antyprzewodnik po polskim techno

Znudzony bajdurzeniem o polskim techno, napisałem przewodnik po tym dlaczego polskie techno nie istnieje.

tekst Jakub Mihilewicz; zdjęcia: Paulina Hanzel
|
11 Październik 2017, 7:50am

fot. Paulina Hanzel

(Afro)futuryzm
Techno te trzydzieści parę lat temu wyrażało awangardowego ducha, maszynowa muzyka miała przypominać ścieżki dźwiękowe filmów science fiction, lądowanie UFO, wizje miast przyszłości bądź alternatywnej rzeczywistości - jak projekt Drexciya, który opowiadał o przypominającej mityczną Atlantydę krainie, zasiedlonej przez oddychające pod wodą dzieci ciężarnych kobiet-niewolnic z Afryki, zrzucanych ze statków handlarzy niewolników jako zbędny balast. Metroplex, wytwórnia płytowa założona przez Juana Atkinsa, miała być futurystyczną odpowiedzią na Motown, której sukces przyczynił się do integracji rasowej miasta Detroit. Czy podobnie radykalna wizja społeczno-historyczna ukrywa się gdzieś w polskim techno?

Electronic Body Music
Odpowiedź jest prosta - nie. Zacznijmy od tego, że Polska nie posiada zbyt obfitej tradycji techno: Trumpet & Drums, Wieloryb czy Nowy Horyzont, pierwsze elektroniczne projekty z wczesnych lat 90. są bliższe muzyce EBM lub industrialowej niż techno. Nielicznymi wyjątkami są np. jungle'owy Millenium czy Jamrose, plasujący się gdzieś pomiędzy electro a muzyką eurodance. Polska scena klubowa zawsze stała bardziej muzyką house i jej wieloma odmianami - rezydenci legendarnego klubu Ekwador w Manieczkach sami mówią, że grają house, ewentualnie trance, ale stanowczo odcinają się od techno.

„Polskie" techno?
Faktycznie od jakiegoś czasu jak grzyby po deszczu powstają nowe techno inicjatywy, w każdym większym ośrodku miejskim znajdziemy po kilka ekip organizujących techno importy, fanpejdży z „techno" w nazwie jest ze dwadzieścia – ale co za tym wszystkim idzie? Czy możemy mówić o jakiejś „polskiej szkole techno"? Moim zdaniem – nie do końca. Niektórzy się ze mną nie zgodzą – powstają już takie artykuły w prasie zagranicznej jak „Wprowadzenie do elektronicznej muzyki awangardowej w Polsce" serwisu Bandcamp, ale jest to część serii artykułów eksplorujących konkretne rejony topografii współczesnej muzyki, targetowanych później do ludzi potencjalnie zainteresowanych takim tekstem – a więc advertorial, czyli artykuł będący jednocześnie reklamą (w tym przypadku samej usługi Bandcamp, z embedowanymi utworami polecanej usługi).

Kult cargo
Wciąż większość tych inicjatyw jest bardzo zachodniocentryczna – konkretnie zapatrzona na Berlin, jako święte miejsce i mekka tego „prawdziwego" techno (niestety nie ma miejsca, by dyskutować o prawdziwości tego stwierdzenia). Nadal wystarczy zorganizować imprezę z importem i wielkim napisem „BERLIN" na plakacie, aby zapewnić sobie publikę. Organizowanie wydarzeń muzycznych z samymi lokalsami jest bardzo ryzykowne – prawdopodobnie tego samego wieczoru jest 5 innych imprez z importami z Berlina, które cię połkną. To, co o importach mówił Paweł Janeda ze Strikt jest słuszne, ale to bardziej plan działania dla polskiej sceny niż stan obecny.

Co z tym rejwem?
To, co dzieje się ze słowem techno, przypomina zawrotną karierę słowa "hipster" kilka lat temu. Techno jest pustym znaczącym, w które każdy wlewa własne doświadczenia i rozumienie świata. Jednak warto posegregować sobie, chociaż kilka podstawowych pojęć, nawet jeśli używamy słowa "techno" w najszerszym możliwym rozumieniu, czyli jako każdą elektroniczną muzykę taneczną. Rave, podobnie zresztą jak wspomniany już "hipster", to termin wywodzący się z kultury bitników; przejęty przez scenę acid house i po raz pierwszy użyty gdzieś w okolicy drugiego "lata miłości", między 88 a 89 rokiem. Choć wiele miast, klubów i scen rości sobie prawa do bycia pierwowzorem tej kultury, jak np. Manchester i klub Hacienda w 24 Hour Party People, to prawdą jest, że podobne imprezy rodziły się symultanicznie w wielu miejscach Europy.Od okolic 1990 roku rave często był utożsamiany z nielegalną imprezą - przez ścisłe regulacje prawne i walkę z hałasem oraz narkotykami, jak pod koniec rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, gdzie imprezy rave zmuszone były do zejścia do podziemi, stąd tłumy ludzi w lasach lub w opuszczonych magazynach. Niewiele ma to wspólnego z dzisiejszymi, komercyjnymi festiwalami dla setek tysięcy ludzi.

Festiwalizacja
Skąd więc w ostatniej dekadzie taka eksplozja popularności festiwali? Prócz chwilowej mody i finansowych nakładów inwestorów, którzy skuszeni obietnicą zysku pompują bańkę z napisem „muzyka elektroniczna" do granic wytrzymałości – co jest bardziej zachodnim scenariuszem, w Polsce mamy do czynienia z NGO-izacją sektora kultury – festiwale często powstają przy znacznych nakładach finansowych samorządów oraz Ministerstwa Kultury. Jak przy każdej „pracy na projekcie" zwiększa to czynnik ryzyka – nigdy nie wiadomo czy w kolejnym roku dany festiwal otrzyma łaskawie wsparcie od Ministra – co, jeśli nie organizujemy akurat koncertów muzyki sakralnej, może być lekko utrudnione.

Komodyfikacja i szowinizm
A więc co, nie ma absolutnie nic ciekawego, istnieje tylko sprywatyzowana pustynia, utowarowienie oddolnych nurtów i koszulki z napisem „hello techno" z sieciówki, marne kopie białostockiego #pozdrotechno? Niekoniecznie, tu i tam pojawiają się promyki światła, jak, nomen omen, cykl Światło, młodsza siostra Brutażu. Ten ostatni wraz z Wixapolem pojawia się w co drugim tekście publicystycznym (choć być może to tylko efekt czystej ekspozycji z mojej strony) i jest ku temu zestaw powodów. Wixapol chyba jako pierwszy z taką dezynwolturą mówi o używkach i współpracuje ze Społeczną Inicjatywą Narkopolityki – zamiast stygmatyzować, proponuje program redukcji szkód. Brutaż natomiast robi coś, co w 2017 roku w Polsce nadal może wydawać się szokujące – odważa się stwierdzić, że kobiety też mają prawa. W naszej kulturze głęboko zinternalizowanego seksizmu organizowanie warsztatów samoobrony dla dziewczyn w klubach spotyka się z lekceważącymi parsknięciami.

Co jeszcze?
Jest Unsound, który od lat stara się poszerzyć hedonistyczny klubowy krajobraz o program rozmów, paneli dyskusyjnych i wykładów. Jest Up To Date, który ma najlepszy marketing od lat, i chyba jako jedyny zaprasza też lokalnych seniorów na zabawę (za darmo!). Są twórcy, którzy prezentują coś autentycznego i autorskiego – jak Bartosz Zaskórski, który pod pseudonimem Mchy i Porosty tworzy niepowtarzalną paletę brzmień z okolic techno i ambientu. Jest audiowizualny duet WIDT, kwaśna FOQL, hauntologiczny Palcolor. Jest kilka ciekawych labeli, jak wydająca muzykę na kartach SD Audile Snow, czy szereg kasetowych fetyszystów: Sangoplasmo czy Pointless Geometry, są już popularne za granicami Monotype/Bôłt i Bocian Records.
Ale czy faktycznie uczestniczymy w czymś historycznym, narodzinach „polskiej sceny techno"? Zobaczmy się za 10 lat i wtedy wyciągnijmy wnioski.

Tagged:
muzyka
Kultura
wixapol
światło
brutaz