Image via Instagram

emily ratajkowski w tarapatach przez komentarz na temat włosów

Czy nie powinniśmy już porzucić tych przestarzałych ideałów kobiecości?

|
sty 23 2018, 3:47pm

Image via Instagram

Wygląda na to, że dzisiejsze supermodelki i gwiazdy Instagrama nie mogą się uwolnić od skandali. Weźmy na przykład Kendall Jenner, która stworzyła z siostrą Kylie kolekcję T-shirtów łączącą ich fotki ze zdjęciami zmarłych raperów. Tę wtopę przebija tylko jej reklama Pepsi, która zdawała się wymazywać istnienie ruchu Black Lives Matter i rozwiązywać rasizm za pomocą jednej puszki napoju w jej rękach.

Amerykańska modelka i aniołek Victoria's Secret, Emily Ratajkowski ma wyjątkowego pecha a może skłonność do niezręcznych sytuacji. EmRata (jak nazywa się w internecie) stała się znana dzięki teledyskowi „Blurred Lines" Robina Thicke, w którym wystąpiła jedynie w skąpych stringach. Tekst piosenki został uznany za seksistowski i lekko ocierający się o molestowanie. To także Emily (razem z Kim Kardashian) ściągnęła na siebie gniew feministek, gdy ogłosiła, że wrzucanie do sieci selfie topless jest „wyzwalającym", a tym samym feministycznym doświadczeniem.

Jej najnowsza wtopa sprawiła, że została nazwana „niewrażliwą" i „lekceważącą". Wszystko z powodu komentarza, który napisała w związku ze swoją nową rolą — Emily została twarzą marki produktów do pielęgnacji włosów, Kérastase. Promując ją na Instagramie napisała pod swoim zdjęciem z długimi i gęstymi włosami: „Włosy są fundamentalną częścią urody, kobiecości i tożsamości". Setki kobiet z ogolonymi głowami, krótkimi włosami, łysieniem i brakiem włosów związanym z chemioterapią zaczęły zalewać ją komentarzami, w których zaznaczyły, że wcale nie są w mniejszym stopniu kobietami. Stwierdzenie Emily zostało skrytykowane za płytkość i wykluczanie innych.

„To po prostu złe podejście, koniec, kropka", napisała jedna z internautek. „Włosy nie są ani fundamentem urody, ani wyznacznikiem standardu kobiecości". Inna komentująca opisała swoje doświadczenia związane z tym tematem: „Dzięki. Straciłam włosy w dzieciństwie. Nigdy nie miałam przywileju układania sobie fryzury na pokazy tańca, bale, zjazdy absolwentów. Nie będę też miała szansy ułożyć ich na swój ślub".

Jak widać Emily najwyraźniej nie do końca przemyślała znaczenie tego, co napisała (zresztą później zedytowała swoją wypowiedź). Powinna była przewidzieć, że może urazić wiele osób. Jednak w pewnym sensie ma rację: długie, lśniące włosy naprawdę są istotną częścią pewnej koncepcji kobiecości. Dlatego internautka opisała ich układanie jako „przywilej", który nie był jej dany. Inna osoba zaznaczyła: „Tak, włosy są fundamentalnym wyznacznikiem kobiecości. Dlatego pacjentki walczące z rakiem noszą peruki".

Kobiecość jest koncepcją opartą na wykluczeniu. Kobiety są oceniane na podstawie nierzeczywistego ideału i są krytykowane w zależności od tego jak bardzo od niego odstają. To z natury dyskryminująca idea, faworyzująca młode, szczupłe, zdrowe, białe, majętne, pełnosprawne kobiety z długimi włosami i minimalnym lub nieistniejącym owłosieniem. To seksistowska, heteronormatywna, rasistowska, dyskryminująca ze względu na wiek, rozmiar i sprawność koncepcja, oparta na tym jak „dobre do pieprzenia" są kobiety według społeczeństwa dającego pierwszeństwo pragnieniom mężczyzn — szczególnie białych. Te „mniej zdatne do pieprzenia" — bo są grube, stare, chore, biedne, LGBT+, mniej sprawne lub czarne (czego dowodzi ta analiza Tindera) — są często dyskryminowane i odczłowieczane, jak pokazuje przerażająca skala przemocy wobec transpłciowych kobiet, szczególnie o innym kolorze skóry, niż biała.

