wywiad z alexandrem mcqueenem z the graduate issue, z 2002 roku

Alexander McQueen w archiwalnym wywiadzie dla i-D.

tekst i-D Team
|
17 Marzec 2015, 12:00pm

Alexander McQueen, 2002

Alexander McQueen nie jest już łobuziakiem brytyjskiej mody. Teraz projektant stał się poważną figurą. Reprezentantem globalnej marki. I człowiekiem, który ma plan. W końcu sam mówi:

„Czy to nie jest tak, że każdy musi kiedyś dorosnąć?".

Lee Alexander McQueen idealnie pokierował swoją karierą. Owszem, zdarzyły mu się błędy. Czasem zawodził. Ale jego losami zadaje się rządzić jakaś wyższa logika. Jakby sterowała nimi niewidzialna ręka. Przez co wszystko, koniec końców, idzie zgodnie z planem.

Tej wiosny zaprezentował kolekcję McQueen na jesień/zimę 02. Pokaz odbył się w po średniowiecznemu zimnym i wilgotnym budynku Conciergerie w Paryżu. Wreszcie uwolnił się od Givenchy. Jego własna marka pomyślnie dołączyła do stajni Gucci. Musiał podsumować swoją drogę i ruszyć do przodu. Musiał stworzyć oświadczenie, które wykaże jego dalsze intencje. Na otwarcie pokazu na wybieg wkroczył Czerwony Kapturek. A właściwie lilowy, pelerynka była zaś skórzana. U jego stóp leżały dwa wilki. Trzeba przyznać, że były to bardzo malutkie potwory. A zarazem spokojne i usłuchane. Wiecie dobrze, o co chodzi z tym Kapturkiem. Przebudzenie dojrzewającej dziewczyny. Wilk symbolizujący seksualnego drapieżcę. Rozkwitające erotyczne instynkty. Sprytne. Okazało się jednak, że to tylko dekoracje i element zwracający uwagę. Podczas reszty pokazu liczyły się jedynie ubrania.

Co nie znaczy, że nie kryła się w nim żadna idea. Uświadczyliśmy szytych na miarę kreacji z tweedu. Ze skórzanymi pasami w kolorze kasztanu. Rozbójników-dandysów. Niegrzecznych uczennic. I najseksowniejszych z możliwych licealnych mundurków. Skórzanych prochowców „na ekshibicjonistę". Odrobiny koronek. Szczypty awangardowych kombinezonów sado-maso i skórzanych butów za kolana. A także skórzanych staników i gorsetów. Mieliśmy więc do czynienia z fetyszyzmem postawionym na głowie. Przekształconym w akt wyzwolenia. McQueen rzeczywiście przypomina w tym braci Grimm. Przedstawia nam świat, w którym „delikatność i makabra przenikają się nawzajem. A odróżnianie romantyczności od perwersji jest wyłącznie kwestią perspektywy" - jak ujął to niedawno magazyn W. Brzmi to prawidłowo. I całkiem ładnie. To jednak tylko artystyczna sztuczka. Której już w przeszłości użyto. Mimo to... Mój Boże, co za ubrania!

McQueen stworzył gigantyczną kolekcję. Liczyła sobie około 500 kreacji. A krawieckie zdolności McQueena nigdy nie osiągnęły jeszcze aż tak wysokiego poziomu. Ubrania uszyto z precyzją, co oczywiste. Lecz wyglądały też mniej agresywnie. Bardziej zapraszająco. Kolekcja była nienagannie wykonana. Przejrzysta i konsekwentna. Nadająca się do sprzedawania. Tkwiła w niej opowieść, którą sklepy mogłyby się podeprzeć. W jej skład weszły stroje, które same schodziłyby z półek. Nie jestem koniem pokazowym, powiedział z jej pomocą McQueen. Jestem graczem. Poważnym zawodnikiem. Doskonałe posunięcie z jego strony. I to we właściwym momencie. To po prostu musiało się stać.

To dziwne zjawisko. Tych, którzy obiecywali rewolucję o trwałych skutkach, tak często bardzo ciężko zdetronizować. To dziwna sprawa. Że, powiedzmy, projektant mody może dojść do takiego statusu. Zajmuje się on tworzeniem rzeczy ulotnych. Produkuje i propaguje idee kryjące się w nich. Mimo to może trzymać się kurczowo swojej władzy. Wzbogacić się i zestarzeć. Stać się kimś, kogo nie da się obalić.

Jak mi się zdaje, wszystko sprowadza się do korporatyzacji i masy krytycznej. W pewnym punkcie okazuje się, że pewni ludzie zainwestowali w ciebie zbyt dużo. I nie mogą pozwolić ci odejść. Przekroczyłeś branżowy Rubikon. Przeobraziłeś się w markę. Co oznacza, że masz pod dowództwem armie. Dysponujesz ogromnymi środkami. Zgoda, nadal można cię pokonać. Jednak unosi się wokół ciebie zapach kogoś, kto zostanie na szczycie na długo. Im dłużej przetrwasz, tym mocniej pachną twoje perfumy kojarzące się z trwałością. Istnieje presja, bez wątpienia. Często nieznośna. Musisz się ciągle rozwijać. Rozrastać. Generować coraz większe liczby. Przedsiębiorstwo staje się większe i bardziej złożone. Lecz jego cała działalność zmierza do jednego celu. Budowania przeświadczenia, że bez ciebie życie wszystkich dookoła byłoby znacznie gorsze. I powoli twoja pozycja staje się niepodważalna. Alexander McQueen może właśnie teraz sięgać takiej pozycji.

Nie jest już młodym projektantem. Młodocianym gangsterem. Enfant terrible. Wyzbył się tego, co sugerowałoby niedojrzałość, amatorstwo czy nietrwałość. McQueen jest obecnie twarzą i głównym architektem „światowej marki". Albo na dobrej drodze, by stać się kimś takim.

Widzicie, to działa właśnie tak. To umowa, o której na pewno wiecie. Bo wiąże się z nią tyle och-ach i podekscytowania. I konflikt gigantów, Gucci i LVMH. Tych gigantów, którymi wszyscy teraz strasznie się interesujemy. To oni kłócili się i opluwali, byleby tylko pozyskać dla siebie Lee. Wygrało Gucci. W grudniu 2000 roku wykupiło pakiet kontrolny akcji marki McQueen. „To jedyne pytanie, jakie sobie zadaje. Na tym polega moja praca. Brzmi ono: czy on naprawdę ma wystarczającą moc i talent, by przekształcić McQueen w globalną markę? Uważam, że tak. Inaczej nie mógłbym przeprowadzić takiej transakcji" - powiedział CEO Gucci Group, Domenico de Sole. To namaszczenie. Wraz z nim pojawił się rozpęd. Cele do osiągnięcia. Ulokowany kapitał. Gucci dokona wszystkiego, by to wzniesienie się na szczyty stało się możliwe. A nawet nieuchronne. McQueen wie, że wszystkie jego dokonania wiodły go do tego momentu. To niemal przeznaczenie. Projektant jest więc wniebowzięty.

Przez pięć lat był przykuty do Givenchy. Dlatego teraz McQueen koncentruje się na swoim własnym nazwisku. Własnej grze. Bije się o swą pozycję. Ale tak lubi. „To przypomina manewry wojenne" - mówi. „Musisz wkroczyć do akcji i walczyć o swoje terytorium". Dziś analizuje rynek. Czyta Financial Times. Sprawdza, czym zajmują się rywalizujące z nim firmy. Kto kupuje co. To korporacyjne nastawienie. Jego pojawienie się oznacza, że musiał nieco dorosnąć. Wdrożyć się w program. Wszystko zależy od niego. Ale ludzie z ogromną władzą wymagają, żeby mu się udało. Lee musi to tylko odpowiednio rozegrać.

Podczas lat spędzonych w Givenchy McQueena dręczył jeden problem. Siłą oddzielono od siebie dwie strony jego osobowości, projektanta i showmana. Po czym zmuszono je do pracy nad kompletnie różnymi projektami. McQueen miał mały wpływ na marketing i reklamy Givenchy. Lub nie miał go w ogóle. Jego rolą było wyłącznie projektowanie kolekcji. Wiadomo, że LVMH widziało w McQueenie kogoś więcej, niż specjalistę od zabawiania tłumów. Bez wątpienia. Ale podział władzy sprawczej doprowadził do dysfunkcji i wynaturzeń. McQueen zbudował w Givenchy silny biznes haute couture (jeśli te dwa określenia nie wykluczają się nawzajem). Jednak kolekcje ready-to-wear rzadko spotykały się z uznaniem krytyków. Chociaż, o ironio, j pokaz wiosna-lato 01 - stworzony gdy posypały się relacje pomiędzy nim a jego pracodawcami - cieszył się znakomitymi recenzjami. Tak czy siak, kiedy McQueen nie posiadał całkowitej kontroli, po prostu nie potrafił włożyć w to całego serca.

