Zdjęcie: Mick Hutson via Getty Images

nic nie może się równać ze stylem sinéad o'connor

O'Connor jest ikoną stylu lat 90., ale nie mam zamiaru naśladować jej stylówek. Ona przypomina mi, że mam pozostać sobą.

|
sty 3 2018, 4:05pm

Zdjęcie: Mick Hutson via Getty Images

Nie przychodzą mi do głowy żadne zasady stylu warte uwagi, ale gdyby ktoś przyłożył mi lufę do skroni, powiedziałbym: bądź oryginalny, bądź sobą, nie noś przebrania. Inne zasady są ciężkie do egzekwowania, zbyt kosztowne albo po prostu głupie.

Skąd wiem, że to prawda? Otóż największe ikony stylu — od Keitha Richardsa po Kurta Cobaina i od Edie Sedgwick po Tildę Swinton — przypominają nam, że bierze się on z wnętrza. Jest jak umacniająca wydzielina, którą może wyprodukować tylko twoje ciało, wydobywająca się z małego gruczołu ukrytego głęboko w ciele. Możecie się starać, ile wlezie, ale nie uda wam się tego podrobić. Nie da się go kupić, pożyczyć ani ukraść. W zasadzie całkowite kopiowanie cudzego stylu jest przepisem na pewną porażkę. Styl innych ludzi jest dla nas trujący. Nie da się go przejąć, a jeśli spróbujecie, to was wyniszczy. Dlatego najlepsze ikony stylu nie muszą mieć nic wspólnego z wami ani waszym wyglądem. Chodzi o zasady, nie o wzór do kopiowania.

Nigdy nie spróbuję ubrać się jak Sinéad O’Connor w latach 1990-1991, chociaż mógłbym spróbować. Ogolona głowa, czarna, skórzana kurtka, sprane jeansy, okrągłe okulary przeciwsłoneczne — to mocna stylówka, ale wcale nie jest rzadka. Przy odrobinie szczęścia może nawet wyglądałbym jak Woody Harrelson w „Urodzonych mordercach". Ale to by mnie wykończyło.

Styl Sinéad jest zgrabny, ponadczasowy, nonszalancki i naturalny. Jest przykładem prostoty, która bardzo mocno oddziałuje — stylu, który jest tak pamiętny i charakterystyczny, mimo że nie jest trendy. Sinéad nie interesowała pozycja modowej gwiazdki, gdy wkroczyła do branży ze swoim niezwykłym głosem, włosami na jeża i coverem Prince'a. Mimo to wywarła na modę ogromny wpływ. Nie mówimy tu już o normcorze, ale Sinéad spokojnie można nazwać patronką jeansów z wysokim stanem, koszulek włożonych w spodnie i czarnych, sznurowanych butów. Wszystkie moodboardy w stylu lat 90. (a wiszą na pewno w niejednym studiu projektowym) powinny zostać zastąpione ołtarzykiem na cześć Sinéad.

Na początku lat 90. byłem dzieciakiem, szukającym swojej życiowej drogi z pomocą kilku żenujących punkowych, grunge'owych i hiphopowych płyt. Nie słuchałem wtedy pierwszego albumu Sinéad, zatytułowanego „I Do Not Want What I Haven't Got", który jest niemal arcydziełem. Wciąż pamiętam jednak, jak po raz pierwszy zobaczyłem jej krzaczaste brwi i głowę unoszącą się w prostym klipie do „Nothing Compares 2U". Pamiętam oburzenie, jakie wywołała, gdy podarła w programie „Saturday Night Life" zdjęcie papieża Jana Pawła II w ramach protestu przeciwko wykorzystywaniu dzieci przez kościół katolicki. Pamiętam jej bojkot nagród Grammy, do którego doprowadziło ją przekonanie, że branżą muzyczną kierują „fałszywe i destrukcyjnie materialistyczne wartości". Wtedy zrozumiałem, że była bardziej punkowa niż wszyscy moi idole razem wzięci. Podziwiałem nie tylko jej niesamowitą urodę, ale także odwagę. Gdyby istniała tylko jedna rzecz, którą warto kopiować z czyjegoś stylu, to byłaby to właśnie odwaga.

Moje ulubione zdjęcie Sinéad pochodzi z koncertu na festiwalu Glastonbury w 1990 roku. Ma na sobie czarną, skórzaną kurtkę z podwiniętymi rękawami, koszulkę „The Fat Slags" wetkniętą w jeansy i okrągłe okulary przeciwsłoneczne. „The Fat Slags" (Tłuste szmaty) był sprośnym komiksem, który zadebiutował w 1989 roku. Głównymi bohaterkami były Sandra Burke i Tracey Tunstall, para tęgich hedonistek, które ciągle się upijały, obżerały frytkami i pieprzyły z przypadkowymi kolesiami. Sinéad mówiła w wywiadach, że ogoliła włosy, bo kierownicy wytwórni naciskali, aby zmieniła wizerunek na seksowniejszy i bardziej kobiecy. Nalegali, żeby nosiła krótkie spódniczki. „Nie chciałam się w ten sposób sprzedawać", powiedziała. „Pragnęłam odnieść sukces dzięki temu, że jestem dobrą artystką". Tak stworzyła sobie wizerunek, który szczerze oddawał jej wnętrze. Efekt był oczywiście o wiele mocniejszy niż jakikolwiek PR-owy twór.

Ikony stylu są bardzo istotne. Skłamałbym, gdybym udawał, że nie czekam na nowe uliczne fotki Kanyego, Shia i Jonaha. Moja historia wyszukiwania na Getty Images to Christian Slater, Winona Ryder i Harry Dean Stanton — od najstarszych do najnowszych. Na moim biurku stoi obraz z Sinéad, autorstwa Steve'a Keene'a. Kupiłem go przez zamiłowanie do jej stylu oraz to, że Keene namalował okładkę mojego ulubionego albumu zespołu Pavement. Nie chcę jednak ubierać się jak ona ani nikt inny. O'Connor przypomina mi, żeby pozostać sobą. To właśnie sprawia, że jest moją ikoną stylu. Nic nie może się równać z tobą, ze mną, ani z Sinéad.

Przeczytaj też: