czułość, rodzaj utopii

O takich miejscówkach jak Czułość opowiada się po latach, używając przymiotników typu „legendarna” albo „kultowa”. Jej założyciel Janek Zamoyski chce to, co udało się w Warszawie, zaszczepić również w świecie. Nam opowiedział o tym, jak z walki utopii...

tekst i-D Staff
|
23 maja 2015, 11:50pm

fot. Janek Zamoyski

Jeżeli mieszkasz w Warszawie i w ciągu ostatnich czterech lat nie usłyszałaś o Czułości, może to niestety oznaczać, że masz w poważaniu współczesną fotografię, muzykę, w ogóle nie imprezujesz oraz pewnie nie masz internetu. Czułość działała bowiem na tylu różnych frontach, że nazywanie jej galerią jest jednak niedopatrzeniem. Nigdy nie zamknęła się w sztywnych ramach instytucji, do której przychodzi się pokontemplować dobrą sztukę, a raz na parę tygodni odbywa się tam towarzyskie popijanie winka dla niepoznaki nazywane wernisażem. Przeciwnie - ona te ramy rozsadzała i wyznaczała nowe tory.
Galeria znów poszukuje siedziby, już piątej w swej czteroletniej historii. O przyszłość pytam współzałożyciela Czułości, jednego z jej artystów i - jak sam przyznaje - lidera bardziej z konieczności niż z wyboru.

Janku, co dalej z Czułością?
Janek Zamoyski: Mam teraz czas podsumowań i szukania nowej formuły. Pod koniec istnienia Czułości na Widok zrobiłem sobie trzymiesięczne wakacje, przepłynąłem Atlantyk - miałem czas, żeby myśleć. Wróciłem z nastawieniem, że trzeba to wszystko uruchomić jeszcze raz, ale na nowych, bardziej dojrzałych zasadach.


Czułość podczas pracy nad wystawą Very Contemporary. Fot. Weronika Ławniczak, od lewej: Nampei Akaki, Vova Vorotniov, Johann M. Winkelmann, Paweł Eibel, Franciszek Buchner, Stanisław Legus, Janek Zamoyski

To jakie są teraz twoje oczekiwania?
Czułość zaczęła się od tego, że dzieciaki z podwórka powiedziały sobie i paru innym osobom: „Okej, to wy będziecie teraz artystami i robimy to, czego nam brakowało". Bardzo silna, szczera energia. Nie aspirowaliśmy do art worldu, nie szukaliśmy klucza do kuratorów, rynku sztuki. Z Witkiem [Orskim] mawialiśmy kiedyś, że wystawiamy środkowy palec, robimy swoje. Mieliśmy środowisko na tyle silne, że zewnętrzne struktury związane ze sztuką mogły być dla nas najwyżej partnerami - czuliśmy się bardzo mocni. I rzeczywiście, to oni do nas zaczęli przychodzić, a nie my do nich… ale prawie ich nie zauważaliśmy. Nawet jeśli w 5-10-15 czy na Dąbrowieckiej osoby ze świata sztuki bywały, to to, co się działo między nami, było wystarczająco żywe i inspirujące, że pozostaliśmy samowystarczalni.
W całej układance to jednak rzeczywistość jest najsilniejszym graczem. Próbuję wejść z nią w szranki - to moja główna idea, rodzaj utopii. Odejścia poszczególnych artystów wynikają właśnie z tego zderzenia utopii z rzeczywistością. Ale ja nie potrafię znaleźć w życiu nic bardziej kręcącego niż taka donkiszoteria. To jest abstrakcyjne jak sztuka.

Dla mnie sztuka powinna wynikać nie z wiedzy (choć wiedza pomaga w interpretacji), ale z doświadczeń i poszukiwań, eksperymentowania na sobie i rzeczywistości, z bardzo dużej świadomości współczesności i z prób wymknięcia się schematowi wszechświata.
Teraz wchodzimy w dorosłość. Już nie jesteśmy tymi dzieciakami, którym wszystko jedno…

…i wszystko wolno.
Tak. Byłem starszy od innych, było mi łatwiej o wszystkim myśleć i weryfikować to. Oni mieli dwadzieścia parę lat - teraz mają po 30. To jest w dzisiejszym świecie ten przesunięty moment, gdy musisz już zerwać z dorywczą pracą i życiem na koszt mamy, gdy trochę poważniej myślisz o życiu i zaczynasz bardziej się niewolić schematami.
Na polu artystycznym zadajesz sobie wtedy jeszcze raz pytania: co to jest sztuka? czym jest dla ciebie? co to znaczy być artystą? Coraz bardziej porównujesz i weryfikujesz to, co robisz.