„Nie sądzę, by taki układ działał. Cóż, dla mnie na pewno nie działa. Mój umysł za bardzo skupia się na mojej idealnej wizji. Nie da się podejść w ten sposób do cudzej kolekcji. No, chyba że jesteś w stanie porzucić dla tego własną kolekcję. Ja nie jestem".

Ten podział sprawił, że kolekcje McQueena gubiły się pod otaczającym je teatrem. Efektami specjalnymi. Scenografiami rodem z twórczości Gigera. Narracją sięgającą po najgorsze koszmary. Widmowymi przelotami duchów i pluskaniem się w bajorku aż do rozmoknięcia. Mimo że były przecież imponujące. To, co hamowało w nim Givenchy, McQueen uwalniał z podwójną mocą w pracach nad własną linią. Układ ten był świetnym wabikiem dla prasy. Każdy chciał dostać się na jego pokazy. Generował mnóstwo och-ach. Ale jego marka nie skorzystała na tym od strony biznesowej. LVMH nigdy nie zainwestowało we własną linię McQueena. Choć włożyło pieniądze w prawie każdego innego projektanta ze swojej stajni. McQueen mówi, że LVMH złożyło mu ofertę. Którą odrzucił. Później poprosił ich jednak o inwestycje. Zawiedli go jednak. Na to właśnie postawiło Gucci. Na fakcie, że jeżeli zapewni McQueenowi całkowitą kontrolę, on ustali właściwe priorytety. Utrzyma poziom hałasu wokół siebie na właściwym poziomie. McQueen zrozumiał ich przekaz.

„Kiedyś łatwo było zrobić coś, co przykuje uwagę prasy" - wyznaje Lee. „Wystarczyło sprawić, że dziewczyny będą chodzić po wodzie. Albo latać. Lecz kiedy Saks i Neiman Marcus z Nowego Jorku wydają 300 tysięcy dolarów na sezon, nie chcą oglądać dziewczyn latających w kreacjach Alexandra McQueena. Chcą widzieć dziewczyny spacerujące po Piątej Alei w kreacjach Alexandra McQueena. Nadal muszą mieć ten pazur. I ducha starego McQueena. Ale muszą się też sprzedawać. Ludzie nadal będą dostawali ten ostry charakter. W taki, czy inny sposób. Przez fryzury, makijaż, scenografię. Niemniej muszę podejść do tego poważnie. Sprzedaję ubrania, a nie koncepcje pokazów". McQueen nie postrzega tego jako pójścia na kompromis. Przeciwnie, uważa, że to oznaka dojrzałości i inteligencji. 

„Mógłbym dalej działać tak, jak wcześniej. Robić świetne pokazy. Cieszyć się szacunkiem ulicy. To jednak nie zapewni ci chleba. Każdy musi kiedyś dorosnąć. Nie jestem Rodem Stewartem".

Marka McQueen nie pełni już funkcji linii, nad którą projektant pracuje na boku. Nie jest czymś, co robi dla własnej przyjemności. Ćwiczeniami w tworzeniu teatru grozy czy zarządzaniu medialnymi aspektami mody. Stała się czymś większym i lepszym. Jej istnienie ma konkretny cel. Stworzono dla niej strategię. „Widzę McQueen jako markę z kategorii dóbr luksusowych. Bardzo współczesną. Bardzo w duchu XXI wieku" - zdarzyła mu się taka wypowiedź. „Chociaż nie musi być to przesadnie globalna marka. Nie musi być jak bielizna Calvin Klein, nie muszę mieć własnych bilbordów". Naturalnie, będzie lepsza, mądrzejsza i sprytniejsza, niż coś takiego.

