kim jesteś, jeśli przez 28 dni żyłeś wirtualnie 24/7 jako inna osoba?

Swoimi pracami artysta Mark Farid zadaje pytania o naturę tożsamości, prywatności i sztuki publicznej. Właśnie rozpoczyna swój nowy projekt, Seeing-I. Poprosiliśmy jego niegdysiejszą koleżankę z klasy, Lily Bonesso, by dowiedziała się dla nas jakie...

tekst i-D Team
|
10 Grudzień 2014, 10:00am

Jak tylko zobaczyłam Marka Farida  w okienku Skype'a, przypomniał mi się jego stary nawyk. Mark cały czas kręci loczkami swojego afro. Tak naprawdę to nie jestem pewna, czy bez tego charakterystycznego tiku byłby w ogóle tą samą osobą. Jednak jego obecny projekt - Seeing-I - albo wzmocni tę skłonność, albo doprowadzi do jej całkowitego zaniku. Mark planuje spędzić 28 dni nosząc bez przerwy hełm wirtualnej rzeczywistości. Wszystko, co zobaczy lub usłyszy w tym okresie, będzie doświadczeniami zmysłowymi kompletnie obcej mu osoby. Powszechnie uważa się, że zaczynamy nabawiać się nawyków lub rozstawać się z nimi po około trzech tygodniach. Ekstremalne zanurzenie się w życie inne człowieka z pewnością wywoła wiele poważnych zmian w moim dawnym koledze z klasy.

Uwieńczeniem projektu ma stać się film dokumentalny. Będzie on analizą wniosków dotyczących ludzkiej natury i jej związku z technologią, jakie wypłyną z eksperymentu. Nie da się ukryć, że to niezwykle poważna, uniwersalna tematyka. Ale projekt Marka skupia się także na dużo intymniejszych zagadnieniach: autonomii osobistej i tożsamości. Mark może tak bardzo wciągnąć się w życie drugiego mężczyzny, że zacznie uznawać je za swoje. Nabrać jego nawyków. Albo czuć się tak, jakby naprawdę uprawiał seks z dziewczyną tamtego. Naszą tożsamość uznaje się czasem za konstrukcję złożoną z naszych doświadczeń. Jeśli to prawda, to życie doświadczeniami innej osoby może doprowadzić nawet do całkowitego rozpadu poczucia własnego ja Marka.

Sztuka Marka zawsze nosiła znamiona konceptualnego mindfucku. Jego poprzednie projekty zazwyczaj wychodziły poza granice tego, co większość ludzi uznaje za bezpieczne i dozwolone. Niedawno Mark zabawił się w stalkera i śledził pewnego paparazzi. Potem zaprezentował mu dokumentację tego przedsięwzięcia, łącznie z niedwuznacznymi esemesami i zdjęciami, na prywatnej wystawie przeznaczonej wyłącznie dla niego. Nie został za to ukarany, bo finał akcji zorganizował dopiero, gdy minęło do niej sześć miesięcy (prawnie ustalony okres czasu, w którym nieoskarżony do momentu jego upłynięcia stalker zostaje zwolniony z odpowiedzialności za swoje czyny). Był także kuratorem wystawy pod tytułem Satyra na temat sztuki korporacyjnej. Przed samym jej otwarciem zdjął wszystkie prezentowane dzieła, bo „sztuka korporacyjna ma na celu wyłącznie wypełnianie przestrzeni, więc równie dobrze może tam nie być żadnych prac". Mimo to, co doskonale podsumowało jego koncepcję, jeden z artystów i tak zdołał sprzedać swoją pracę. W ramach projektu Profile Picture Mark zorganizował wystawę-pułapkę. Ustawił ją tak, że kiedy wchodziłeś do galerii, twoim oczom ukazywały się wszystkie prywatne wiadomości, jakie kiedykolwiek napisałeś na Facebooku. A drukarka paragonowa wypuszczała druki z twoimi innymi osobistymi danymi. Mark utrzymuje jednak, że „istnieją granice. Dla każdego projektu ustalam je po prostu indywidualnie. Dla przykładu, w przypadku Profile Picture zaprogramowałem urządzenie tak, by natychmiast kasowało twoje wszystkie prywatne informację. Tak, żeby nie mógł ich zobaczyć nikt oprócz ciebie".

