Reklama

kierownik muzyczny „twin peaks” o współpracy z lynchem

Puszczanie Davidowi Lynchowi muzyki niszowych kapel za pieniądze? Brzmi jak praca marzeń

tekst Russell Dean Stone; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
26 Wrzesień 2017, 1:34pm

Wyobraźcie sobie, że waszą pracą jest tworzenie muzyki do „Twin Peaks". Dostajecie pieniądze m.in. za wynajdywanie kawałków i puszczanie ich Davidowi Lynchowi. Wyobrażacie to sobie? Właśnie tym zajmuje się kierownik muzyczny „Twin Peaks", Dean Hurley, który od lat współpracuje z Lynchem. Harley prowadzi jego Asymmetrical Studios w Los Angeles (w słynnym domu z „Zagubionej autostrady"), a także wyprodukował i współtworzył cztery jego albumy: „The Air Is on Fire" (2007), „The Train" (2011), „Crazy Clown Time" (2011) i „The Big Dream" (2013). Oprócz współpracy z Davidem Dean działał także z Lykke Li i Dirty Beaches.
A poza tym wcielił się w członka fikcyjnego zespołu razem z synem Lyncha, Rileyem, zagrał na perkusji w barze Roadhouse, w piątym odcinku.

Po wydaniu „Anthology Resource Vol. 1: △△", albumu z muzyką Hurleya stworzoną do serialu, pojawiły się dwa nowe krążki z uniwersum „Twin Peaks". „Twin Peaks (Music from the Limited Event Series)" to zbiór utworów wszystkich zespołów, które grały w Roadhouse, a „Twin Peaks (Limited Event Series Soundtrack)" zawiera głównie muzykę Angelo Badalamentiego oryginalny soundtrack do pierwszego sezonu „Twin Peaks".

Historia powstania pierwotnej ścieżki dźwiękowej jest już owiana legendą. Gdy Badalamenti pisał główny wątek — „Laura Palmer's Theme, Lynch powiedział: „Spraw, żeby był jak wiatr, Angelo". Gdy tylko reżyser usłyszał tę piosenkę, powiedział muzykowi, żeby absolutnie niczego w niej nie zmieniał. „Widzę Twin Peaks", spuentował Badalamenti, gdy jego pełna zadumy melodia doprowadziła Lyncha do łez. Muzyka została napisana na długo zanim na planie padł pierwszy okrzyk: „Akcja!".

Wpływ, jaki ten soundtrack wywarł na świat muzyki popularnej, jest nieoceniony. Połączenie romantycznego i brutalnego klimatu, nastrojowej nostalgii i niewyjaśnionego smutku cytowano, samplowano i coverowano na niezliczone sposoby. Podjęli się tego m.in. Sky Ferreira, Bastille, Moby i Xiu Xiu. Bez względu na to, jaki mamy rok, ścieżka dźwiękowa „Twin Peaks" pozostanie ponadczasowym punktem odniesienia w świecie muzyki.

Porozmawialiśmy z Deanem Hurleyem o kluczu do kultowej muzyki Badalamentiego, wybieraniu zespołów do występów w Roadhouse i graniu muzyki Davida Lyncha.

Przejdźmy od razu do tego, co dobre. Co wiesz o początkach współpracy Davida Lyncha i Angelo Badalamentiego?
Na przestrzeni lat, także na początku, dużo czasu spędzali pracując razem. Angelo miał pracownię w centrum Nowego Jorku, w której stworzyli m.in. „Floating Into The Night" i oryginalną ścieżkę dźwiękową „Twin Peaks". Potem nagrywali w studiu Excalibur [co można zobaczyć w tym niszowym dokumencie], należącym do producenta Arta Polhemusa. Znajdowało się na skrzyżowaniu 46. i 8. alei, to chyba gdzieś w okolicy Times Square. David uwielbiał to studio, mówił, że było lekko prowizoryczne i miało wschodnioeuropejski klimat. Nie było to wytworne miejsce, produkujące muzykę masowo i chyba dlatego czuli się tam komfortowo.

Pewnie to było jeszcze w latach 80. Jak to się zmieniło z czasem?
Od kiedy zacząłem pracować z Davidem, ciągle słyszałem, jak mówił: „Pracowałbym z Angelo dzień w dzień, gdyby nie mieszkał w New Jersey", bo Lynch był wtedy w Los Angeles, a Angelo się przeprowadził. Rozmawiałem z asystentem Angelo, Jimem Brueningiem, urządzaliśmy burzę mózgów. Pomyśleliśmy o wtyczce Source-Connect, którą można podłączyć do programu Protools podczas sesji nagraniowej. To daje możliwość nadawania mp3 w wysokiej jakości z jednego studia do drugiego, gdziekolwiek na świecie, z minimalnym opóźnieniem. Zupełnie jak portal, dzięki któremu David mógł słuchać Angelo w wysokiej jakości, jakby grał z nim w studiu. Do tego mogli rozmawiać przez program w stylu FaceTime — to była nowsza, futurystyczna wersja ich wcześniejszej współpracy. David uwielbia nowe technologie, więc podszedł do tego bardzo entuzjastycznie. Fajnie było im to umożliwić i obserwować ich współpracę, do jakiej przywykli. Przeprowadziliśmy próby jeszcze zanim powstał pomysł na „Twin Peaks", bo po prostu chcieliśmy, żeby znów pracowali razem. David szybko przyswaja takie rzeczy, więc w pewnym momencie na mnie spojrzał i powiedział: „Chcę pracować z Angelo przez internet".

Jak sądzisz, co sprawia, że ścieżka dźwiękowa „Twin Peaks" autorstwa Angelo jest taka kultowa?
Jego muzykalność i sposób, w jaki operuje synkopami są niezrównane. Zupełnie jakby był jedną z osób, która naprawdę dobrze wykorzystuje to brzmienie — czujesz coś bardzo intensywnego. Chodzi o tę chwilę, w której dwa akordy ścierają się ze sobą, aż zmienią się w inny akord. Na myśl przychodzi harmonia, dysonans, romans i przemoc, na które ludzie reagują. Dysonans to brutalne ścieranie się tonacji, a harmonia to romantyczne współistnienie różnych nut.

Co się dzieje, gdy David i Angelo łączą siły?
Angelo ma swój sposób na wykorzystywanie tego, o czym mówiłem wcześniej, a David popycha go, by szedł jeszcze dalej. David lubi mocne kontrasty, jego emocje są nasycone. Nie chce być jednoznacznie smutny albo brutalny — chce chwytać za serca i być całkowicie nieprzewidywalny. Operuje krańcowymi wartościami, żeby pokazać swoje przesłanie.

Wydaje mi się, że trzeci sezon „Twin Peaks" wykorzystuje ciszę w sposób, w jaki nie robiono tego w poprzednich, co przyczyniło się do zmiany nastroju.
To głównie wkład Davida. Zawsze mówi, że jeśli film albo serial idą dobrze, to on po prostu czuje, że to jest to — co jest bardzo bezkształtnym, abstrakcyjnym sposobem na opisanie tego procesu. Myślę, że w pewnym momencie to wydaje się właściwe, gdy jest nasycone muzyką. Innym razem skupia się bardziej na żonglowaniu kontrastami między muzyką i ciszą.

Niektóre wybory dotyczące zespołów w Roadhouse wywołały kontrowersje. A czy ktoś odrzucił propozycję?
Nie, ale niektórzy nie mogli zagrać, chociaż bardzo chcieli. David naprawdę chciał zaangażować sporo osób i próbowaliśmy kilkukrotnie, ale było ciężko. Wszyscy musieli nieźle się nagimnastykować, żeby poustawiać swoje grafiki. Szczególnie jeden zespół składał się z wielkich fanów — bardzo chcieli zagrać. Pytali: „Będziemy mieć czas za miesiąc albo dwa, czy będziecie jeszcze wtedy kręcić?". To tak nie działa.

Poznawanie Davida Lyncha z różnymi utworami musi być wspaniałą pracą!
Głównie prezentuję mu różne rzeczy, ale on robi to samo — z entuzjazmem opowiada mi o zespołach. Czasami jego gust jest nieprzewidywalny. To działa w dwie strony, nie tylko ja go zapoznaję z materiałami, on też szuka materiałów w internecie i zakochuje się w występach z YouTube'a.

Zakochałem się w zespole Cactus Blossoms, gdy tylko zobaczyłem ich w trzecim sezonie „Twin Peaks".
Zrobili na mnie wielkie wrażenie. Chciałem znaleźć kogoś, na kogo ludzie zareagują, myśląc: „Nigdy o nich nie słyszałem, kto to jest?". Bardzo się cieszyłem na myśl o tym, że pokażę ich Davidowi. Kiedy zapytał: „To czego będziemy dzisiaj słuchać?". Odparłem: „A gdybym powiedział ci, że w Roadhouse mogliby zagrać Everly Brothers?". „Jak to możliwe?", zapytał. Od razu wyczuł, że coś mu puszczę i był bardzo podekscytowany. Było fajnie.

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.