Reklama

polska moda w londynie

Nie istnieje przepis na zostanie słynnym projektantem mody. Niektórzy z tych najbardziej znanych trafili do branży przypadkiem, inni rzucali szkołę, żeby zająć się karierą lub po prostu urodzili się we właściwej rodzinie. Nasi bohaterowie wierzą, że...

tekst Arek Zagata
|
30 Styczeń 2017, 12:50pm

Dyplomowy pokaz Krzysztofa Stróżyny z 2007 roku. Zdjęcia: Marcio Madeira

Absolwenci nie pozostawiają złudzeń - studia projektowanie mody na Central Saint Martins są naprawdę ciężkie, a to, co z nich wyniesiesz zależy w dużej mierze od ciebie - i od tego, ile czasu poświęcisz dokształcaniu się po zajęciach. Ta najbardziej prestiżowa szkoła mody na świecie jest jednym z sześciu college'ów wchodzących w skład University of the Arts London i oferuje kursy w dziedzinach rysunku, mediów, wzornictwa, grafiki, fotografii, tworzenia filmów, a nawet aktorstwa.

Mimo to, że w rankingach CSM zostawia konkurencyjne szkoły daleko w tyle, a do jej elitarnego grona absolwentów zaliczamy Alexandra McQueena, Johna Galliano, Riccardo Tisci, czy Sarę Burton to głosy niezadowolonych studentów są coraz głośniejsze. Koszmarnie wysokie czesne, odcinanie kuponów od słynnych absolwentów, brak praktycznego przygotowania studentów oraz gwarancji wzięcia udziału w słynnym pokazie absolwenckim (jest w nim miejsce jedynie dla 40 na 140 studentów na roku) - nie ma wątpliwości, że w CSM przetrwają tylko najlepsi. Rozmawialiśmy z trzema projektantami na różnych etapach życia i kariery, którzy wybrali studia na Central Saint Martins.

Krzysztof Stróżyna, 34 lata

Krzysztof skończył studia na CSM w 2007 roku. Przez wiele lat jego kolekcje prezentowane były podczas londyńskiego tygodnia mody, British Fashion Council wyróżnił je trzykrotnie, a gwiazdy takie jak Lady Gaga czy Katy Perry stały się jego stałymi klientami. Teraz projektant mieszka z powrotem w Polsce i rozkręca nową markę, Kreist, obecnie lansującą swoją drugą kolekcję.

„Bardzo podobały mi się kolekcje dyplomowe studentów MA", odpowiada kiedy pytam go o motywacje przy wyborze uczelni. „Uważam, że były pod każdym względem świetne, nieprzerysowane, a jednocześnie bardzo nowatorskie. To głównie zasługa Louise Wilson, genialnej dyrektorki kursu". „Leniwe cholery - tak z kolei o swoich studentach mówi wyróżniona Orderem Imperium Brytyjskiego profesorka w wywiadzie dla Guardiana - Ślęczą w pracowni godzinami, unikając tego, co powinni robić - wszystko wyrzucić do kosza i zacząć od nowa". 

Nie ma wątpliwości, że wykładowcy w CSM nie dają studentom taryfy ulgowej - a może od początku starają się ich przyzwyczaić do krwiożerczej natury branży? Krzysztof nie ukrywa, że sprostanie wymaganiom nauczycieli było dla niego największym wyzwaniem. „[Uczą tam] bardzo różne typy osobowości. Czasami mieli odmienne opinie na ten sam temat, co akurat uważam za bardzo korzystne dla studentów. Byli bardzo wymagający". Największy nacisk kładli na indywidualizm, nowatorskie pomysły i techniki zainspirowane rodzinnymi stronami studenta. „Bo to skąd jesteśmy wyróżnia nas".

Jak widać nie jest łatwo. Oczywiście nie da się ukryć, że szkoła może się poszczycić prestiżem. „Zawsze podkreślano, że przygotowuje się tam portfolio, dzięki któremu można dostać pracę w najlepszych domach mody i tak też się działo", mówi Krzysztof. Na pokaz absolwencki - stały punkt programu kalendarza londyńskiego tygodnia mody - przychodzą najważniejsi kupcy i redaktorzy najbardziej wpływowych czasopism. „Ja sam tuż po pokazie otrzymałem maila m.in. od dyrektorki działu mody domu towarowego Barney's w Nowym Jorku", dodaje.

Za jedyną wadę uczelni Krzysztof uważa przeniesienie siedziby z Soho na nieco bardziej oddalone od centralnego Londynu King's Cross.