Sposób angażowania się Marka we wcielanie w życie swoich idei mógłby wydać się bezduszny. Jednak wyjaśnił mi jak duży nacisk kładzie na zachowanie obiektywności. „Tworzę, by powiedzieć coś o społeczeństwie. Jak możesz podkreślić jakąś uniwersalną prawdę bez starania się o pozostanie obiektywnym? Subiektywność i osobiste podejście sprawiają, że potrzebne są pewne kompromisy. A ja chcę iść na kompromis tak rzadko, jak tylko się da". To właśnie konieczność ciągłego balansowania między subiektywnością a obiektywnością jest największym zmartwieniem Marka, jeśli chodzi o Seeing-I. Skala i koszty projektu sprawiły, że trzeba było go przeprowadzić publicznie. Niemniej Mark chcę stworzyć dzieło bezstronne, bez ingerencji żadnych korporacji. „Firma producencka związana z Channel 4 chciała kupić ode mnie ten pomysł. Jednak wtedy kontrola kreatywna nad projektem należałaby do nich. Skoro uczestnicząc w nim rezygnuję z mojego życia prywatnego, oni nie mogą mieć ostatniego słowa w tym przedsięwzięciu. Jeśli, dajmy na to, zjadę sobie na ręcznym - a zapewne tak się stanie - to jeśli zostanie to pokazane, będę miał nad tym pełną kontrolę. To będzie aż tak intymne... Włączam w to mojego psychologa... To naprawdę wpuszczanie kogoś w swój świat tak bardzo, jak tylko możliwe. Z radością zrezygnuję z części własnej anonimowości. To znaczy, w zakresie, że ludzie będą wiedzieli kim jestem, ale nie będą wiedzieli kim naprawdę jestem".

Mark eksplorował już wcześniej idee związane z wirtualną rzeczywistością. Jednak jego projekt narodził się tak naprawdę dopiero, gdy zobaczył zwiastun We Live in Public, filmu dokumentującego działalność Josha Harrisa. „Potem obejrzałem to w całości i naprawdę otworzyło mi to umysł". Chociaż najważniejsza inspiracja ze strony Harrisa pojawiła się trochę później. Skontaktował się on z Markiem mailowo. „Pierwszą radą, jaką otrzymałem od Josha Harrisa, było: nagrywaj koniecznie wszystkie sesję z terapeutą, od początku do końca. To, co sprawiło, że eksperymenty z We Live in Public robiły tak piorunujące wrażenie, to fakt, że ludzie wchodzili nam w głowy i zaczynali nas kontrolować. Spróbuj wpleść ten aspekt w ten projekt tak bardzo, jak da się to zrobić w granicach rozsądku... To najlepsza rada, jaką w ogóle dostałem. Bo powstrzymanie ludzi od wchodzenia mi w głowę to tak właściwie najważniejsza kwestia. A wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Idea, że używając języka można wkraść się w głowy innych to coś, czemu mocno się sprzeciwiam. Według mnie to straszne, że zrobienie czegoś takiego jest tak łatwe, o wiele za łatwe".

Mark potrafi mówić całkowicie szczerze i bez ogródek, jego działania bywają oburzające. Bardzo interesujące jest więc moje odkrycie, że „anonimowość jest najważniejsza i to jedyne prawo, jakie przysługuje nam w dzisiejszym społeczeństwie". A jego największym zmartwieniem jest to, że „zmieni się do tego stopnia, że przekształci to też związek z jego dziewczyną". Mark jest jednak przyzwyczajony do poświęcania własnej wygody dla udowodnienia czegoś. Gdy spytałam się, czy ma jakieś wątpliwości względem samego projektu, odpowiedział: „Nie - uważam za absurdalne to, że ludzie nie próbują masowo takich rzeczy. Jeśli to coś, w co święcie wierzysz, powinieneś to poddać testom, sprawdzić na sobie... Po prostu to zrobię, a z ewentualnymi konsekwencjami będę się zmagał potem".

Więcej o projekcie Seeing-I możecie przeczytać na jego kickstarterowej stronie. Deklarować wpłaty na jego rzecz możecie do 17 grudnia 2014.

Kredyty


Tekst: Lily Bonesso
Zdjęcia dzięki uprzejmości Marka Farida

Tagged:
sztuka
Seeing I
Mark Farid