I dlatego Gucci wykazało się rozsądkiem. McQueen znajduje się w tej chwili w idealnym punkcie. Pozwala mu to zbudować markę w oparciu o wszystkie lekcje, które przyswoił sobie przez ostatnie dziesięć lat. Może zarządzać zapotrzebowaniem. I czerpać z niego zyski w bardziej przemyślany, bystrzejszy sposób. Obecnie McQueen posiada ogromne pokłady wiarygodności i uznania. Które czekają tylko, by je spieniężyć. Ale trzeba to robić powoli. Z pomyślunkiem. Nie można się spieszyć. I nie można przesadzić. Oferta musi być luksusowa i z najwyższej półki. Bo w tym kierunku podąża rynek. To będzie coś bardzo wyjątkowego. I nie dla wszystkich. Ponieważ to jest właśnie odpowiednie podejście. Powstaną sklepy. We wrześniu w Nowym Jorku, pod adresem W14th. W Meatpacking District, dawnej dzielnicy rzeźni. To wybitnie do niego pasuje. W styczniu w Londynie, na Bond Street. W marcu w Mediolanie. W Los Angeles w przyszłym lipcu. Po ich otwarciu na razie się zatrzyma. Na razie. 

„Kto wie, może kiedyś będę miał 15 sklepów. Ale na razie chcę zobaczyć, jak będą funkcjonowały te, które otwieram. Jak będą radziły sobie na tych rynkach. I trzeba w nie sporo zainwestować, naprawdę dużo. Nie biegaj, dopóki nie nauczysz się chodzić". 

Widzicie więc, jak on o tym teraz myśli. Myśli o całości. O ogólnym przekazie McQueen.

A lipcu miała też miejsce premiera kolekcji bespoke odzieży męskiej. Stworzonej przez Huntsman of Savile Row. Co świetnie zgrywa się z historią McQueena. Opowieściami o tym, jak uczył się krawieckiego fachu na Savile Row. O 16-letnim zasmarkańcu, który zostawiał wulgarne napisy na poszewkach garniturów księcia Karola. Czy co tam się działo tak naprawdę... Więcej mitów, więcej przesłania. Wszystko składa się w jedną całość. Mamy widzieć, że Lee McQueen jest prawdziwym skarbem. I z czasem robi się coraz cenniejszy.

Dziesięć lat temu Londyn był zupełnie inny miejscem. Dla przykładu - na Exmouth Market w Clerkenwell wciąż istniał bazar. Co prawda niezbyt imponujący. Trochę owoców i warzyw, mnóstwo tandety. Głównie trafiało się tam na lokale bukmacherów i knajpy. Obsługiwano tam pracowników sortowni poczty Mount Pleasant. Kończyli oni zmianę w okolicach lunchu. I nie mieli do roboty nic lepszego od podniecania się końmi. Ewentualnie golnięcia sobie piwa czy dwóch, w przerwie między gonitwami. Mieściły się tam jadłodajnie. Indyjska, chińska oraz serwująca pie and mash. Pralnia samoobsługowa. Sklep z narzędziami. To naprawdę tak wyglądało.

Do czasu. Al's Bar, lokal na rogu ulicy, przeszedł przez więcej „operacji plastycznych" niż Joan Rivers. Obok jest Starbucks, Pizza Express, Café Kick. Są tu księgarnie, które sprzedają duże książki. Prezentujące się pięknie na półkach. Są też wykwintne delikatesy. Jubilerzy w typie Jess James. Sklepy z antykami, w których miesza się współczesność z rokoko w odpowiednich dawkach. I marokańska restauracja, jedna z najbardziej medialnych w całym Londynie. Zawsze trwa tu jakaś renowacja czy remont. Znajdą się też takie budynki, w których otwiera się już trzecie pokolenie lokali z kuskusem lub sklepików z cackami dla burżuazji. To właśnie przytrafiło się Londynowi.

Lee McQueen ma biuro tuż za rogiem, na Amwell Street. Siedzimy więc przed Al's Bar, na rogu. Niedaleko ławeczek na których wciąż czasem siadają menele. Lub zbierają wokół nich śmieci, dlatego czasem przyjeżdża tu policja. Dziesięć lat temu Lee kończył Central Saint Martins. Zaraz po egzaminach, jego całą kolekcję zaliczeniową miała kupić Isabella Blow. Znacie dalszą część tej historii. Wiecie, jakie to było ekscytujące.

Kiedyś przeprowadzałem z nim już wywiad. Raz, w 1996 roku. Zaraz po tym, jak rozpoczął pracę w Givenchy. Pojechaliśmy do jego starej szkoły w Straford, na East Endzie. Taksówką. Bo, jak pewnie wiecie, taksówkarzem był jego ojciec. I część rodziny. To nie był mój pomysł. Lee wydawał się wtedy nieco irytującym, zbyt defensywnym gościem. Śmiał się ze swoich własnych żartów. Od tego czasu zrzucił wagę. I to dramatycznie - po naszym spotkaniu idzie na najlepszą siłownię w Soho, Space. Odszedł też znacząco od wizerunku urwisa z osiedla. Ale wtedy został dopiero co mianowany głównym projektantem francuskiego domu haute couture. W wieku 26 lat. Co sprawiało, że był modelowym przedstawicielem „Cool Britannii" i tak dalej. Wszyscy czuliśmy też, że jeżeli fajność i kreatywność można uznać za nową walutę, to mamy pełne kieszenie. I możemy ufundować powstanie nowego Imperium. Że to miasto ulegnie totalnej odnowie. Tylko dzięki temu, że jesteśmy światową potęgą w byciu tak cholernie utalentowanymi spryciarzami. To przeświadczenie jakoś tak wisiało w powietrzu. I, co tu dużo mówić, ziściło się.

Nie ma lepszego miejsca na świecie - oświadcza Lee, mając na myśli to miasto. Chociaż lubi Nowy Jork. Spędził tam sporo czasu, pracując z architektem Williamem Russellem nad swoim sklepem. Ale był w stanie tam przebywać maksymalnie do pięciu dni. „Jak zostałbym tam odrobinę dłużej, to przywieźliby mnie z powrotem w worku na zwłoki. Albo lepiej, wysłaliby mnie do domu kurierem DHL. Paczka z nadmiernie zużytym ciałem". Nigdy nie przypadł mu do gustu Paryż. I vice versa. Jednak tu, w Londynie, może być właściwie niewidzialny. Co wydaje się podziwu godne. Bawi się w towarzystwie przyjaciół z branży, z którymi spiknął się dekadę temu. Pośród nich znajdziemy Katy England, Jeffersona Hacka czy Kate Moss. Mimo to nie osiągnął z tego powodu statusu stałego gościa gazetowych stron o znanych i bogatych.

McQueen ma teraz 32 lata. Niedawno kupił chatkę w Fairlight. Miejscowości pomiędzy Hastings a Ryem, na południowym wybrzeżu Anglii. „Wyobrażam sobie, że spędzę tam dużo czasu" - wyznaje. „To miejsce, do którego mogę uciec na weekend z Londynu. Jeślibym tego nie robił, miasto wciągnęłoby mnie. I wszystko stoczyłoby się zaraz po równi pochyłej. Latałbym od klubu do klubu. Ten domek jest taką samotnią. Mogę się tam zrelaksować. Z okna mojej sypialni widać Francję" - dodaje. 

„Dlatego mam ochotę sprawić sobie armatę".

Sprawia odrobinę takie wrażenie. Że przejada się, a potem zwraca. Posuwa się na przód tylko po to, by zaraz się wycofać. Jego Jing i Jang zawsze wdają się w bójki. Jest uroczą postacią, w tym swoim rozdarciu. Nieważne, jakie zaszczyty na niego spływają. Nadal wyobraża sobie, że ludzie patrzą na niego jak na nieokrzesanego chama. „Musisz zrozumieć różnicę pomiędzy tym jak mówię, a co tak naprawdę mówię" - kładzie na to nacisk. „Żadna z moich firm nie upadnie. Zatrudniam 50 osób. Zyski są ogromne. Do czegoś takiego nie dojdziesz, jeśli jesteś dupkiem. Do takich interesów potrzeba inteligencji". Nie słyszałem, żeby ktoś mu jej odmawiał.

„Niektórzy z najgenialniejszych artystów tego świata nie wysławiali się jak ludzie z wyższych sfer. Nie pasowali do nich. Ale obraz Van Gogha idzie teraz za 30 milionów funtów. Liczy się to, co masz w środku".

Zwróć mu uwagę, że stał się teraz Panem Światowa Marka. Że będzie musiał sprzedawać swój styl życie. I zaczyna parskać. „Mówię ci, nikt nie chce mojego stylu życia. Chcesz kupić moją pościel? Ja bym nie chciał!". Chociaż, w przeciwieństwie do wielu innych, nagminnie kłamiących projektantów, nie musiałby koloryzować.