Czy mając wybór ponownie zdecydowałby się na te same studia,jakie ma rady dla kandydatów? „Tak, oczywiście. Róbcie dużo staży, żeby uniknąć uczenia się podstawowych rzeczy samemu, to po prostu zajmuje dużo więcej czasu i pochłania mnóstwo energii".
@Kreist

Justyna Jones, 30 lat

Dyplomowa kolekcja Justyny Jones z 2011 roku. Zdjęcia: Martyna Galla-Milewska; modelka: Maja Salamon

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Powiedzieć, że droga, którą Justyna dotarła na CSM - i którą obrała po studiach - była kręta to mało. Gdy jeszcze w Polsce nie dostała się na żaden z kierunków, na który aplikowała - w tym rybołóstwo, „byle tylko uszczęśliwić mamę" - wybrała się do Londynu na wakacje i zakochała się w mieście. „Z koleżankami nie miałyśmy pieniędzy na mieszkanie, więc przez pierwsze 6 miesięcy mieszkałyśmy na squatach", wspomina Justyna. Częścią nowego życia miały być studia projektowania, jednak żadna z angielskich szkół nie akceptowała jej polskiej matury. Po dwóch latach kursu przygotowawczego w Lewisham College i roku zerowym na London College of Fashion Justyna złożyła papiery na studia licencjackie na CSM i została przyjęta.

Po rozpoczęciu studiów czekało ją rozczarowanie - w programie zabrakło przedmiotów technicznych. „Moja szkoła słynie z imienia. W Saint Martins najważniejsza jest kreatywność i samodzielność". Projekty są nadzorowane bardzo liberalnie, a spotkania z profesorem są sporadyczne. Efekt pracy i twoja ocena zależą od ciebie. „Zaskoczyła mnie ilość wolnego czasu. Szybko zdałam sobie sprawę, że jest to czas na samodokształcanie się. Brak nacisku na wykształcenie techniczne jest słabą stroną CSM". Justyna zwraca uwagę na poważne braki w programie: „najważniejszym i najtrudniejszym przedmiotem jest Pattern Cutting (wykroje), jest on najbardziej potrzebny w przygotowaniu kolekcji dyplomowej. Śmiało powiem, że w CSM jest go za mało, a wiele osób musi się w tym obszarze dokształcać prywatnie".

Do tego dochodzi też czynnik finansowy. W następstwie reformy edukacji z 2010r., roczne czesne, jakie mogą wymagać uczelnie to 9 tys. funtów (prawie 47 tys. zł). Londyn dotyka intensywna gentryfikacja, a czynsze rosną w zatrważającym tempie - od ok. 200 funtów za tydzień (1035 zł) za akademik w UAL. „Moim największym wyzwaniem był budżet - mówi Justyna - Konkurowałam z ludźmi, którzy nie musieli martwić się o pieniądze". Kiedy reszta studentów z jej roku zostawała po godzinach by dopracować projekty, Justyna chodziła do pracy.

Mimo minusów chętnych nie brakuje. Według danych UCASA, brytyjskiego systemu rekrutacji do wyższej edukacji, o 46 miejsc na kursie magisterskim walczy około 500 osób, natomiast na 155 miejsc na licencjacie aplikuje 1500 kandydatów. Może więc jednak zalety londyńskiej szkoły przeważają nad jej brakami? Justyna twierdzi, że najbardziej rozwinęła się w prezentacji projektów i prowadzeniu szkicownika. Docenia też różnorodność wykładowców na pierwszym i drugim roku. „Każdy projekt prowadził inny nauczyciel spoza szkoły. Byli to ludzie, którzy pracują w branży mody. Można było uzyskać szeroką perspektywę od wielu mentorów". Możliwości, jakie daje znaleziony przez uczelnię staż w ramach kursu są również imponujące. „Jeśli się spodobasz, możesz dostać pracę po tym praktykach lub zająć pozycję po ukończeniu studiów", mówi. Sama odbyła praktyki w Burberry, a innym razem w firmie tworzącej projekty dla Top Shopu, River Island i innych sieciówek. Po studiach została w niej zatrudniona, awansując w końcu do pozycji starszej projektantki.

Po dwóch latach wspinania się po szczeblach kariery Justyna rzuciła tę pracę. „Moja kreatywność umarła - mówi - To było fast fashion, nacisk kładło się na robieniu pieniędzy, a nie na projektowaniu ubrań z duszą". Teraz mieszka w Walencji, pracuje jako DJ-ka i chce rozkręcić markę z przeróbkami vintage'owych ubrań. „Nie bawi mnie praca dla kogoś w wielkim mieście, to zabija kreatywność", mówi. Czy w takim razie CSM to strata czasu? Nic bardziej mylnego: „Szkoła była pełna wielu niesamowitych ludzi i oryginalnych osobowości. Atmosfera była elektryzująca i pobudzająca kreatywność, a każdy student stawał się inspiracją".