Więc jak będzie wyglądać bardziej dorosła Czułość?
Chcę utrzymać tę utopię grupy, ale na podstawie nowych doświadczeń stworzyć ją jeszcze raz. Pojawiają się nowi artyści, którzy po pierwsze są starsi - a więc powinni mieć już za sobą etap końca poszukiwań, przejścia, zmiany - co stanowi dużą atrakcyjność dla grupy. Są bardziej stabilni w swoich wyborach.

Lovie Triangle na scenie Czulosci, fot. Janek Zamoyski

Też wiedzą, co chcą robić.
Oni już nie zejdą z tej drogi. Czy to jest Vova Vorotniov z Kijowa, czy Johann Winkelmann z Berlina, czy Nampei Akaki z Tokio. Szukamy artystów - ale takich, którzy pasują do nas konceptualnie, znajdujemy za granicą. Czułość robi się coraz bardziej międzynarodowa. Mnie to inspiruje do myślenia o formule Czułości w świecie. Platformą dla Czułości był kiedyś brak miejsca, w którym można byłoby pokazywać współczesną fotografię, której świadomość mieliśmy z zagranicznych blogów i tego, co działo się wtedy w świecie, a nie w Polsce. Po czterech latach czuję, że jesteśmy prawie gotowi, by zaprezentować tam wyniki naszych poszukiwań tutaj.
Z braku przestrzeni powstała Czułość. Chcieliśmy wyjść z internetu do rzeczywistości - znaleźć miejsce na nasze myślenie o instalacyjności fotografii, o przestrzeni, o fotograficznym obiekcie. To nas łączyło na poziomie podwórka, Warszawy, później Polski. Teraz inspiruje mnie myśl, żeby stworzyć grupę, która nadal jest sklejona z bardzo indywidualnych, mocnych osobowości artystycznych, ale ma wspólną ideę merytoryczną: na polu interpretacji sztuki i konceptualności. To bardzo trudne do ujęcia… Pracujemy teraz nad drugą książką Czułości. Nasza pierwsza książka traktuje w pewnym sensie o takim backstage'u - imprezach, narkotykach, alkoholu - i wystawach w tym wszystkim. Druga książka ma dotyczyć naszej pracy.

Pojawiło się tam bardzo ważne stwierdzenie, że Czułość nigdy nie miała manifestu artystycznego.
Manifest cię określa, zamyka, przypisuje do czegoś. W pewnym sensie manifestem Czułości jest bycie ciągle otwartym, brak nazywania tego, co robimy. Teraz potrzeba, żeby to jakoś nazwać, jest większa - ale chcemy to robić językiem wizualnym i postawą.

Podczas pracy nad wystawa Very Contemporary od lewej Vova Vorotnov, Janek Zamoyski,Nampei Akaki, Stanisław Legus, Johann Winkelmann

Czym się kierujesz, decydując, czy zaprosić danego artystę do współpracy z Czułością?
Na pewno nie interesują nas artyści, którzy pracują nad projektami; ci, którzy wykorzystują sztukę jako symboliczny język krytyki rzeczywistości, a już na pewno krytyki jakichś wyodrębnionych problemów rzeczywistości; nie interesują nas artyści, którzy myślą o fotografii jako o dokumencie, reportażu, modzie, projekcie. Poszukujemy osób myślących o sztuce w sposób uniwersalny, zaprzeczający temu konceptualizmowi, który zdominował myślenie o sztuce w latach 90. i 00. Chodzi raczej o pewien powrót do romantyzmu, tworzenia sztuki dla samego tworzenia - a nie po to, żeby coś zasymbolizować czy zwrócić na to uwagę. Jeśli zwracać uwagę, to na siebie, wszechświat, energię, sztukę jako najbardziej wysublimowany język, jakim jesteś w stanie się porozumiewać.

Kim chcesz być dla Czułości? Liderem, sprawnym zarządcą, szarą eminencją?
Nigdy nie chciałem być liderem, to nie jest moja ambicja. Ale często tak bywa, że gdy wchodzę w jakąś sytuację, to zaczynam nią kierować - tylko dlatego, że nikt inny tego nie robi. Mówię: „Chcecie robić rzeczy super, ale to się zaraz rozmyje, bo jedno działanie jest lepsze niż sto zajebistych pomysłów - zacznijmy to organizować".Nie chciałem też być galerzystą, marszandem, który dobrze promuje i sprzedaje swoich artystów. Czułość jest dla mnie pracą, projektem artystycznym, dzięki któremu następuje szerszy, przyśpieszony rozwój każdego z nas. Tylko jeśli uda się to ciągnąć nadal w tym charakterze, ma to dla mnie sens.


Fotografia z wystawy „Nothing to See". Zdjęcie zrobione przez Vovę Vorotniova z wystawy „Nothing to See" na Majdanie.

Kredyty


Tekst: Maciek Piasecki