Lubi wyjść nocą na miasto. Trochę się upodlić. Niemniej otwarcie sprzeciwia się rozwiązłej i drapieżnej stronie życia społecznego gejów. „Mój pierwszy chłopak pokazał mi parę bardzo dziwnych, ostrych gejowskich seks-środowisk" - wspominał. „Nie poznał się na mnie zupełnie. I przez to trochę mnie skrzywił. Zjebał mnie na różne sposoby. Za co nigdy mu nie wybaczę. Powiedzmy tyle, że było to kompletne przeciwieństwo monogamicznego stylu życia. Dla mnie zupełnie nie do przyjęcia". McQueen popiera monogamię całym sobą. Pragnie ciepłego ogniska domowego. I dzieci. „Tak, chcę mieć dziecko. Uważam też, że powinienem mieć taką możliwość" - potwierdził. Rozmawialiśmy więc chwilę o pociechach. Czy wolałby dziewczynkę, czy chłopca. „Chciałbym mieć małą księżniczkę" - oświadcza. „Może trochę podobną do Sharon Watts". Nie liczy się jednak to, jak daleko znalazł się od East Endu. Prawdziwego, brutalnego East Endu. Nadal trzyma się blisko swojej rodziny. Letnie wakacje spędził na Bali. Prze parę tygodni wypoczywał tam ze swoją najstarszą siostrą i jej córką.

Parę lat temu „poślubił" 24-letniego reżysera filmów dokumentalnych, George'a Forsytha. Ceremonia odbyła się na jachcie, u wybrzeży Ibizy. Gościli na niej Jude Law i Sadie Frost. McQueen i Forsyth zdążyli się już rozstać. Przynajmniej jeśli wierzyć gazetowym kronikom ich związku. Lee wydaje się zawstydzony swoimi jachtowymi zaślubinami. A co najmniej tym, że uczestniczyli w nich celebryci. To nie w jego stylu. Do swojej własnej sławy ma ambiwalentne podejście. „Nie jestem takim imbecylem z LA. Nie idę sobie ulicą, pusząc się. Nie uważam, że moje gówno nie śmierdzi".

Jak dla mnie problem tkwi w tym, że jego obecna pozycja wiąże się z konkretnymi oczekiwaniami. Podsuwa mu przeświadczenia o tym, jak powinien się zachowywać. Lee podporządkowuje się im, do pewnego stopnia. Jednak nie lubi się za to. Przełącza się między dwoma skrajnymi podejściami do branży. Raz uznaje ją za sprzedajną i pasożytniczą. Innym razem za godną poświęcenia jej swojej całej pasji. Ale teraz, dzięki umowie z Gucci, znalazł się w dobrym miejscu. „Miałem mieszane uczucia co do branży jako całości. To było raczej traumatyczne. Teraz już nie jest. Znalazłem firmę, w której istnieje synergia. Teraźniejszość to dla mnie sama błogość. Jestem szczęśliwy. Wszystko mam pod kontrolą. Czuję się zrównoważony. No, może wciąż nieco niezrównoważony, jak mi się zdaje".

Jeżeli są w jego życiu konflikty, to muszą być także stałe. Fundamenty. Już zawsze będą w nim te mroczne myśli, mroczne historie. Które manifestują się w jego pokazach.

„Wykorzystuję po prostu te rzeczy, które ludzie starają się schować głęboko w swoich głowach. Związane z wojną, religią, seksem. Sprawy, o których wszyscy myślimy, ale nikt nie chce ich uzewnętrzniać. Lecz ja to robię. I zmuszam ich, żeby to oglądali. A potem mówią, że to było obrzydliwe. A ja odpowiadam na to: nie, kochani, myśleliście o tym już nieraz, więc mi nie kłamcie".

Ciągle jest zawzięty. Wciąż nie godzi się na przymilanie się komukolwiek. Wciąż przed nikim nie klęka. I to mu służy, zawsze w końcu wygrywa. Jeśli pewna aktorka poprosi go o sukienkę, może iść się jebać. „Wyjebała mnie po całości, kiedy jeszcze byłem w Givenchy. Dlatego ode mnie nie dostanie nic więcej". Dobrze wie - dzięki swej inteligencji - że poza pasją do tego, co robi, wszystko inne jest niewiele warte. Ten sposób myślenia nigdy go nie zawiódł. Jest też plan, według którego musi podążać. Jakby był z góry ustalony. 

Kredyty


Wywiad: Nick Compton
Fotografia: Corrine Day
Tekst pochodzi z The Graduate Issue, i-D nr 223, wrzesień 2002.

Tagged:
Alexander McQueen
2002
Wywiady
McQ
mcqueen
the graduate issue
moda wywyiady