Posiadanie i kultywowanie faworyzowanych cech kobiet (i chwalenie się nimi np. poprzez selfie bez koszulki) może sprawić, że kobiety poczują dumę, jakby odniosły sukces w bardzo wąskich ramach narzucanych na nie przez patriarchat. Ta interpretacja feminizmu kompletnie ignoruje kobiety, które nie chcą lub nie mogą się do nich dostosować. Dla wielu z nich oblanie egzaminu z kobiecości oznacza śmierć. Mogą zostać zaatakowane za to, że są transpłciowe, nie są białe, należą do innej subkultury albo po prostu mówią co myślą i stawiają opór. Dla nich udawanie, że też należą do tej grupy, co Emily, jest nieszczere i ignoruje ucisk, z jakim się borykają. Zadaniem feministki nie jest umacnianie samej siebie, ale obalenie patriarchatu, tak aby wszystkie kobiety zostały uwolnione od opresyjnych standardów kobiecości, heteronormatywności i supremacji białej rasy. Aby to się stało, kobiety, które dziś są na szczycie, muszą wykorzystać swój przywilej, walcząc o wyzwolenie wszystkich kobiet, a nie tylko powtarzać banały, że wszystkie już zwyciężyłyśmy. Jak widać, wcale tak nie jest.

W swojej słynnej książce „Druga Płeć" (1949) francuska ikona Simone de Beauvoir napisała: „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje". Ostatnio amerykańska filozofka feministyczna Judith Butler poszła o krok dalej, pytając: „Stajemy się kobietami czy to nieskończony proces 'stawania się' nimi?". Dla Butler płeć jest performatywna — jest ciągłym, nieświadomym powtarzaniem mowy ciała, manieryzmów i zachowań, a także dbania o wygląd w sposób, który pasuje do kulturowych oczekiwań wobec przypisanej nam płci. Kobiecość to jedynie sposób, w jaki prezentujemy światu swoją płeć. Wszystkie wpadamy w błędne koło „niekończącego stawania się kobietami", bo nie ma idealnego przykładu kobiecości — ani męskości — który można osiągnąć. Obie koncepcje są subiektywne, więc próby dopasowania się do nich nigdy nie skończą się stuprocentowym sukcesem.

Zamiast zaakceptować to, że żyjemy na grząskim gruncie między kobiecością i męskością, ciągle niespełniając wymogów społeczeństwa i kultury (szczególnie tych przerobionych w Photoshopie w świecie reklamy i mody), musimy odrzucić całą tę skalę, mającą określać naszą wartość. Próba zamknięcia nas w tak wąskich ramach całkowicie ignoruje głosy dumnie androgynicznych i „męskich" kobiet. Zamiast tego powinniśmy się zastanowić, dlaczego tak wielką wagę przywiązujemy do „kobiecości".

Grube aktywistki mogą nas wiele nauczyć na temat odrzucania uciskających wartości kulturowych i społecznych. W radykalny sposób przejęły kontrolę nad swoimi ciałami i odrzuciły mające dobre intencje, jednak ostatecznie wykluczające je eufemizmy „krągła", „pełna" i „plus size". Nazywając się po prostu grubymi, aktywistki pokazały niewygodną prawdę o naszym podejściu do tłuszczu i nieproporcjonalnie wielkiej wartości, jaką przywiązujemy do szczupłości. Zmusiły nas do zastanowienia się, dlaczego uważamy tłuszcz za coś wstydliwego i obraźliwego.

Zamiast się upierać, że wszystkie kobiety są kobiece, powinniśmy spojrzeć na prawdziwy ucisk patriarchatu i zapytać, czemu w ogóle wymagamy od nich tej całej „kobiecości". Gdy zrozumiemy, że to niedorzeczne standardy, będziemy mogli je całkowicie odrzucić. Jeśli piękno bierze się z wnętrza, odrzućmy na dobre binarne brednie przemysłu urodowego.

Artykuł pochodzi z brytyjskiego wydania i-D.

Sprawdź też: