocje, które wpływają na jego (nie tylko muzyczny) świat.

wrażliwość
Mówisz w wywiadach, że nie byłeś „beksą" w dzieciństwie, byłeś uznawany za silnego. Nie akcentujesz jednak swojej „męskości" w muzyce. Co daje ci spojrzenie z bardziej „kobiecej", wrażliwej perspektywy?
To na pewno w jakimś stopniu wychowanie. Kobiety w mojej rodzinie były silniejsze i liczniejsze od mężczyzn. Do tego wszystko to, co „po drodze" przeżywałem i wpływało na moją wrażliwość, wrodzona konstrukcja psychiczna.

Jak myślisz - wrażliwości uczymy się z czasem, czy jest czymś wrodzonym? Jak o nią dbać?
Myślę, że bazę dziedziczysz i nabywasz we wczesnym okresie życia. Potem jest już tylko pielęgnacja i korekta. Całę życie czegoś się uczę i nie widzę końca ... To fascynujące i ciężkie zarazem. Zwłaszcza kiedy pomimo upływającego czasu, popełniasz błędy sprzed lat.

Zamilska: cenię sobie niezależność

początki
Co spowodowało, że poszedłeś w kierunku muzyki? To były bardziej pozytywne emocje, jak ciekawość, czy bardziej gniew albo frustracja?
Kiedy patrzę wstecz widzę, że muzyka zawsze była gdzieś we mnie. Mam szczególną wrażliwość na dźwięki. Odziedziczyłem to po babci. Ona śpiewała w chórze, grała na organkach ustnych, flecie prostym i kolekcjonowała nagrania, podobnie jak ja teraz to robię. Zawsze dobrze śpiewałem i recytowałem wiersze na akademiach. Na lekcjach muzyki, kiedy śpiewałem „a wszystko te czarne oczy" nauczycielka płakała. To było wtedy dla mnie dziwne, bo nie wiedziałem dlaczego. Przez lata nikt nie zwrócił mi uwagi, że to coś, co powinienem rozwijać. Dopiero kiedy byłem na studiach sam o tym zdecydowałem zakładając zespół. W pierwszych miesiącach chodziłem po mieście i szukałem wokalisty. Nie znalazłem, więc sam postanowiłem śpiewać.

Tęsknisz trochę za czasami, kiedy zaczynałeś? Nie byłeś jeszcze rozpoznawalny, mogłeś chodzić swobodnie własnymi ścieżkami, bez tak dużych zobowiązań...
Mam duży sentyment do przeszłości, ale nie tęsknię. To nie był lepszy czas od tego, który jest teraz, był po prostu inny. Nie czuję, że nie mam swobody, a bez zobowiązań trudno byłoby mi egzystować. Poza tym je lubię.

Co czułeś podczas swoich pierwszych występów przed publicznością? Czy te emocje w Tobie zostały?
Pierwsze koncerty były dla mnie kolosalnym wydarzeniem. Żyłem nimi kilka tygodni przed i kilka po. Niesamowite uczucie. Zniósłbym każdą niewygodę, żeby stanąć na scenie i móc śpiewać. Kiedy Myslovitz stał się popularnym zespołem, grałem 150 koncertów rocznie. Zacząłem zdobywać doświadczenie i zacząłem działać bardziej profesjonalnie. Pod koniec lat 90. pojawiło się pierwsze przemęczenie. Długie trasy po Polsce i jakieś tarcia wewnątrz nie służyły nikomu. Szczęśliwie rok, dwa lata później wydaliśmy płytę na świecie (26 krajów) i zaczęliśmy częściej wyjeżdżać. To było mocno ożywcze, ale tarć nie ubywało i w zasadzie do końca egzystowaliśmy trochę na krawędzi. Koncerty bywały w tym czasie różne. Ich regularna i duża ilość powodowały, że graliśmy świetnie technicznie, ale bywały momenty, kiedy coraz rzadziej łapaliśmy wspólny lot.

Teraz jestem w kompletnie innym miejscu. Mam większy wpływ na to, gdzie i ile gram. Nagrałem dobrze przyjęty album i mam nowy zespół. Moja praca jest różnorodna. Mam więcej dystansu.

Justyna Święs: nie piszę tylko o miłości

kariera
A co czułeś po kilku latach? Co się zmieniło wraz z upływającym czasem?
To jest praca jak każda inna. Nawet jeżeli jest to coś, co uwielbiasz robić, bywają momenty, kiedy czujesz znużenie. Kiedy jesteś młodszy wydaje Ci się, że to najważniejsza rzecz w życiu. Z czasem to powszednieje. Ważniejsze stają się inne rzeczy, a granie to Twoje zajęcia, które bardzo lubisz i szanujesz, jak każdą pracę. Przynajmniej ja tak czuję.

Robisz równocześnie mnóstwo rzeczy na raz - organizujesz festiwal, komponujesz, piszesz. Skąd bierzesz na to energię? Co napędza cię do działania?
Myślę, że robię za dużo. To w pewnym sensie mój problem, który jednocześnie stał się paliwem do działania. Mam taki charakter. Szybko zapominam o tym, co było, bo napędza mnie myśl o tym, co będzie.

wspomnienia
W Twoich tekstach jest mnóstwo nawiązań do filmów, momentów w życiu, konkretnych sytuacji. Czy najważniejsze w muzyce są dla ciebie takie właśnie momenty, odłamki wspomnień?
Najważniejsze są dla mnie uczucia, jakie się w związku z tym wyzwalają. Kiedy udaje mi się do nich dotrzeć, to czuję się zadowolony z tego, co napisałem. Wiele razy próbowałem napisać coś na przekór tego, z czego jestem znany. Słyszałem: „bądź bardziej pozytywny". Próbowałem, ale się nie udało. Poruszają mnie takie, a nie inne rzeczy i w tym czuję się najlepiej. Lubię, kiedy mnie coś wzrusza i mną wstrząsa, więc sam też lubię, jeżeli udaje mi się spowodować takie emocje u innych…

Kortez — czuły twardziel

odpoczynek
Potrafisz się czasem zatrzymać, usiąść i zrelaksować? Jaka muzyka jest w stanie cię „zatrzymać"?
Staram się. Robię różne rzeczy, włącznie z powtarzaniem sobie: „nie wiem". Muzycznie, w związku z rolą dyrektora artystycznego, przez moją głowę przechodzi bardzo wiele różnych rzeczy i może dlatego, kiedy słucham czegoś, co nie ma związku z pracą, to wybieram Williama Basińskiego, Arvo Parta albo jazz. Słucham dużo jazzu. Na razie przerabiam lata 60. Powoli za sprawą tych, którzy oddziałują współcześnie (Flying Lotus, Thundercat, Jameszoo), zaczyna mnie interesować, co działo się potem. Odkrywam więc takich artystów jak Steve Kuhn. Lubię starocie. Kręcą mnie wszyscy ci, którzy nagrali jedną dobrą płytę, a potem z różnych powodów nie udało im się zaistnieć na dłużej.

Masz czasem ochotę rzucić zajmowanie się muzyką, uciec gdzieś, coś zmienić?
Mam tendencję do tego, że co jakiś czas wywracam świat do góry nogami. Rzucałem granie wiele razy, ale to było mocno emocjonalne i niepoparte rzeczywistością. Musiałbym uciec od siebie, a to niemożliwe.

satysfakcja
A co sprawia ci największą satysfakcję?
Rodzina, wspólna codzienność, patrzenie na moje dzieci. Wychowanie z całą gamą różnych uczuć: radością, zmęczeniem, brakiem czasu dla siebie.

Jakich emocji szukasz w młodych zespołach? Czy jest coś, co zawsze szczególnie ci w nich imponuje?
Nie kręcą mnie zespoły, które ładnie się noszą, a nie potrafią grać. Takie zachwyty mam już za sobą. Wierzę w przekaz, emocje i siłę dobrej kompozycji, dlatego wolę Savages niż Hinds.

Zakochałeś się ostatnio w jakimś kawałku od razu?
Często wracam do „Carrie And Lowel" Sufjana Stevensa. To moim zdaniem jedna z najpiękniejszych rzeczy, które ostatnio się ukazały. Możesz tam znaleźć wiele cudownych piosenek. Uwielbiam „Shouldhaveknowbetter", „Drown To the blood" albo „All of me wants all of you". Gdybym miał wskazać idealną dla mnie muzykę teraz, to byłby mój wybór, plus William Basiński i Tariverdiev.

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcie: Karol Grygoruk

Tagged:
Wywiady
muzyka
Artur Rojek