Rada dla aspirujących projektantów od Justyny? „Bądź przygotowany na długie godziny pracy, poświęcenie, łzy i pracę najpierw za darmo, a po ukończeniu szkoły za minimalną stawkę".
@listen_to_ohio

Ola Bąkowska, 27 lat

Kolekcja Oli Bąkowskiej A/W 14. Zdjęcia: Monika Jelińska

Ola jest najmłodszą z naszych bohaterek, jest w trakcie studiów magisterskich na Central Saint Martins na kierunku Innovation Management i prowadzi bloga, na którym pisze o etycznej modzie. Podczas studiów magisterskich z projektowania ubioru na ASP w Łodzi zdecydowała się na pięciomiesięczny wyjazd do Helsinek na Metropolia University w ramach programu Erasmus. Ola opowiedziała nam o obu uczelniach.

„Nie miałam pojęcia o fińskim dizajnie zanim tam nie pojechałam", mówi wprost. Wymagania Erasmusa nie były wygórowane, a w dodatku certyfikat językowy nie był wymagany. „To dobra, bardzo profesjonalna szkoła", mówi. Jednak właśnie w Helsinkach doświadczyła wykładów ludzi z praktycznym doświadczeniem w branży. Na uczelni omawiano zagadnienia ekologii i etyki w branży modowej, zarządzania łańcuchem dostaw, stosunków międzynarodowych w biznesie czy konstrukcji ubrań w programie komputerowym Gerber, oprócz konstrukcji i modelowania metodami tradycyjnymi. Ola jest zdania, że wyjazd za granicę pomógł się jej rozwinąć na równi z bogatym programem zajęć. „Nie tylko szkoła, ale też doświadczenie kultury, która opiera się na szacunku do dziedzictwa i środowiska naturalnego, na równym traktowaniu wszystkich, na uznaniu dla ponadczasowego dizajnu". Jeśli chodzi o nauczycieli, to w większości pracują w lokalnej branży modowej. Ola jest zdania, że ich uwagi były praktyczne i rzeczowe, a krytykę otrzymała nie tylko od nich, ale też od innych studentów.

Dwa lata po obronie dyplomu na ASP, fińskim epizodzie i stażu w Antwerpii, Ola złożyła aplikację na CSM i dostała się na kierunek Innovation Management. Zaczęła w tym roku akademickim. „Na razie zaskakuje mnie wszystko", mówi. „Nikogo nie obchodzi czy się spóźniasz lub czy chodzisz na wykłady. Studenci ubierają się w każdy możliwy sposób i prawie każdy na moim roku pochodzi z innego kraju. Budynek jest przepiękny - niestety bywa, że nie ma czym oddychać".

Renoma uczelni potrafi dać się we znaki. „Największym wyzwaniem było dla mnie oswoić się z tremą i strachem. Czuję duży stres związany z tym, że chodzę do tej szkoły. To uczucie paraliżuje". Na kierunku Oli wykładowcy zmieniają się co tydzień. „Są bardzo inspirujący - mówi - to bardzo motywuje do działania. Jest jasne, że każdy ze studentów wyniesie z tego coś dla siebie". Zwraca przy tym uwagę na to, że studenci w dużym stopniu sami są odpowiedzialni za organizację pracy i ukierunkowanie się. „Od nas zależy co chcemy badać, gdzie i w jaki sposób. Mamy całkowitą autonomię".

Podobnie jak Justyna i absolutnie każdy mieszkaniec Londynu, Ola jest jednocześnie zafascynowana miastem i przytłoczona kosztami. „Jedyną wadą CSM jest to, że to droga szkoła w strasznie drogim mieście, w kraju który postanowił wyjść z Unii Europejskiej". Mimo to bez wahania zdecydowałaby się na tę uczelnię ponownie. Na razie zajmuje się studiami, ale planuje praktyki w międzynarodowej marce, np. H&M, Levi's czy Nike, żeby doświadczyć jak strategie zrównoważonego rozwoju są wdrażane na światową skalę, lub współpracę z organizacjami takimi jak Eco Age czy Fashion Revolution. A wszystkim młodym projektantom Ola radzi, żeby dobrze się zastanowili, co chcą wynieść ze studiów. „Nie ma żadnych rad. Każdy podąża własną drogą i jest odpowiedzialny za swoje wybory. Nie ma szkół, które gwarantują sukces".
@Ola Bąkowska

Central Saint Martins
Opłaty
9000 funtów (47 tys. zł) za rok za studia licencjackie. Magisterskie w zależności od kierunku.

Stypendia
Możliwość zaciągnięcia kredytu studenckiego na studia licencjackie (na całe czesne) i magisterskie (na część czesnego) o dogodnych warunkach spłaty od Student Loan Company. Uniwersytet oferuje też 
stypendia.

Zakwaterowanie
University of the Arts London oferuje akademiki w różnych częściach Londynu w cenie od ok. 200 funtów (1035 zł) za tydzień.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Arek Zagata
Zdjęcia: dzięki uprzejmości bohaterów tekstu

Tagged:
Wywiady
Central Saint Martins
kreist
krzysztof stróżyna
aleksandra bąkowska
justyna jones
studenci mody