​kawałki, które „zrobiły” filmy

Czy te tytuły stałyby się klasykami, gdyby nie piosenki, które się w nich pojawiły?

tekst Mateusz Góra
|
24 Maj 2017, 8:05am

kadr z filmu blue velvet

Powiedzmy sobie od razu, że nie staramy się sprowadzić tytułów, o których piszemy pod spodem tylko do jednej piosenki, ale… czy to byłyby takie same filmy bez nich? W nich liczy się nie cały soundtrack, ale właśnie jeden, niezapomniany kawałek, na zawsze zrośnięty z najbardziej charakterystyczną sceną. To w dużej mierze dzięki nim te produkcje są ponadczasowymi klasykami.

„Śniadanie u Tiffany'ego"

Dla Audrey Hepburn „Śniadanie u Tiffany'ego" było nie tylko okazją, żeby zupełnie zmieniać ekranowy wizerunek i z grzecznej pensjonariuszki stać się sprytną, niezależną dziewczyną, która owija facetów wokół palca. W jednej z najbardziej romantycznych scen w historii kina Audrey siedzi w oknie swojego mieszkania i śpiewa "Moon River", przyciągając uwagę swojego sąsiada - pisarza, który traci dla niej głowę.

„Blue Velvet"

David Lynch uwielbia wykorzystywać w swoich filmach (ale nie tylko, bo chyba każdy kojarzy piosenkę Julee Cruise z „Twin Peaks") kawałki, które stają się ich symbolami. Tak było też w przypadku „Blue Velvet". Tej piosenki nie da się zapomnieć, pojawia się w głowie za każdym razem, kiedy usłyszycie nazwisko Lynch. Niebieska poświata, Isabella Rossellini i nieziemski, oniryczny klimat wywołują od razu dreszcz niepewności i lęku - w końcu to film w dużej mierze o bezsensownej przemocy. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Piąty Element"

Pieśń niebieskoskórej divy z „Piątego elementu" najlepiej podkreśla spektakularny i wizjonerski charakter filmu Luca Bessona. Jej występ oczywiście musi być zakończony wielką rzezią, wybuchami i dramatem godnym historii ocalenia świata. Jeśli oglądaliście go jako dzieciaki (wszedł do kin w 1997 roku), na pewno pamiętacie, jakie wrażenie robiło nagłe przejście z operowej arii do beatów godnych przełomu XX i XXI wieku.

„Filadelfia"

Kawałek „Streets of Philadelphia" Bruce'a Springsteena po prostu zrósł się tak bardzo z przełomowym filmem, wprowadzającym temat epidemii AIDS do mainstreamu, że trudno słysząc go nie mieć przed oczami twarzy młodego Toma Hanksa. Nie ma chyba w historii kina tak zgranego połączenia muzyki z wizją miasta, jaką chcieli przekazać twórcy.

„Trainspotting"

„Lust for life" Iggy'ego Popa i „Trainspotting" to wyjątkowy przypadek - nie chodzi jedynie o to, że w rytm tego kawałka Renton wygłasza na początku filmu swój słynny monolog „Wybierz życie". Chodzi też o niesamowite połączenie ideologii życiowej bohaterów z postawą sceniczną Iggy'ego. On po prostu musiał znaleźć się w tym filmie, a jego piosenka staje się właściwie jednym z bohaterów, symbolem ery, która już odeszła, co najlepiej pokazuje nostalgiczny sequel z tego roku.

„Pulp Fiction"

Jeden z najbardziej znanych filmów Quentina Tarantino został przez fanów podzielony (dosłownie minuta po minucie) na małe kawałeczki, których później nauczyli się na pamięć. Kultowe w tym filmie jest wszystko - od każdego słowa wypowiadanego przez bohaterów, na ich fryzurach kończąc. Jest jednak scena, której nie da się zapomnieć i chodzi oczywiście o taniec Vincenta i Mii. Lecąca w tle muzyka, nawiązująca do naiwnych dźwięków narodowej muzyki Stanów, czyli country, od tamtej pory pojawia się na niezliczonych imprezach. I zawsze, ale to zawsze, wszyscy ruszają na parkiet, żeby udowodnić, że potrafią się ruszać dokładnie tak, jak Travolta i Thurman. 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra